Pozory mylą

Pozory mylą

Każdy wyjazd za granicę przywraca proporcje. Ze zdumieniem widzimy, jak mało świat się interesuje naszymi sukcesami i obłędami (słowo obłęd staje się modne, kiedy piszemy o sytuacji politycznej). Nikogo tam nie obchodzi niezwykła skala naszej zimnej wojny domowej, która u korzeni ma romantyczny, lecz już zwyrodniały mit, że Polska jest Chrystusem narodów. Nagle odkrywamy, że nasza ojczyzna jest jednym z wielu miejsc, które nie są w głównym nurcie zmian cywilizacyjnych i kluczowych zdarzeń świata. Tym milej, gdy przybywający do nas po długiej nieobecności cudzoziemcy są w szoku, widząc, jak wiele w Polsce się zmieniło na lepsze. Gdyby jeszcze wiedzieli, jaki śmietnik odziedziczyliśmy po Polsce Ludowej na ulicach i w głowach, chyba nawet większy niż po roku 1918 (zabór pruski był na pewno bliżej Zachodu).
Nie zmienia to faktu, że można było lepiej, inaczej, co często widać po czasie. Na pociechę – nie tylko Polak „przed szkodą i po szkodzie głupi”.
Z dystansu nasze tajfuny i trzęsienia ziemi wydają się szaleć w szklance wody, a w najlepszym razie w słoiku. Zjawisko ma szczególnie burzliwy charakter w Sejmie. Rozmawiam z kolegą, który był posłem poprzedniej kadencji. Opowiada, w jakie zdumienie wprawiło go to, że nasz parlament przypomina dom Wielkiego Brata. Zamkniętymi w kapsule posłami targają niebywałe emocje. Kiedy zaś parlamentarzyści wychylają głowy na zewnątrz, ogarnia ich zdumienie, dlaczego ludzie tak ich nie lubią (strażak budzi szacunek 87% Polaków, poseł tylko 32%). Kolega zrezygnował z mandatu przed czasem. Jest jednak wyjątkiem. Posłom zdarza się umrzeć, ale rezygnacja to coś niezwykłego. Coraz więcej obywateli nie ma głowy ani cierpliwości do polityki, tracą więc znajomość rzeczy. Rozumiem, że higieniczniej jest tak żyć, ale to zjawisko niepokojące. Ważne są historia i tradycja. Dlatego demokracja ponosiła straszne porażki w Ameryce Południowej, a w Północnej się udało. Demokracja jest zawsze oparta na świadomym udziale ludzi w życiu publicznym. Dzisiaj ma więc wszędzie coraz większe problemy, to już jednak inna opowieść.
Do źródeł zła w historii Europy sięgnął francuski historyk Jean Delumeau, który, myśląc również o Polsce, pisał: „Narody niekochane przez historię są jak dzieci niekochane przez rodziców”.
Stąd nasza neurastenia, kompleksy i ich rekompensata w postaci urojeń wielkościowych. By opisać, jak to się objawia, stworzyłem termin „wzdęcia godnościowe”. Inaczej jest w najmłodszych pokoleniach, ale ból lekceważenia i bycia pomijanym w starszych generacjach nadal jest żywy i sam go czasami doświadczam. Wielkie zasługi położył Norman Davies, by przywrócić Europie Polskę. Droga jednak jest jeszcze daleka. Czytam świetną książkę Nialla Fergusona „Cywilizacja. Zachód i reszta świata”. Ktoś wrażliwszy na przemilczenia, jakich doświadczamy, mógłby zejść na serce. U Fergusona w historii Europy i Zachodu prawie nie ma Polski. Przewidując takie pretensje, autor cytuje pewnego muzyka, który pisał: „Nie graj wszystkiego lub za każdym razem pewne rzeczy opuść. To, czego nie zagrasz, może być ważniejsze od tego, co zagrasz”. Nie ma więc I Rzeczypospolitej niemal od morza do morza, z jej niezwykłym liberum veto, nie istnieje Sierpień 1980 r. ani „Solidarność”, a był to jednak niezwykły ruch i zapowiedź rozpadu imperium. Pominięcia bywają cenne w muzyce, może w poezji, ale w historii? Wiele to mówi o stosunku Zachodu do Polski: gdzie byliśmy, skąd nas wypchnięto i gdzie na powrót jesteśmy, z czego codziennie się cieszę.
Czas ujawnia, co było ukryte, ale o wiele więcej porasta trawą i niknie nam z oczu, a jak wiele, nigdy się nie dowiemy. A może historia zawsze jest tylko uzgodnioną fikcją? Pewne, że współcześni za blisko są zdarzeń, by ostro je widzieć i oceniać, a wobec przeszłości bywają za daleko. Pozory często mylą, czy jednak zawsze?
W kwestii pozorów pouczająca może być niedawna rekonstrukcja rządu. Co tak naprawdę wiemy o rzeczywistej fachowości postaci publicznych? Dzięki mediom polityk może grać setki ról i mamić nas, jeśli tylko ma do tego talent, ale czy nie łatwiej go też zdemaskować?
Elżbieta Bieńkowska, nowa minister dwóch połączonych resortów, robi znakomite wrażenie i zbiera dobre recenzje, ale jej prawdziwych kompetencji nie jesteśmy w stanie ocenić. Może pokusić się o to kilkanaście osób, nie tak mało, ale i nie za wiele. Tu jednak wierzę, że pozory nie mylą. Czy wierzę dlatego, że PiS nie trawię, a Platformę, jak się natężę, jednak tak?
Jednym wielkim pozorem był John Fitzgerald Kennedy, bardzo chory, chwilami mało sprawny psychicznie, co było wielką państwową tajemnicą. Kryzys kubański w 1962 r. sprawił, że chory Kennedy i cierpiący naprzemiennie na manię i depresję Chruszczow stanęli naprzeciw siebie i wojna światowa wisiała na włosku, cud, że ten włosek się nie urwał. Dlatego mogę teraz pisać, a państwo czytać.

Wydanie: 49/2013

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy