Czym jest wykształcenie?

Czym jest wykształcenie?

Tym razem Aleksander Kwaśniewski będzie miał napisane w rubryce wykształcenie – “wykształcenie średnie”. Co na to powiedzą kościelni i solidarnościowi strażnicy prawdomówności? Oświadczenie to prawdziwe nie jest, ale czy można znowu Aleksandrowi Kwaśniewskiemu zarzucić poświadczenie nieprawdy? Został przecież do tego zobowiązany przez orzeczenie Sądu Najwyższego, który po zbadaniu zasadności poprzedniego oświadczenia doszedł do wniosku, że nie posiada on wykształcenia wyższego. Politycy, media, znani publicyści, ambony, rozgłośnie katolickie i inne – jednym słowem, wszystko, co w Polsce głośno mówi, głosiło, że Kwaśniewski dopuścił się kłamstwa, wprowadził w błąd wyborców i z tego powodu nawet legalność jego wyboru postawiono pod znakiem zapytania. Histeria była ogromna, wielu skądinąd niegłupich ludzi straciło rozum. W tej atmosferze Sąd Najwyższy rozpatrywał sprawę. Rzeczywistość jest taka, że Kwaśniewski posiada wykształcenie wyższe, o czym każdy może przekonać się, słuchając go i oceniając jego postępowanie jako polityka. Jeśli komuś świadectwo jego własnych oczu i uszu nie wystarczy, to może znaleźć wielu świadków na okoliczność, iż Kwaśniewski studiował na Uniwersytecie Gdańskim przez odpowiednią ilość lat. Na pytanie, czy ukończył studia, miał więc prawo odpowiedzieć tak, jak odpowiedział, nigdy natomiast nie twierdził, że ma dyplom ukończenia uniwersytetu lub że “jest magistrem”. Więc to nie Kwaśniewski mijał się z prawdą; kłamali ci, którzy insynuowali, jakoby to twierdził.

Mówić, że dopiero wraz z dyplomem takim czy innym nabywa się wykształcenie, można tylko ze złośliwości lub głupoty. Ale czy zabobonność jest głupotą? W Polsce, a zapewne też w innych słabo oświeconych, ale mocno zbiurokratyzowanych krajach panuje zabobon, że dzięki dyplomowi, a nie odbytym studiom człowiek uzyskuje wykształcenie takie lub inne. Dzień przed wręczeniem mu dyplomu magistra ma on wykształcenie średnie, gdy zaś już mu ten dyplom wręczą, ulega mistycznej transsubstancji w magistra. Sąd Najwyższy, natchniony wrzawą przeciwników Kwaśniewskiego uniemożliwił mu przyznanie się, teraz choćby do wykształcenia niepełnego wyższego, stawiając warunek, że każde oświadczenie musi być potwierdzone formalnym dokumentem, a jak wiadomo, nie ma dyplomu na wykształcenie niepełne wyższe. Tak więc za to, że Kwaśniewski do tej kampanii wyborczej przystępuje z nieprawdziwym oświadczeniem, iż posiada tylko wykształcenie średnie, pełną odpowiedzialność ponosi Sąd Najwyższy.
Problem stosunku wyższego wykształcenia do dyplomów, które mają je potwierdzać, domaga się publicznej dyskusji niezależnie od przedziwnego stanowiska Sądu Najwyższego i przedwyborczych oświadczeń kandydatów na prezydenta. Żyjemy w błogim przekonaniu, że wykształcenie wyższe bardzo się w Polsce w ostatnich latach upowszechniło, co można potwierdzić ciągle rosnącą liczbą dyplomów, wydanych przez wyższe uczelnie. Jakoś nikogo nie interesuje, jakie wykształcenie mogą dać uczelnie przyjmujące kilkakrotnie więcej studentów w tych samych co dawniej budynkach i przy minimalnie tylko zwiększonej (albo i nie) liczbie nauczycieli akademickich. Widzę, że młodzież jest chłonna i rzeczywiście chce się czegoś nauczyć, ale w panującej ciasnocie, skandalicznie małej dostępności do książek i bibliotek, przemęczeniu nauczających, uniwersytecki poziom z lat 60. czy 70. nie daje się utrzymać. Najsłabszym ogniwem nie jest może ciasnota w salach wykładowych i seminaryjnych. W prawdziwie opłakanym stanie znajdują się biblioteki, a więc miejsca, gdzie student powinien spędzać najwięcej, a w każdym razie dużo czasu, jeśli jego przebywanie na wyższej uczelni ma być studiowaniem. Ja nie wiem, do czego Polsce są potrzebne wielkie ilości archeologów, teatrologów, filmoznawców, filozofów, socjologów, psychologów, skoro jednak już próbuje się ich kształcić, to nie wolno przecież zgodzić się na to, że adepci humanistyki nie mogą czytać dzieł klasyków humanistyki, ponieważ biblioteki nie posiadają ich w ilości odpowiedniej do zwielokrotnionej liczby studentów. To, o czym 20-30 lat temu można było mówić żartem, już stało się zjawiskiem powszechnym: można przejść przez tzw. studia i nie mieć w rękach porządnego wydania książek należących do kanonu danej dziedziny. Wystarczają (z konieczności) jakieś antologie fragmentów albo kopie kserograficzne, albo jakieś streszczenia i bryki. Zauważyłem, że studenci coraz częściej zamiast “książka”, mówią “pozycja”, bo cały nowy styl życia młodzieży, naznaczony piętnem dookolnego chaosu, wrzawy i estetycznej degradacji otoczenia nie pozwala w zasadzie na wgłębienie się w treść ważnych książek. Uniwersytety strzegą głównie swojego przywileju dystrybutorów dyplomów i jestem prawie pewien, że gdyby urządzić głosowanie profesorów na temat, czym jest wyższe wykształcenie, ogromna większość opowiedziałaby się za stanowiskiem Sądu Najwyższego.

Wydanie: 28/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy