Za mało Majewskich

Za mało Majewskich

Mizernie wyszła nam ta olimpiada. Medali mało jak na oczekiwania kibiców, choć tyle, ile przewidywali eksperci. Papierowi faworyci zawodzili, bo albo nie trafili z formą, albo nie potrafili sobie poradzić z psychiką. A dziś tak ważnych zawodów nie da się wygrać bez ładu w głowie. Łatwo się to pisze, ale nie znam nikogo, kto sam by chciał się zmierzyć z tak wielką presją. I z tym okropnym cierpieniem i bólem, jakie było widać z każdym wyjściem ciężarowca na pomost. Jaki jest sens skazywania młodych ludzi na tak morderczy i wyniszczający dla ciała sport? Czy to zresztą jest sport? I czy jest sens podtrzymywać podnoszenie ciężarów jako dyscyplinę olimpijską? Dla medalowej ułudy i kosztem kalectwa ludzi. Typowy obrazek z Londynu to przegrywający zawodnicy, bezradni trenerzy i nieradzący sobie z sytuacją sprawozdawcy. Naszym sportem od lat rządzi przypadek. Ostatni spójny system mieliśmy za czasów Stefana Paszczyka. Wizjonera i znawcy sportu wyczynowego. Niestety, od jego śmierci nie pojawił się następca.
Wrócę jeszcze do zachowania polskich kibiców. Tym razem na meczach siatkówki. Po Euro, gdzie wygwizdywanie rywali stało się narodowym obyczajem, to samo robiono w Londynie. Wszyscy te gwizdy słyszeli poza przygłuchymi sprawozdawcami. Czy któryś z nich powie wreszcie na wizji, że gwizdanie na każdego serwującego przeciwnika naszej drużyny to najzwyklejsze chamstwo, a nie gorący doping wspaniałych polskich kibiców? Na igrzyskach kibice z Polski wygwizdali Rosjan, Bułgarów, a nawet Australijczyków. Dlaczego? Bo byli lepsi od naszych. Co o tym mogą myśleć ludzie z zewnątrz? Że mamy słabych sportowców i zdziczałych kibiców. Wstyd. Milczący sprawozdawcy dopisują się do tych głupawych praktyk. Chcemy być szanowani, to spróbujmy uznać klasę innych.
Na szczęście my też mamy kogoś z klasą. Tomasz Majewski. Wybitny sportowiec i skromny, sympatyczny człowiek. Podwójny złoty medalista w jednej z najbardziej widowiskowych dyscyplin sportowych pokazał, że umie połączyć bardzo dobre przygotowanie z chłodną analizą i odpornością psychiczną. Bardzo mi się spodobało to, co powiedział po zdobyciu medalu: „Przechytrzyłem ich”. Jakże to ważne, gdy o sukcesie decyduje centymetr lub trzy. Tak jak w Londynie. Każdy sportowiec chce być teraz jak Majewski. I oby taki wzorzec zaczął się szerzej upowszechniać. Także z tym dystansem, jaki ma on do siebie. I do tego, co robi. Wystarczy posłuchać, gdy do rozemocjonowanych sukcesem dziennikarzy mówi, że to, co robi, to tylko pchnięcie kulą. Ładne mi tylko. Dla miliarda ludzi albo i więcej, którzy oglądali olimpiadę, Polska to teraz ten olbrzymi brodacz, który potrafi tak skutecznie i tak daleko pchnąć kulę. A na dodatek jest wyluzowany i uśmiechnięty. Złoty medal nie przeszkodził mu zaraz po powrocie pojechać na kolejne treningi. I to pojechać metrem, bo mistrz olimpijski był i jest ciągle sobą. A skoro tyle piszę o nim, to bardzo bym zgrzeszył, nie wspominając o jego trenerze, Henryku
Olszewskim. Bo przecież jaki trener, taki zawodnik. I odwrotnie. Zapamiętajmy więc ich dewizę, że tylko cierpliwością i pracą można dojść do takich rezultatów. Tak właśnie. Bez fajerwerków. I bez cudów, jak te obiecywane przez Amber Gold. Żal tylko, że Majewskich i Olszewskich tak w Polsce mało.

Wydanie: 33/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy