Kilka złotych i lustracja

Kilka złotych i lustracja

Do rejestru zawodów trzeba będzie niebawem wpisać jeszcze jedno nowe zajęcie. Unikalny polski wynalazek. Zawodowy lustrator. To będzie nasza narodowa specjalizacja. Niestety, a może na szczęście, bez wielkich szans na eksport tych usług do krajów UE. Chyba że pojawi się tam kiedyś popyt na przaśną, ludyczną rozrywkę w stylu zabijanie teczką. Kim jest typowy polski lustrator? Myślę, że można się już pokusić o próbę charakterystyki środowisk, które przodują w tej robocie. Cóż więc łączy lustratorów polityków z lustratorami redaktorami, a tych z kolei z lustratorami historykami? A są przecież jeszcze lustratorzy duchowni.
Ta lista z pewnością nie jest zamknięta. Bez ryzyka można przewidzieć, że celem wielkiego stratega i autora tego procesu jest dotarcie z lustracją może nie pod strzechy, bo te już zniknęły, ale z pewnością do każdej wioski i miasteczka. Zawodowy lustrator jest najczęściej człowiekiem stosunkowo młodym. Optymalne jest urodzenie po 1972 r. Nieźle wykształconym, dobrze zarabiającym i tak bardzo ambitnym, że nie zadowala go zajmowana pozycja.
Nasz lustrator jest człowiekiem w widoczny sposób zestresowanym brakiem możliwości znaczącego awansu, bo wszędzie są już starsi, co prawda, ale kompetentni i równie ambitni jak on ludzie. PiS niemający zaplecza kadrowego próbuje je tworzyć metodą totalnej wymiany elit. Pisze o tym w bieżącym numerze prof. Janusz Reykowski. Zbieżność interesów młodej generacji lustratorów i polityków PiS jest oczywista.
Lustratorzy zwolennicy PiS i politycy tej partii kreują taki obraz państwa, który jest im dziś potrzebny do legitymizowania władzy. I do walki z wszelką opozycją. Przecież to igrzyska zawsze odciągały ludzi od spraw bytowych. I tak też pewno będzie przez jakiś czas w Polsce. Jak długo? Zależy to zarówno od pomysłowości organizatorów stosów, ilości i jakości ofiar, jak i od cierpliwości publiczności.
A wyborcy znaleźli się w mało komfortowym położeniu. Co innego widzą, a co innego słyszą. Widzą wzrost cen żywności, leków, gazu i prądu, a słyszą od premiera Kaczyńskiego, że tak dobrze jak teraz to jeszcze w Polsce nie było!
Na Śląsku wyborcy wiedzą o niepokojach w kopalniach, znają zapowiedź całodobowego strajku ostrzegawczego w górnictwie, a słyszą, jak to rząd się o nich troszczy. Ile czasu minęło od wizyt polityków w czasie tragicznej katastrofy w Halembie? Co zostało z ich zapowiedzi? Zdjęcia polityków z rodzinami ofiar katastrofy.
A żenujące targi o to, czy emeryci dostaną 5-11 zł więcej, jak proponuje PiS, czy może aż 8-17 zł, jak chce PO?
Czy może szumnie ogłaszana przez Giertycha podwyżka płac nauczycieli? Bardziej to przecież jałmużna niż podwyżka.
Listę polskiej biedy można kontynuować. I z pewnością jest ona wielokrotnie dłuższa od list sporządzanych przez lustratorów. Tyle że na próżno by jej szukać w gazetach. Nieobecność w mediach ekonomicznych i socjalnych problemów pracowników budżetówki, małżeństw na dorobku, rodzin wielodzietnych czy rodzin rozbitych nie sprawi, że ich problemy da się zamieść pod dywan.
I tak z mitu o prosocjalnej polityce braci Kaczyńskich zostały parozłotowe podwyżki płac i emerytur.

Wydanie: 3/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy