Demokracja według PiS

Demokracja według PiS

Politycy Prawa i Sprawiedliwości, jak można sądzić z ich wypowiedzi, nie bardzo wiedzą, co to jest demokracja. Analizując ich wystąpienia, od prezydenta i premiera począwszy, a na najgłupszym z posłów skończywszy, można się pokusić o zrekonstruowanie tego, jak pojmują demokrację.

Bardzo często wyrażają oni zdziwienie, a nawet oburzenie, że osoby protestujące przeciw dewastacji państwa prawa i w obronie sądów, nie uznają wyników ostatnich (a także, niestety, przedostatnich) wyborów i w konsekwencji nie uznają rządów większości, kontestując jej decyzje. Niektórzy w swojej demagogii tak się nawet zapędzają, że twierdzą, iż poddanie niezależnych dotąd sądów i niezawisłych sędziów pod kontrolę i władzę rządzącej większości jest… poszerzeniem demokracji. Dla nich demokracja to po prostu rządy większości. A jako takie, rządy niczym nieskrępowane. To więcej niż błędne rozumienie demokracji.

Gdyby demokracja ograniczała się do rządów wybranej w wolnych wyborach większości (a tylko tak demokrację zdaje się postrzegać PiS), gdyby nie było jeszcze innych niezbędnych ograniczeń dla tej większości i jej działań, byłoby groźnie! Czy tak pojmujący demokrację akceptowaliby uchwalenie przez partię – dziś PiS, za kilka lat inną, wybraną w wolnych, demokratycznych wyborach – ustawy, znów demokratycznie, większością głosów, że delegalizuje się opozycję, a jej posłów łaskawie internuje, bo równie demokratycznie, to jest większością głosów, można było uchwalić, że się ich rozstrzela za budynkiem Sejmu?

Nie? Dlaczego? Przecież wszystko byłoby „demokratycznie”. Czy wybrani przez większość wyborców w demokratycznych wyborach nie mogą większością głosów uchwalić czegoś takiego? No nie mogą. Dlaczego? Dlatego, że demokracja nie kończy się na większości głosów.

Najkrócej mówiąc, demokracja to rządy większości, ale z poszanowaniem praw mniejszości. Mało tego. Ta większość nie ma władzy nieograniczonej! Nie wolno jej ustawami, ani w żaden inny sposób, zmieniać czy obchodzić prawa zapisanego w konstytucji. Jeśli politycy mają większość konstytucyjną, mogą zmieniać konstytucję, ale też nie dowolnie. Nawiasem mówiąc, PiS większości konstytucyjnej nie ma, ma jedynie większość zwykłą. Większość konstytucyjna, czyli ta wymagana m.in. do zmiany konstytucji, to w Polsce dwie trzecie głosów w Sejmie w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Ale nawet gdy jakaś partia polityczna zdobędzie w wyborach większość konstytucyjną i będzie miała w Sejmie dwie trzecie lub więcej mandatów, to i tak nie może zmienić konstytucji w sposób zupełnie dowolny. Musi się z tymi zmianami zmieścić w pewnych ramach wyznaczonych przez akty prawa międzynarodowego. Od Karty ONZ począwszy, na traktatach europejskich i zawartych w nich zobowiązaniach skończywszy.

To właśnie niezależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej władza sądownicza (sądy i trybunały) ma obowiązek kontrolować, czy te dwie pierwsze nie łamią prawa. Gdyby sądy i trybunały były podporządkowane „demokratycznie wybranej większości”, cała ta kontrola straciłaby wszelki sens. Sędzia stałby się takim samym urzędnikiem jak prokurator, spokojnie więc ten ostatni mógłby od razu wydawać wyroki, sąd byłby zbędny!

Gdyby jakiś demokratycznie wybrany reżim (na marginesie, Hitler też doszedł do władzy na drodze demokratycznej), nie uznając żadnych ograniczeń, większością głosów uchwalił prawo jawnie i drastycznie łamiące prawa człowieka, ludobójcze, to wspólnota międzynarodowa miałaby prawo nawet interweniować zbrojnie.

Tego zupełnie, zdaje się, nie mogą pojąć nasze (?) europosłanki i wzorcowo wręcz głupiutki europoseł, doktor od więziennictwa i nawigacji (swoją drogą, co na ten doktorat o więziennictwie robiony pod kierunkiem pułkownika nawigatora gowinowa Rada Doskonałości Naukowej i sam wicepremier Gowin?). Na przykładzie tego europosła widać, że można mieć głowę jak Perykles, a nie rozumieć demokracji.

Wykrzykują oni w europarlamencie, że każde państwo Unii Europejskiej ma prawo samo reformować swój wymiar sprawiedliwości. Oczywiście, że każde państwo ma takie prawo, Unia nikomu nie narzuca kształtu reformy ani jej nie zabrania. Unia ma tylko obowiązek pilnować, aby te reformy mieściły się w granicach zakreślonych w prawie unijnym, by nie gwałciły zasad cywilizowanego państwa prawa. Tych zasad, które Polska, podpisując traktaty unijne, zaakceptowała, przyjmując, że będzie uznawać skodyfikowane w Unii Europejskiej wartości. A do takich należą m.in. trójpodział władz, niezależność władzy sądowniczej i niezawisłość sędziów. To, co nasz rząd nazywa reformą, te zasady gwałci, dlatego Unia ma nie tylko prawo, ale i obowiązek tym się zajmować. Każde tworzone prawo musi się zmieścić w ramach zakreślonych przez konstytucję i przez akty prawa międzynarodowego. Tego PiS nie rozumie albo udaje, że nie rozumie.

Wydanie: 8/2020

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy