Trzecia prycza

Prof. Wiktor Osiatyński, konstytucjonalista, pisze, że kiedy rządy Kaczyńskich przeminą, niewiele będzie powodów do uciechy, ponieważ pozostaną po nich zniszczenia, które trzeba będzie długo naprawiać.
Będą to zniszczenia w strukturze państwa, które PiS formuje w państwo stanu wyjątkowego, gdzie zatarciu ulega zasada podziału władz ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, a władza wykonawcza – jak w systemie monopartyjnym – zdobywa przewagę nad dwoma pozostałymi. Mnożą się także najrozmaitsze twory śledczo-policyjne, jak zapowiadana komisja prawa i sprawiedliwości, pracująca permanentnie, jak Centralne Biuro Antykorupcyjne, podległe rządowi i penetrujące wszystkie dziedziny życia niezależnie od prokuratury, policji i wywiadu, jak IPN podniesiony do rangi prokuratury i sądu sądzącego historię, jak system monitorowania mediów czy specjalny instytut do sterowania treściami oświaty, czym w normalnych państwach trudni się minister edukacji. Wszystkie te pomysły odbiegają bardzo daleko od modelu państwa demokratycznego, który trzeba będzie odbudować.
Tym rakowatym naroślom na organizmie państwa demokratycznego towarzyszą zniszczenia w sferze obyczaju publicznego. Prasa poruszona jest ostatnio powołaniem na szefa więziennictwa niejakiego Henryka Biegalskiego, który podobno w czasie stanu wojennego szefował więzieniu w Gdańsku, gdzie brutalnie bito więźniów politycznych. Pan Biegalski jako szef więziennictwa urzędował 18 dni i po awanturze prasowej został odwołany, niepokoi mnie jednak sposób, w jaki zły klawisz z PRL doszedł do szczytów swego zawodu w IV RP. Otóż po pierwsze – o czym mówi się otwarcie – dostał on pochlebną rekomendację władz kościelnych, które decydują o awansach w służbie publicznej, po drugie zaś Biegalski, według „Gazety Wyborczej”, oczarował ministra Ziobrę pomysłem na zdobycie dodatkowych 9 tys. miejsc w więzieniach. Jego pomysł jest prosty: należy dobudować na pryczach jeszcze jeden poziom, czyniąc je trzypiętrowymi, a także kłaść więźniów pod pryczą, na materacu na podłodze.
Zapał PiS do budowania i zaludniania więzień zdobywa pewien poklask w społeczeństwie, czemu trudno się dziwić. Media donoszą co chwila o przerażających zbrodniach, zwłaszcza tych, kiedy rodzice zabijają własne dzieci lub rozbijają im czaszki, tak że do końca życia żyć będą życiem rośliny. Trudno wzbudzić w sobie współczucie dla sprawców takich zbrodni. Jednak rzecznik praw obywatelskich, p. Kochanowski, postąpił słusznie, kiedy zwolnił swego doradcę, Krzysztofa Orszagha, za nazwanie skazanego „zwierzęciem, które trzeba zabić”, mimo że więzień ten istotnie postąpił bezczelnie, żądając odszkodowania pieniężnego od matki zabitej przez siebie ofiary. Więzień nie zaludniają jednak wyłącznie degeneraci, siedzą tam także ludzie skazani w wątpliwych niekiedy procesach, jak starachowicki czy Rywina, ale nawet gdyby byli to sami przestępcy, więzień nie przestaje być człowiekiem, a więzienie, będąc karą, nie może być zemstą.
Pod znakiem zapytania stoi też zasada, lansowana od dawna przez PiS i Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości w rządzie Buzka, że budowa więzień i osadzanie w nich możliwie największej liczby osób jest sposobem na uzdrowienie życia w Polsce.
Przeczą temu zwyczajne dane. We Francji, gdzie żyje 61 mln ludzi, w więzieniach siedzi około 60 tys. więźniów, w Polsce zaś na 38 mln ludności mamy obecnie 84 tys. więźniów, a przecież poziom bezpieczeństwa nie jest w Polsce wyższy niż we Francji. Co ciekawsze zaś, przy owej słabej według kryteriów PiS-owskich penalizacji francuskiej poziom przestępczości w tym kraju spada, mimo że Francja jest krajem ostrych konfliktów etnicznych, których u nas jeszcze nie ma.
Nie jest prawdą, że więzienie wychowuje i resocjalizuje, lecz przeciwnie, marginalizuje i wykoleja. Jest także szkołą przestępstwa. Znów według danych francuskich, 60% zwolnionych więźniów nie znajduje pracy, na 30% z nich nikt nie czeka, a jedna czwarta nie ma nawet 15 euro, aby pokryć wydatki czekające ich po uwolnieniu. Ludzie ci zazwyczaj wracają do przestępstwa.
Wszystkie te dane czerpię z artykułu Loica Wacquanta, wydrukowanego w pierwszym numerze wydanego właśnie w Polsce pisma „Le Monde Diplomatique”, znanego na całym świecie miesięcznika. Ukazanie się „Le Monde Diplomatique” w Polsce jest ważnym faktem nie tylko dlatego, że niweluje różnicę między nami a Francją, Niemcami, Wielką Brytanią, Hiszpanią, Chinami, Chorwacją i innymi 32 państwami, z Emiratami Arabskimi włącznie, gdzie „Le Monde Diplomatique ” ukazuje się regularnie, ale dlatego, że pismo to, dostępne na razie w salonach prasowych, ma szansę podnieść nasz dialog publiczny na wyższy, bardziej uniwersalny poziom.
Polska zabawiana przez rząd i partię lokalnymi sensacjami politycznymi, prowadzi toporną politykę zagraniczną, obróconą w stronę „polityki historycznej, rozgrzebującej nasze obolałości dziejowe i eurosceptyczną, co nasz prezydent zadeklarował na spotkaniu z prezydentem Czech, Klausem. Prowincjonalizuje się. Widzimy nasze problemy wycinkowo, bez szerszego kontekstu, zza miedzy.
Takim kontekstem na przykład dla omawianej tu sprawy więziennictwa jest fakt, że dzisiejszy świat liberalny zmierza w kierunku ostrego oddzielenia bogatych i bogacących się od biednych i zmarginalizowanych. Pierwsi z nich fortyfikują się w coraz lepiej strzeżonych kondominiach, w lepszych dzielnicach, lepszych miejscowościach lub na wyspach, bronionych przez coraz liczniejsze agencje ochrony, dla drugich zaś najstosowniejszym miejscem, aby nie rzucali się w oczy, jest więzienie.
Polityka penitencjarna PiS, której p. Biegalski zawdzięcza swój nieoczekiwany, lecz przelotny awans, idzie ścieżką amerykańską. Jest ona polityką liberalizmu, którego marzeniem jest zepchnięcie z pokładu i upchnięcie gdziekolwiek tych, którzy nie nadają się do świata pięknych, bogatych i obdarzonych powodzeniem.
Twierdzi się, że polityka ta w Ameryce daje dobre rezultaty, co nie jest prawdą nie tylko z punktu widzenia mieszkańców czarnych przedmieść nędzy, w których co trzeci mężczyzna siedział lub siedzi w więzieniu, ale także z punktu widzenia finansów społeczeństwa. Z Ameryki znany jest przypadek więźnia, który w wieku lat 15 zabił taksówkarza i jako nieletni trafił do szpitala psychiatrycznego, po opuszczeniu którego zabił koreańskiego sprzedawcę, za co wymierzono mu 30 lat więzienia. Oblicza się, że nawet najbardziej przewlekle leczenie psychiatryczne tego osobnika kosztowałoby podatników 100 tys. dol., podczas gdy jego więzienie przez 30 lat kosztować będzie 750 tys.
Chyba że według projektu p. Biegalskiego będzie on leżał na podłodze pod pryczą, tanio i skutecznie.

 

Wydanie: 11/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy