Prawy do lewego

Prawy do lewego

Ostatnio wielu prawicowych publicystów bardzo troszczyło się o przyszłość lewicy w Polsce, udzielając jej rozlicznych rad. Troską też napełniała ich kondycja LiD.
Rozpadnie się czy nie rozpadnie? Kto wygra w SLD – Olejniczak czy Napieralski, a może Szmajdziński? Czy SLD zjednoczy się z SdPl i wystawi za burtę PD, czy też może prof. Geremek chcąc powtórzyć kadencję w europarlamencie, zbliży się (razem z całą partią) do Platformy? Czy LiD skręci w lewo, gubiąc na zakręcie PD, czy też PD deklarując się jako partia liberalna, skręci w prawo, odrywając się od lewicy? Wszystko to niezwykle zajmuje wielu publicystów.
Prawdą jest, że w SLD, szczególnie w tzw. terenie, wciąż słyszy się głosy, że na koalicji z SdPl, UP, a zwłaszcza z PD – SLD tylko stracił i traci nadal. Zatem LiD jest złym pomysłem.
Prawdą też jest, że prominentnym politykom Partii Demokratycznej zdarzają się też słabsze dni i mniej niż zwykle mądre wypowiedzi. Odkrycie, że PD jest w gruncie rzeczy partią liberalną, której bliżej do PO niż SLD, do takich nie najmądrzejszych właśnie należało.
To PD w chwili zawiązywania koalicji LiD-PD nie była jeszcze liberalna, czy była, tylko nie miała tej świadomości? Przypomnijmy rodowód Partii Demokratycznej. Wywodzi się ona z tej części Unii Wolności, z której odeszło do Platformy skrzydło liberalne, wywodzące się z Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Zostało generalnie to skrzydło, które wywodzi się z Unii Demokratycznej, a jeszcze wcześniej z ROAD! Kuroń, Mazowiecki czy Kuratowska to liberałowie? To coś nowego. Do tego doszli dysydenci z SLD z Hausnerem na czele i wtedy z UW powstała Partia Demokratyczna. Liberalna? W sferze obyczajowej na szczęście chyba tak, ale w ekonomicznej?
To Platforma jest w sferze ekonomicznej liberalna, w sferze obyczajowej zaś konserwatywna, aby tylko na tak delikatnym określeniu poprzestać. Dlatego też PD i PO całkiem do siebie nie pasują. Platforma jest prawicowa, PD – centrowa. Zresztą Platforma, znajdująca się w apogeum swej popularności, nie potrzebuje do niczego PD.
LiD będzie trwał. I to nie jako \”małżeństwo z rozsądku\”, ale jako twór polityczny najzupełniej naturalny. Co więcej, jako ważny program dla Polski i jako prawdziwa alternatywa dla rządów prawicy. Brzmi to może nieprzekonująco, w chwili gdy LiD ma zaledwie 10% poparcia, ale tak jest naprawdę. Gdy Platformie słupki poparcia zaczną się kurczyć (a zaczną!), będzie rosła szansa na poparcie dla centrolewicy. Będzie, o ile centrolewica przestanie zajmować się sobą i nad sobą biadolić, a zajmie się problemami społecznymi. Gdy więcej jej będzie w mediach, w debacie publicznej. Gdy potrafi pokazać społeczeństwu, czym się różni od Platformy i od PiS, i co ma społeczeństwu do zaoferowania.
Tymczasem na prawicy dzieją się rzeczy ciekawe. Debata o ratyfikacji traktatu z Lizbony skompromitowała PiS w oczach tych, o których ostatnio Jarosław Kaczyński zabiegał. W oczach inteligencji i młodzieży. Do niedawna mówiło się, że PO to PiS-bis. Teraz trafniej można by powiedzieć, że PiS to LPR-bis. Wydaje się, że Jarosław Kaczyński nie ma już szans na przywództwo w dużym bloku prawicowym, o którym marzył od dawna i który próbował skonstruować. Takiego bloku po prostu nie będzie. Zostaje mu przywództwo w kurczącej się partii antyeuropejskiej, eurosceptycznej.
Ta partia nie ma już potencjalnego elektoratu, do którego odwoływali się Lepper czy Giertych.
Polacy są świadomi korzyści płynących z członkostwa w Unii Europejskiej. Korzystają z otwartych granic, z dopłat, z programów unijnych. Przeciwników integracji europejskiej w Polsce jest dziś zaledwie kilka procent i jak łatwo przewidzieć, w najbliższych latach będzie jeszcze mniej. W miarę dorastania młodego pokolenia i w miarę powiększania się odsetka obywateli z wyższym wykształceniem.
Jarosław Kaczyński rzeczywiście „zjadł przystawki”, przejmując znaczne części ich elektoratu. To pociągnęło jego partię w prawo. Zdaje się dalej, niż \”genialny strateg\” przewidywał. Teraz jest zakładnikiem Sobeckiej czy Macierewicza. Chciałby zapewne skręcić nieco ku centrum, by zająć pole, które może zostać zajęte przez jakiś nowy polityczny twór, którego widmo krąży nad PiS. Cienie Marcinkiewicza, Rokity, Ujazdowskiego spędzają zapewne sen z powiek Jarosławowi Kaczyńskiemu. O takim zamiarze skrętu świadczyć by mogła ofensywa podjęta w celu zdobycia wpływów wśród inteligencji i wśród młodzieży.
Gdyby jednak PiS skręciło ku centrum, zgubiłoby skrzydło prawe, które mogłoby wtedy połączyć się z Prawicą Marka Jurka, tworząc coś nowego między PiS a prawą ścianą. Co więcej, to nowe coś miałoby zdaje się poparcie samego Ojca Dyrektora.
Kaczyński uznał, że nowa partia na prawo od PiS jest dla niego bardziej niebezpieczna od tej między PiS a centrum. Stąd ten manewr czy raczej wolta z ratyfikacją traktatu z Lizbony.
Traktatu, którego wynegocjowanie i podpisanie bracia Kaczyńscy uważali za swój ogromny sukces. Teraz zaś przekonują, że traktat jest dla Polski niebezpieczny i trzeba go wzmocnić jednostronnymi deklaracjami wepchniętymi do projektu ustawy upoważniającej prezydenta do jego ratyfikowania. Nie o traktat tu jednakże chodzi. Chodzi o awanturę. Kaczyński chce pokazać, że on i tylko on stoi na straży antyeuropejskich fobii, chorobliwych podejrzeń wobec Europy. Już nikt inny nie jest tu potrzebny. Tyle że PiS sprowadziło się do roli niegdysiejszej LPR. Ambicje Jarosława Kaczyńskiego były chyba znacznie większe.
Ale nie jest to jedyny kłopot braci Kaczyńskich. Notowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego lecą na łeb na szyję. Szanse na reelekcję, już dziś to widać, są znikome.
Udział prezydenta w bardzo niemądrym filmiku telewizyjnym w reżyserii Jacka Kurskiego, nie wiadomo dlaczego nazwanym „orędziem”, straszącym słabiej rozgarniętych Polaków niemieckimi gejami (w roli których wystąpili geje amerykańscy), którzy zabiorą nam ziemie zachodnie, był największą kompromitacją prezydenta w ciągu ostatnich miesięcy.
W elektoracie Prawa i Sprawiedliwości popularniejszy od obu Kaczyńskich stał się tymczasem Ziobro!
Awantura wokół ratyfikacji traktatu z Lizbony wywołana zdaje się po to, by nikt nie obszedł PiS z prawej strony, doprowadzi do tego, że PiS straci wszelkie szanse na to, by kiedykolwiek powrócić do władzy. Otwiera się za to przestrzeń między PO i PiS: czy zapełni ją nowa partia?
Jeśli nie zapełni, PO przesunie się w prawo i zajmie tę wolną przestrzeń. Dla Lewicy i Demokratów zrobi się więcej miejsca w centrum. Rozszerzając się – i słusznie – na lewo, LiD musi też o tym pamiętać.

Wydanie: 13/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy