Powroty

IDŹCIE Z BLOGIEM

Nareszcie wróciłam z czegoś, co nazywa się wakacjami. Prawda, że pod względem braku zajęć domowych było nadzwyczajnie. Śniadanie w domach pracy twórczej podają do pokoju. Twórca bardzo lubi jadać w pidżamie. Dlaczego jednak wszędzie w górach (nie tylko, bo w Konstancinie także) na śniadanie podaje się wędliny? Nie jadłam szynek, baleronów ani kiełbas, choć na kolację kiełbasa góralska smakowała super. Mój mąż i syn, owszem, twierdzili, że przed wyprawą trzeba rano „coś zjeść”. Fajne było to, że nic nie musiałam robić. Obiad i kolacja podane. A do tego, jak to w górach, góralki zawsze pieką wspaniałe ciasta. A w Astorii wciąż piecze się na kuchni węglowej!
Przynajmniej od tego odpoczęłam. W domu gotujemy sami, bo lubimy wiedzieć, co jemy. Czasami kupuje się ryby Pod Samsonem, bo zawsze są świeże, a karp z patelni, sandacz czy półmisek śledzi albo karp faszerowany…
Często robimy sobie placki z cukinii albo makaron z pomidorami pieczonymi na oliwie z czosnkiem. I zupy. Codziennie. Latem chłodniki, słodkie i bałkańskie, greckie. Nic więcej nie trzeba. Bardzo proste dania, nigdy nie szkodzą. Nie trzeba stosować idiotycznych diet, bo przy takim jedzeniu się nie tyje. Mięso jadamy najwyżej dwa, trzy razy w tygodniu.
Piszę o tym, bo choć nienawidzę wakacji, to rozumiem, że ich potrzebuję. Pierwszy tydzień był bardzo pracowity. Musiałam napisać dwa felietony, no i pracowałam nad nieszczęsną książeczką o małżeństwie. Wokół dużo małżeństw, było co obserwować. Siebie również. Mówi się o kryzysie, o tym, że coraz mniej ludzi chce żyć w przypieczętowanym związku, a dookoła same pary! A kto bez pary, ten się przyłącza, bo rzadko kto sam lubi chodzić na wycieczki.
Potem były dwa tygodnie lenistwa, to znaczy odmóżdżenia, bo nogi pracowały, że aż hej! Podziwianie wspaniałych pejzaży górskich. Ludzi mało, raczej siedzą gdzieś, niż chodzą. Doliny, strumyki, niebo inne niż w mieście, pachnące powietrze. Prawie raj, gdyby nie to, że ciągle docierały wieści z piekła.
Wszędzie miałam internet! A teraz w domu ciągłe zawieszanie. Z trudem weszłam na blog! Odbieram pocztę, ale z blogiem są kłopoty. Trzeba zmienić operatora!
Polityka! Rzyg, rzyg, marchewka, jak mawialiśmy na podwórku.
Jestem wierna swoim sympatiom. Jestem w komitecie wyborczym Marka Borowskiego, startującego do Senatu, bo go szanuję jak mało którego polityka. Gada do rzeczy, uczciwy, nigdy nie był przekręciarzem. Bardzo bym chciała, żeby został senatorem. Fajnie, że są okręgi jednomandatowe, że głosuje się na ludzi. Może Senat wreszcie przestanie być maszynką do głosowania? Może wejdzie Cimoszewicz? Zawsze trzyma poziom. Lubię go za to, za co SLD go znienawidził, że gdy miał dość, odszedł, biorąc pod uwagę polityczny niebyt.
Kluzikowa, którą lubiłam, nawet gdy była w PiS, gdzieś się zapodziała. Może szykują dla niej stanowisko pełnomocnika do spraw kobiet?
Na zupełnie przeciwnym końcu plasuje się moja druga poważna sympatia, Janusz Palikot. Uważam, że ma dobrze poukładane w głowie, a że wywołuje skandale? Jest superhappenerem. Jednocześnie potrafi pracować jak wół. Prawie nikt nie wie, ile miasteczek i wsi objechał. W ciągu ostatniego roku był w 300 miejscach. Pracuje nad budową partii. Wierzę w niego. Myślałam, że mógłby startować do Senatu, miałby wygraną w kieszeni. Powiedział jednak, że nie zrobi tego właśnie dlatego, że buduje partię i nie zostawi swoich ludzi. To jest to, co dla mnie liczy się w polityce. Lojalność w stosunku do ludzi i do siebie. Dlatego gdy zaprosił mnie do swojego komitetu, zgodziłam się. Mówi ostro, dla niektórych nie do przyjęcia, ale to ich problem. Penisy, świńskie łby, krew na rękach JK, to mają mu za złe pisiory, które wyrządziły ludziom najwięcej szkód. Boją się Palikota także różni grzeczni z różnych partii, przylizani i uładzeni, trzęsący portkami przed Kościołem. A przecież wszystko to robił w słusznej sprawie! We wczorajszej debacie był poważny, merytoryczny, zdecydowanie najlepszy! Dość już pochwał, żeby go nie przechwalić!
Ciekawe, że moje sympatie polityczne lokują się tak dziwnie. Lubię i szanuję prof. Ćwiąkalskiego; Grabarczyka za drogi w budowie. To widać, jak jedziesz przez całą Polskę! Byłego min. Klicha i min. kultury Zdrojewskiego – to prawdziwi inteligenci, posługujący się bogatą polszczyzną. Miller od raportu, min. Kopacz, która jest dziewczynką do bicia…
Poncyljusza, bo dorzeczny i przystojny. Boniego, bo pracowity. Cymańskiego, bo śmieszny, jest postacią ze sztuki, gada przysłowiami i jest mniej agresywny niż reszta jego ziomali. A czasami nawet Jarosław K. wydaje mi się dowcipny i zabawny, np. gdy puentował Tuska, mówiąc, że rzeczywiście nie jest panną na wydaniu, a jednak premier za nim latał! Czyżby zbliżające się wybory powodowały kolejną zmianę twarzy prezesa? Czy to nowy PR?
Dość tego przeglądu postaci, jest też sporo budzących niechęć, ale nie chce mi się nadmiernie wzbudzać. Chcę zachować wakacyjny luz.
Za chwilę Kongres Kobiet. Jutro spotkanie Rady Programowej, na które idę. Jestem ciekawa, kto tym razem będzie obiecywał kobietom złote góry. Choć po zeszłorocznym kongresie kawałek parytetu udało się wyrwać. Przynajmniej tyle.
Dużo się dzieje w Warszawie. Jak zwykle cholerne korki, wszystko rozkopane! No a jak ma być, kiedy trzeba nadrobić zaległości kilkunastu lat? Gdy wjechaliśmy do mojego kochanego miasta „w budowie” nie od strony Janek, na szczęście nasz syn zna takie drogi, o jakich nikomu się nie śniło, a więc gdy wjechaliśmy od strony Warki, kupując po drodze najlepsze jabłka, gruszki i śliwki prosto z sadu, miałam ochotę ucałować tę ziemię warszawską, a zapach spalin na szosie wydał mi się wspaniały.
8 września 2011 r.

Z blogu Krystyny Kofty na portalu Onet.pl http://krystyna-kofta.blog.onet.pl/

Wydanie: 37/2011

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy