Swoi i obcy

Swoi i obcy

Kolejne spotkanie z sąsiadami, teraz z tymi z zachodniej strony. Ludzie w moim wieku, więc wiele wspólnych wspomnień i zapachów. I podobne emocje polityczne. To nie przypadek, że teraz częściej się spotykamy, bo potrzebujemy obgadania tego, co się dzieje. Chociaż na początku kolacji omijamy politykę, by nie psuć sobie smaku jedzenia.

Mam tłum znajomych na Facebooku, też z powodu swoich książek – to pomaga w ich reklamie. Co za dziwny naród, z emigracją zasobny w 40 mln ludzi czytających po polsku, a pięciotysięczny nakład książki uchodzi za duży i ryzykowny. Ten tłum na moim Facebooku to zwykle ludzie, których nie znam. Nigdy ich nie widziałem i pewnie nie zobaczę. Akceptując nowego znajomego, szybko go sprawdzam, zajmuje mi to kilkanaście sekund i właściwie niemal nigdy się nie mylę, że to ktoś o podobnym jak ja światopoglądzie. Zawsze potem nawiązuję kontakt, jeśli ktoś tego chce. Czasami jednak zdarzy mi się przeoczenie. Wtedy „ten obcy” szybko się ujawnia, upowszechniając strony reprezentujące inne myślenie. Odmienność polityczna jest dzisiaj tak duża, tak skrajna, że nie ma co do tego wątpliwości. Ale oczywiście wielu moich „znajomych” nie interesuje się polityką, za to zdumiewająco liczni interesują się zwierzętami, którym dzieje się krzywda. Ciekawe, jak to jest powszechne. Coraz łatwiej nam kochać zwierzęta, coraz trudniej ludzi. A co do przeciwników politycznych – Facebook na szczęście oferuje możliwość usunięcia kogoś z grona znajomych. Czasami odezwie się wtedy ktoś skaleczony tym, że został usunięty. Odpisuję, że mi przykro, ale muszę dbać o higienę całej grupy, nie chcę, by moi „znajomi”, choćby w cudzysłowie, dostawali treści, które ich irytują, a o dyskusji nie ma tu mowy. Jest w tym jednak jakiś idiotyzm i pachnie to unicestwieniem.

Jest już tyle interpretacji i wyjaśnień tego, co w Polsce się stało i co się dzieje, że doprawdy trudno coś oryginalnego napisać. Jak zwykle zadziałało zapewne kilka czynników naraz, podobnie jak w przypadku katastrofy smoleńskiej i prawie każdej katastrofy. Pewien czytelnik PRZEGLĄDU ma jednak swoje oryginalne wyjaśnienie i śle mi je w liście. Znalazł gdzieś w prasie relację matki prezesa, że Jarosław urodził się jako drugi z bliźniaków i był zupełnie siny. Tak siny, że na ten widok ona straciła przytomność. Czytelnik pisze, że błękitne jest dziecko urodzone w ciężkiej zamartwicy. I mamy wyjaśnienie dziwności prezesa. Nie wiem, czy tak było naprawdę, a nawet jeśli tak było, czy ma to jakieś znaczenie, jeśli chodzi o sposób myślenia Jarosława Kaczyńskiego. Ważniejsze są jakieś inne czynniki. Uderza jego szczególny stosunek do kobiet, to znaczy brak kobiet w jego życiu. To jednak pewien znak. W Stanach Zjednoczonych intuicja tamtejszej społeczności mówi, że polityk powinien mieć tzw. normalną rodzinę. Mam w sprawach obyczajowych liberalne poglądy, dotyczą one też wszelkich odmienności seksualnych, również braku seksualności, więc prezesa się tu nie czepiam. Kto wie, czy nie większym problemem jest jego zupełny brak znajomości innych krajów. Nie podróżuje, nie opuszcza granic ojczyzny. Dlatego tak łatwo pakuje Polskę w narodowe tarapaty. Nie zna ani nie czuje innego świata – tam są obcy, a tylko swojskość jest dopuszczalna i normalna.

Trwa walka o świadomość Polaków. O ich sposób myślenia o Polsce i o świecie. Prawica używa dawnych schematów i mitów tworzonych też przez nasz romantyzm, a teraz powykrzywianych karykaturalnie, więc bez ich dawnej literackiej urody. Polska jest ofiarą historii, więc nam się należy więcej niż innym w Europie. To mit szlachetnej ofiary. W to wpisuje się też katastrofa smoleńska. A teraz krytyka Polski przez Europę. Zostawili nas w XIX w., zdradzili w roku 1939 i znowu nas odtrącają. A przecież jakoś kochamy ów mityczny Zachód, w końcu to było marzenie stulecia, żeby tam być, żeby nie mieć na granicach wrogów, ale przyjaciół. W tej całej sytuacji jest więc jakaś wariacka ambiwalencja. I jak zawsze między miłością i nienawiścią jest cieniutka granica. Dyskusja o Polsce w europarlamencie narobiła jeszcze Polakom bigosu w głowach. To u nas w gminie mądrzej mówią. Nie wiedzieliśmy do tej pory, jak to się tam odbywa, nie znamy reguł gry. Tam też chmara tumanów i tylko pewne głosy są ważne. Trzeba wiedzieć które. Mogło więc powstać wrażenie chaosu oraz że naszych biją, a ta Europa wcale nie taka mądra. A prawdę już widać jak na dłoni – prezes chce pieniędzy Unii, ale samej Unii z jej liberalizmem nie chce. A jak nie będzie jednego, to nie będzie też drugiego i kropka. Polacy wydają się mistrzami świata w nieuczeniu się na błędach.

Wydanie: 4/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy