Brzydota rewolucji

Brzydota rewolucji

Zagniewanych na siebie przywódców dawnej „Solidarności” pogodził kijowski Majdan. W rewolucji kijowskiej mają wszystko, co lubią. Bunt przeciw władzy zawsze ich zachwyca, jeżeli nie jest sprzeciwem wobec ich władzy. Niewyżyte instynkty rewolucyjne czynią ich sprzymierzeńcami wszelkich zamieszek, jeżeli te osiągną odpowiednią skalę. Pan marszałek Senatu Borusewicz latał z mądrymi radami do Kairu, wspierać rewolucję, która na krótko wyniosła do władzy Braci Muzułmanów i na długo nową dyktaturę wojskową. Miało być tak pięknie pod piramidami, a wyszło piramidalne nieporozumienie. Majdan ich zachwyca, ponieważ jest podobny do powstania przeciw Rosji, co dla solidarnościowego Polaka jest najwyższym wzlotem heroizmu. Ponadto „zgodnym z polską racją stanu” i naszym „celem geopolitycznym”. Przyjemnie też jest poczuć się reprezentantem uzbrojonego po zęby i uszy imperium praw człowieka. Za młodu czytali „Ogniem i mieczem” i może ukraińskie sprawy widzą w optyce fantazji. Kto ich wie? Mówią zużytym kodem, językiem mało czytelnych frazesów.
Co ich zachwyca, mnie brzydzi. W Kijowie nie wystąpiły jeszcze najgorsze cechy rewolucji, ale fizyczne i mentalne już tam są w nadkomplecie. Najbardziej razi mnie brzydota kłamstwa, i to nie ukraińskiego (czego można się spodziewać po ludziach będących w amoku buntu), lecz polskiego. Ludzie, których pełnione funkcje zobowiązują do rozwagi, mówią jak pomyleńcy. Wyróżnia się pod tym względem europoseł Paweł Zalewski: „Snajperzy działali z ramienia Putina” (TVN 24, 26 stycznia). Przecież nie wiadomo nawet, czy byli jacyś snajperzy, to cyniczna blaga przebijająca swoją bzdurnością skróty myślowe Macierewicza. „To Kreml (…) inspiruje morderstwa w Kijowie…”. Ten sam europoseł (Onet). „Janukowycz morduje Ukraińców” – dziennikarz niepokorny. Marcin Święcicki, już nie wiem, w jakiej teraz partii, wie, że na Majdanie działają bojówki moskiewskie, bo słyszano, że jacyś mówili z moskiewskim akcentem.

W dwusetną rocznicę francuskiej rewolucji 1789 r. sformułowałem w dwóch krótkich esejach swój pogląd na rewolucję („Makiawelizm uciśnionych” oraz „Zniszczenie i pustka”, przedrukowane w książce „Pochwała politycznej bierności”, wyd. Sprawy Polityczne). Uważam za celowe powtórzyć niektóre myśli. Cała odpowiedzialność za dotrzymanie umowy społecznej spoczywa na władzy i tylko na niej – pisałem. Masy nie są podmiotem. Gdy lud się burzy, to wina władzy. Strony umowy społecznej nie są równe.
Nie wszystko można przewidzieć, dlatego mądrość ogólnoludzka mówi, iż trzeba przestrzegać zasad. Władców obowiązuje zasada: bezwzględnie utrzymać porządek. Ofiary rewolucji obciążają sumienie władców, którzy złamali umowę społeczną, pozwalając na bezprawie. Słabe rządy wpadają zawsze na ten sam sposób, gdy chcą zażegnać rewolucję: zadowolić niezadowolonych. Niestety, sytuacja rewolucyjna na tym polega, że niezadowolonego społeczeństwa nic już zadowolić nie może i do zaprowadzenia porządku potrzebna jest sytuacja kontrrewolucyjna, która zepchnie niezadowolonych z toru emocjonalnego, na którym się znaleźli.
W sytuacji rewolucyjnej głębsze funkcje umysłu przestają działać, przeważa fałszywy patos moralny, te wszystkie „braterstwa”, „solidarności”, „patriotyzmy”. Język rewolucji pozbawia myśl rzeczowości, napycha ją patetycznymi fikcjami. Wypracowane przez pokolenia nastawienie umysłu na obiektywizm, na szukanie właściwych proporcji, na akuratność staje się bezużyteczne.
Określenie „makiawelizm uciśnionych” może w pierwszym momencie wydawać się oksymoronem, ale to wrażenie świadczy tylko o tym, jak bardzo przyzwyczailiśmy się łączyć makiawelizm z praktykami władzy, a uciskanych postrzegać jako uosobienie nieproblematycznej moralności. W naszych czasach, kiedy następuje niepowstrzymany upadek autorytetu i gdy władza państwowa jest wypierana przez różne przejawy woli społecznej, wyrażającej się w formach legalnych i nielegalnych, trudno nie widzieć, że makiawelizm charakteryzuje także politykę ludu. Trudno nadal dawać wiarę apologetom ludu, milcząco zakładającym lub głośno oznajmiającym, że w naturze uciśnionych znajduje się więcej prawości, honoru, humanitaryzmu czy prawdomówności niżeli w postępowaniu księcia pragnącego utrzymać porządek.
Gdzieś jakaś równość, gdzieś jakaś niepodległość albo jakaś autonomia uchodzą za cele tak święte, że usprawiedliwiają wszystkie środki. Tzw. uciśnieni pozostają poza zasięgiem krytyki, jak w czasach Machiavellego książęta. Walcząc o wyzwolenie i ustanowienie swojej władzy, lud musi też zabijać, ale w swoim arsenale ma także środki czysto moralne. Którymi posługuje się jak narzędziami walki. Trzeba – pisał Machiavelli – aby książę „temu, kto go widzi i słyszy, wydawał się cały miłosierdziem, cały wiernością, cały ludzkością, cały prawoprawością, cały religijnością”. Uciśnieni nie wątpią ani przez moment, że posiadają wszystkie te zalety, które książę może tylko udawać. I jedną z najbardziej nieznośnych cech panowania byłych uciśnionych jest tyranizowanie społeczeństwa ową moralnością.
Partia uciśnionych unika stosowania przemocy, dopóki obawia się odwetu; gdy poczuje się bezkarna, potrafi terroryzować tak samo lub gorzej jak partia władzy. Sztukę walki, jaką posiada książę, lud, który jej nie posiada, zastępuje nierzadko większym okrucieństwem i większym nakładem kłamstwa. Różnica polega na tym, że książę jest przeważnie cyniczny, a partia uciśnionych zakłamana. Lud musi wierzyć, że jego sprawa jest święta w przeciwieństwie do sprawy drugiej strony, którą święcie uznaje za niecną, co – jak wiemy – nie musi być prawdą i przeważnie nie jest.
Wobec ucisku normalną ludzką reakcją jest opowiedzieć się po stronie uciskanych, jednakże różnica między uciskanymi a księciem nie jest natury moralnej. Uciskani wyzwoleni z krępujących więzów potrafią być równie lub jeszcze bardziej okrutni niż ich władcy. Przecież nie zaczynają oni być złymi dopiero po wyzwoleniu. Już tacy musieli być, gdy walczyli „prawdą”, religią, patriotyzmem. Toczyli walkę za pomocą wielkich uczuć, które były fałszywe.
W Polsce temat makiawelizmu uciśnionych jest szczególnie ważny z tego powodu, że nasza wyobraźnia polityczna została ukształtowana w procesie walki o wyzwolenie narodowe, a pojęcie cnoty politycznej jest mocno zabarwione cechami bojownika, powstańca, konspiratora i politycznego propagandzisty. Te walki narodowe mimo żadnej skuteczności zostały uwznioślająco zmitologizowane. Tym samym wyidealizowane zostały też postawy właściwe warunkom walki, jak bezkompromisowość, dehumanizacja przeciwnika, posługiwanie się „pobożnym” kłamstwem, instrumentalizacja ocen moralnych. Zapatrzenie się w zmitologizowaną tradycję walki powoduje nieumiejętność uprawiania polityki w warunkach pokoju, gdy brakuje prawdziwego wroga. Politycy, dążąc na swój sposób do pełni życia bojowniczego, wyolbrzymiają nawet drobne konflikty i normalne skądinąd rywalizacje partyjne postrzegają poprzez aprioryczny schemat wroga-przyjaciela. W tych warunkach państwo nie może wyemancypować się od partokracji.

„Emeryt na łasce hazardu” – pod takim tytułem Stefan Bratkowski opublikował artykuł, który wnosi bardzo ważny argument do sporu o OFE („Gazeta Wyborcza”, 1-2 lutego 2014). Argument Bratkowskiego jest ważny głównie z prawnego punktu widzenia i nie wyobrażam sobie, żeby Trybunał Konstytucyjny mógł go pominąć, zlekceważyć. Jest on interesujący także pod względem epistemologicznym: pokazuje, do jakich błędnych wniosków i szkodliwych praktycznych skutków może doprowadzić wypadnięcie z rozumowania jednego istotnego pojęcia, w tym wypadku „prawa publicznego”.

Wydanie: 8/2014

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy