Wolność płodna i bezpłodna

Wolność płodna i bezpłodna

Bez uprzedzeń

Czym jest wolność, dobrze wiemy, dopóki nie damy się wciągnąć w dyskusję. Monteskiusz w jednym miejscu pisze, że wolność jest prawem do spełniania swoich obowiązków. O tak rozumianą wolność walczą ci, którzy kierują się sumieniem i pragną powszechnego dobra. Pisarze i nauczyciele mają obowiązek głoszenia prawdy, ale w systemie dyktatorskim oraz w konformistycznej atmosferze demokracji bywa im to zabronione lub de facto uniemożliwione. Patriota poczuwa się do obowiązku działania dla dobra swojego narodu, co w warunkach zaboru jest uznawane za sprzeczne z prawem. Itp. Można powiedzieć, że wolność jako prawo do spełniania swego obowiązku jest potrzebna moralnej elicie społeczeństwa. Wyróżnić tę elitę nie jest łatwo, ponieważ podobnie jak ona zachowują się ludzie żądni władzy, urodzeni buntownicy, a także niektórzy wariaci.
W innym miejscu Monteskiusz przez wolność rozumie „spokojne cieszenie się życiem”, czyli bezpieczeństwo. Taką wolność każdy rozumie, każdy jej chce, jest to najpowszechniejsze pojmowanie wolności. Teoretycy pochodzenia akademickiego, a więc werbaliści, przestrzegają przed mieszaniem pojęć wolności i bezpieczeństwa, wielcy myśliciele jednak do tego wymagania się nie stosowali: Machiavelli, który w przesławnym „Księciu” o wolność mało się troszczy, w „Rozważaniach” pisze o niej wnikliwie. Do podstawowych dobrodziejstw wolności zalicza „prawo do swobodnego, wolnego od wszelkiej obawy korzystania z własnego majątku, świadomość, że nic nie zagraża czci naszych żon i córek ani bezpieczeństwu nas samych”. Dodając do tej definicji jeszcze parę trosk, takie rozumienie wolności można uznać za najpowszechniejsze. Machiavelli wyróżnia jeszcze wolność polityczną, ale jej nie ceni. Wolności politycznej – powiada – pragnie niewielka część ludu, „aby móc rozkazywać innym”, a cała reszta, to znaczy olbrzymia większość społeczeństwa, pragnie jej „dlatego, aby bezpiecznie żyć”. Wolność polityczna przestaje być cenna, jeśli nie zapewnia powszechnego bezpieczeństwa. W dzisiejszym państwie demokratycznym tę mniejszość, która żąda wolności po to, „aby móc rozkazywać innym”, rozpoznajemy w klasie politycznej, w przywódcach i aktywistach partyjnych. Zajmuje ta klasa miejsce między ludem a władzą naczelną i bezustannie stara się tę władzę przejąć lub podważyć. Swoje uprawnienia wywodzi z woli ludu i lud ją rzeczywiście toleruje lub popiera, dopóki nie widzi lepszego wyjścia. W czasach Machiavellego jej odpowiednikiem byli tak zwani możni, posługujący się niekiedy emocjami ludu w konflikcie z monarchą. Ale władca także potrafił, jak chciał, przemówić do uczuć swojego ludu. O jednym z takich pisał Machiavelli: „Postanowił on za jednym zamachem pozbyć się kłopotów, których przysparzali mu możni, i zarazem zjednać sobie lud. Korzystając z pierwszej sposobności, kazał posiekać na kawałki wszystkich możnych, czym uradował niezmiernie partię ludową”. Z mniejszością żądną władzy inaczej poradzić sobie trudno, ale tylko ohydna tyrania rozciąga takie metody rządzenia na cały kraj. „Jeśli chodzi o tych, którym wystarcza bezpieczne życie, łatwo jest ich zadowolić przez ustanowienie porządków i praw zapewniających zarówno silną władzę, jak i bezpieczeństwo publiczne”.
Alexis de Tocqueville mówił, że kto nie pragnie wolności dla niej samej, ten na wolność nie zasługuje”. Wydaje mi się, że wielki de Tocqueville wyraził się niedokładnie tym razem. Wolność w znaczeniu spokojnego cieszenia się życiem żadnych uzasadnień oczywiście nie potrzebuje, jest celem samoistnym i może największym. Nie można tego powiedzieć o wolności politycznej, polegającej na prawie do rozkazywania innym i wyrażającej się w walce o władzę. Rządzić wolno tylko w jakimś powszechnie uznanym celu, prawo do rozkazywania czy kierowania musi być wielorako uwarunkowane.
Niewyżytych rewolucjonistów i wiecznych malkontentów do władzy nad innymi ludźmi dopuszczać nie należy. Osoby, które przywykły do szukania wad i błędów, zwykle nie nadają się do rządzenia czy reformowania czegokolwiek, pisał Edmund Burke, ponieważ „ich umysłom nie tylko obce są wzory prawości i dobra, ale także za sprawą przyzwyczajenia nie znajdują oni żadnej przyjemności w podziwianiu takich zjawisk”. Wartość naszej dzisiejszej polskiej wolności bardzo została zaniżona wskutek tego, że zbyt długo i zbyt dużą rolę odgrywali w państwie tacy właśnie ludzie, nie mówiąc już o dziwakach, którym samoograniczająca się, ale jednak rewolucja dała na jakiś czas duże pole do popisu. („W rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki” księga VI: „Zaścianek”).
Kraj, w którym panuje wolność polityczna, jest przyjemniejszym miejscem do życia niż państwa chcące zapewnić ludziom bezpieczeństwo za pomocą rządów dyktatorskich lub zmonopolizowanych przez jedną partię. Pod tym względem nasza obecna Rzeczpospolita stoi nieporównanie wyżej od Polski Ludowej. Jednakże przyjemności życia w wolnym kraju zostały bardzo nierówno podzielone. Połowa Polaków z tego podziału nie otrzymała nic, a może mniej niż nic, bo jej bezpieczeństwo, zarówno socjalne, jak fizyczne, pogorszyło się. Ta wolność najniezbędniejsza, polegająca na „spokojnym cieszeniu się życiem”, dla tej połowy jest mniejsza, niż była w PRL.
Największym przewrotem ustrojowym było przywrócenie wolności gospodarczej. Nie okazała się ona jednak tak płodna, jak mogła być. Rządy solidarnościowe roztrwoniły dużą część majątku narodowego i doprowadziły do niebywałej deproduktywizacji kraju. Skutki niepoczytalnego wprost interwencjonizmu gospodarczego tych rządów (wyzbycie się najlepszych przedsiębiorstw na korzyść zagranicy) przypisuje się błędnie „liberalnemu doktrynerstwu”.
Również w kulturze wolność przyniosła niespodzianki. Zniesienie cenzury zaowocowało obfitością gazet, rozwiązały się języki w mediach elektronicznych, wszystko wolno krytykować i postponować. Nikt jednak nie powie, że na nieograniczonej wolności słowa zyskała literatura albo – mimo imponujących akcji promocyjnych – film czy teatr. Wolność od cenzury zbiegła się z wolnością od reguł estetycznych i te dwie wolności uczyniły kulturę „wyższą” zjawiskiem bez większego znaczenia. Również w kulturze znajdujemy coraz więcej przesłanek do rewizji propagandowego obrazu minionego półwiecza. Coraz skłonniejsi jesteśmy przyznać słuszność zdaniu Marcela Prousta: „pisarze, skrępowani tyranią monarchy lub poetyki, surowością prozodii lub religią państwową, osiągają często siłę wyrazu, z jakiej byłby ich zwolnił ustrój politycznej swobody lub literackiej anarchii…” („W poszukiwaniu…” „Strona Guermantes” II).

 

 

Wydanie: 38/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy