Trybunał Stanu

Trybunał Stanu

Platforma, która zaraz po przejęciu władzy w 2007 r. nie przejawiała żadnej woli rozliczenia bezeceństw IV RP, nagle pod koniec 2012 r. uznała za słuszne postawić przed Trybunałem Stanu Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę. Pomysł ów został przyjęty dość sceptycznie nawet przez tę część mediów, która dotąd sprzyjała Platformie, a w każdym razie nie sympatyzowała z PiS. Mało tego, niektórzy prominentni politycy Platformy jawnie ten krok krytykują.
Zaraz po wyborach 2007 r. wszyscy jeszcze mieli w pamięci ściganie urojonego układu. Ściganie w sposób nieliczący się ani z rygorami prawa, ani z godnością ludzką tych, których paranoidalni politycy PiS o przynależność do układu podejrzewali. Świeże były wspomnienia widowiskowych zatrzymań, dokonywanych nie, jak nakazuje ustawa, „w sposób możliwie najmniej naruszający dobra osobiste osoby zatrzymywanej”, ale przeciwnie – w świetle jupiterów i w obecności kamer telewizyjnych, co samo przez się, w każdym konkretnym wypadku, było przestępstwem przekroczenia uprawnień. Ktoś na takie działania co najmniej pozwalał, jeśli do nich nie zachęcał lub ich nie nakazywał. Wszyscy pamiętali konferencje prasowe ówczesnego ministra prokuratora generalnego, w czasie których naruszane były dobra osobiste różnych osób (co w przynajmniej jednym przypadku sąd potwierdził prawomocnym wyrokiem), a szef prokuratorów otwarcie lekceważył fundamentalną zasadę domniemania niewinności, dając przykład i przyzwolenie podwładnym, by w dziesiątkach swoich spraw robili to samo. „Areszt wydobywczy” stał się czymś powszechnym, choć jego stosowanie było jawnie niezgodne z kodeksem. Służby specjalne i policja masowo stosowały bezprawnie środki operacyjne, nie tylko podsłuchy (także wobec dziennikarzy czy adwokatów); nagle też wyroili się kryminaliści, rzekomo skruszeni przestępcy, gotowi obciążać zeznaniami wskazanych polityków, a prokuratorzy raptem zaczęli im bezkrytycznie wierzyć, z wszystkimi tego konsekwencjami.
W pierwszym okresie IV RP, gdy na czele rządu stała marionetka, pajacowaty celebryta Kazimierz Marcinkiewicz, faktyczne centrum władzy było w gabinecie prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego. To tam jeździli po instrukcje prokuratorzy, łącznie z krajowym, tam odbywały się narady z szefami służb i tam decydowano, kto tylko jest w układzie, a kto stanowi jego kwintesencję. Konsekwencją tego było albo osaczanie tak wskazanej ofiary działaniami operacyjnymi, albo wszczynanie sprawy karnej, jeśli tylko na czas znaleziono odpowiednio skruszonego przestępcę i wyuczono go, jak ma zeznawać, poprzedzając to ostrzałem medialnym w wykonaniu zaufanych dziennikarzy.
Później, gdy Jarosław Kaczyński został premierem, zaczęto nadawać tym działaniom formy instytucjonalne. W sposób naruszający konstytucję minister prokurator generalny został mianowany „nadministrem” kierującym innymi ministrami, w tym ministrem spraw wewnętrznych i podległymi mu służbami. Co, nawiasem mówiąc, wywołało konflikt wewnątrz pisowskiej ekipy i ostatecznie przyczyniło się do upadku IV RP. Rozwalono Wojskowe Służby Informacyjne pod pozorem ścigania w nich nieprawości (których ostatecznie nie znaleziono), a w rzeczywistości, jak można zasadnie podejrzewać, chcąc sprawdzić, jakie materiały z początków lat 90. WSI zgromadziły na temat ekipy IV RP, szczególnie o zapomnianej już dziś spółce Telegraf. Przy okazji ujawniono obcym wywiadom dziesiątki tajnych informacji, a także rozwalono wojskowe służby działające w Iraku i w Afganistanie, z ogólnie znanym efektem.
Powołano CBA, własną specsłużbę, dając jej ogromne uprawnienia i stawiając na jej czele fanatycznego polityka. Jak pokazała praktyka, w okresie IV RP ta formacja, powołana specjalnie do ścigania korupcji, ujawniała zaledwie 3% wszystkich przestępstw korupcyjnych (pozostałe 97% ujawniały po staremu: policja, ABW czy straż graniczna). W dodatku z tych 3% spraw najbardziej spektakularne były te afery, które CBA samo stworzyło.
To wszystko jesienią 2007 r. było powszechnie znane. Zamiast zacząć od wniosku o postawienie Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu, Platforma powołała dwie sejmowe komisje śledcze. W tym czasie platformiany minister sprawiedliwości prokurator generalny prof. Ćwiąkalski publicznie oskarżył Ziobrę o zniszczenie laptopa. Podlegli mu prokuratorzy mieli się dobrze i wcale nie nachodziła ich ochota, aby ścigać lub choćby ujawniać przewinienia prokuratury z czasów IV RP. Niechętnie wszczynali jakieś śledztwa w tej sprawie, a gdy już udało się coś wszcząć, prowadzili sprawy tak, by nic z tego nie wynikało, a zwłaszcza nic złego dla nich, gdy znów zmieni się władza.
Biurokraci w Galicji mawiali zawsze: „Jak się chce jakąś sprawę utopić, trzeba powołać komisję”. No to Platforma powołała aż dwie. Skutek był gwarantowany. W tym czasie mieliśmy już doświadczenia z trzech komisji śledczych. Wynikało z nich jedno – komisje nie są w stanie ustalić niczego, są za to w stanie zdestabilizować politykę, są wylęgarnią oszczerstw, pomówień i oskarżeń.
Jakby tego wszystkiego było mało, PO na czele komisji mającej badać nadużycia władzy w IV RP postawiła sędziwego Andrzeja Czumę, człowieka o poglądach pisowskich, z czysto towarzyskich względów zaplątanego w Platformę. Człowieka poczciwego i miłego, ale bez najmniejszego doświadczenia prawniczego, który w dorobku życiowym miał pobyt w peerelowskim więzieniu za myślenie o wysadzeniu pomnika Lenina w Poroninie i, zdaje się, chęć stworzenia (w latach 70.!) organizacji podziemnej na wzór AK. W późniejszym dorobku miał emigrację do USA, jakieś próby uruchomienia tam polonijnego radia, jakieś nagłośnione debety w bankach i to w zasadzie wszystko. Nie były to chyba najlepsze rekomendacje do zostania pierwszym śledczym mającym ścigać nieprawości IV RP. Dla porządku tylko przypomnę, że na koniec przewodniczący Czuma nie zgodził się z innymi posłami Platformy zasiadającymi w komisji i ostatecznie razem z PiS głosował przeciw raportowi. Teraz, jak się dowiaduję, Andrzej Czuma jest doradcą ministra Gowina. No, to mamy w Ministerstwie Sprawiedliwości mocną i kompetentną ekipę.
Druga komisja, dobrze prowadzona przez posła Kalisza, nie badała całości patologii władzy IV RP, tylko przypadek jednostkowy, okoliczności śmierci Barbary Blidy. Mimo to ustaliła więcej niż komisja Czumy i wnioskowała o postawienie przed Trybunałem Stanu Kaczyńskiego i Ziobry.
W ubiegłej kadencji wnioskom o Trybunał Stanu nie nadano biegu. Na początku obecnej kadencji Ruch Palikota złożył wniosek o Trybunał Stanu dla Ziobry. Platforma wniosku nie poparła. Nazwała go nawet polityczną hucpą. Teraz, gdy się zorientowała, że wbrew wcześniejszemu optymizmowi Tuska znów „ma z kim przegrać”, sama złożyła taki wniosek. Lepiej późno niż wcale. Z punktu widzenia elementarnego poczucia sprawiedliwości i zwykłej przyzwoitości (o ile to słowo coś jeszcze znaczy) dobrze się stało. Z politycznego punktu widzenia Platforma robi błąd. Ten wniosek miał szanse na przełomie lat 2007 i 2008. Dziś ich nie ma. Sama Platforma jest w tej sprawie podzielona. Jej politycy jawnie krytykują w mediach pomysł podjęcia próby postawienia Kaczyńskiego i Ziobry przed Trybunałem Stanu. Nawet TVN 24 wyciągnęła z lamusa (ściślej z Ministerstwa Sprawiedliwości) Andrzeja Czumę, który zapewniał, że wszystko zbadał osobiście i jest pewien, że Kaczyński z Ziobrą nie naruszali prawa. Zapomniał, że komisja, której był wprawdzie fajtłapowatym, ale zawsze przewodniczącym, ostatecznie ustaliła co innego.
Na marginesie, komentując wniosek o Trybunał Stanu dla Kaczyńskiego i Ziobry, znaczna część dziennikarzy oburza się i dziwi: Jak to można przed Trybunałem Stanu stawiać polityków opozycji, byłego premiera i ministra? Dzieci, poczytajcie sobie art. 198 konstytucji, wygooglujcie hasło „odpowiedzialność konstytucyjna”, łatwiej wam będzie zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, i może przestaniecie bredzić.

Wydanie: 49/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy