Lekcje historii

Lekcje historii

Jak wiadomo, dla prawicy ważniejsza jest przeszłość niż przyszłość. Wyżej w prawicowych umysłach stoi konserwowanie starych struktur i zwyczajów niż przekraczanie granic oraz zmiana rzeczywistości. Istotniejsza jest wiara w stałe, tzw. naturalne prawa niż przekształcanie reguł społecznych i szukanie lepszych rozwiązań dla ludzi. Dlatego ideolodzy i prawicowi politycy wolą pielęgnować idealistyczne wizje pięknej – nieskażonej przez rewolucje moralne, artystyczne i społeczne – odległej przeszłości. W polskich warunkach tą przeszłością jest zazwyczaj uproszczony i podkolorowany okres Polski międzywojennej.
Prawica bardzo nerwowo reaguje, kiedy ktoś chce jej odebrać monopol na interpretację historii. Gdy w grudniu, w 90. rocznicę zamordowania prezydenta Gabriela Narutowicza, SLD zgłosił pod obrady sejmiku województwa dolnośląskiego apel o tolerancję i sprzeciw wobec skrajnej prawicy, radni PiS nie mogli przeboleć, że ktoś próbuje wpleść w historię Polski lewicową opowieść. W odpowiedzi zgłosili więc własny apel historyczny – dla uczczenia 150. rocznicy powstania styczniowego. Swoją uchwałę podlali narodowo-patriotycznym sosem, dorzucając akcent męczeński w postaci stwierdzenia, że „w okresie PRL ta rocznica była zakazana”. W ten sposób okazało się, że koledzy z PiS, choć w rozgrywkach politycznych szermują datami historycznymi, nie odrobili wielu lekcji historii.
Nie jest prawdą, że powstanie styczniowe było datą zakazaną w PRL. Wręcz przeciwnie. W 1963 r., w setną rocznicę powstania, w szarym okresie PRL pod rządami Gomułki, zafundowano obchody z wielką pompą – były uroczyste akademie, w szkołach uczono pieśni powstańczych, władze organizowały manifestacje patriotyczne, wydawano okolicznościowe publikacje. Te obchody trwały przez cały rok. Gomułka urządził to, co prezes PiS chciał zafundować Polakom w 2013 r. – czyli ogłoszenie przez Sejm Roku Powstania Styczniowego (zamysł się nie powiódł, bo PiS zostało wyprzedzone przez Senat). Słabość prezesa Kaczyńskiego i jego ferajny do towarzysza Wiesława ujawnia się nie pierwszy już raz.
Instrumentalne pielęgnowanie przez polską prawicę pamięci o powstaniu styczniowym jest wątpliwe również z powodów ideowych. Prawicowcy nie pamiętają, że wydarzenie to miało w ówczesnej Europie szerokie poparcie przede wszystkim w kręgach radykalnych demokratów, rewolucjonistów i rodzącego się ruchu robotniczego. Sympatii dla powstańców nie kryli ani Garibaldi i Mazzini, którzy we Włoszech stali na czele Wiosny Ludów, ani rosyjscy rewolucjoniści pokroju Aleksandra Hercena czy anarchisty Michaiła Bakunina. Ten ostatni – jak w lewicowej broszurze wydanej w 1928 r. pisze Leon Wasilewski (przedwojenny PPS-owiec, bliski współpracownik Piłsudskiego, a prywatnie ojciec Wandy Wasilewskiej) – popierał powstanie z całych sił. Bakunin stał na stanowisku, że obalenie caratu to kluczowa sprawa zarówno dla Polski, jak i dla Rosji. Szczególnie bliskie więzi łączyły Bakunina z frakcją „czerwonych”, która odgrywała znaczącą rolę w początkowym okresie powstania styczniowego. Przedstawiciele „czerwonych” (z Mierosławskim na czele) chcieli wciągnąć do walki chłopów i postulowali radykalne reformy społeczne, w tym uwłaszczenie bez odszkodowania dla właścicieli.
Najwięcej problemów polska prawica powinna mieć jednak z postawą Marksa i Engelsa wobec powstańców i sprawy polskiej. Obaj zagrzewali Polaków do walki, a później brali udział w różnych uroczystościach upamiętniających to wydarzenie. W styczniu 1867 r. na posiedzeniu Rady Międzynarodówki i Polskiego Towarzystwa Robotniczego dla uczczenia czwartej rocznicy powstania Karol Marks stwierdził m.in.: „Gdziekolwiek klasa robotnicza występowała samoistnie w ruchu politycznym, jej polityka zagraniczna od samego początku wyrażała się w słowach – odbudowanie Polski. Tak było z ruchem czartystów, tak było z francuskim ruchem robotniczym przed rokiem 1848. Tak było także w Niemczech w latach 1848 i 1849, gdzie pisma robotnicze domagały się wojny z Rosją i odbudowywania Polski”.
Z kolei dla uczczenia szóstej rocznicy powstania styczniowego Engels 22 stycznia 1869 r. w Londynie wygłosił płomienne przemówienie, w którym podkreślił: „Kraj, który poćwiartowano i skreślono z listy narodów dlatego, że był rewolucyjny, może szukać ocalenia jedynie i tylko w rewolucji. Toteż Polaków spotykamy wszędzie tam, gdzie toczy się walka rewolucyjna. Polska zrozumiała to w 1863 roku i ogłosiła podczas powstania, którego rocznicę dziś świętujemy, najbardziej radykalny program, jaki kiedykolwiek wysunięto na wschodzie Europy”. I jak się czuje w tym kontekście antykomunistyczna, nacjonalistyczna polska prawica z PiS na czele?
Prawica, chcąc wykorzystywać historię jako narzędzie do rozgrywek politycznych, powinna zrozumieć, że kij ma dwa końce – nie istnieje uniwersalna interpretacja przeszłości. Prawica nie ma monopolu ani na prawdę historyczną, ani na patriotyzm (szczególnie w jego obywatelskiej, a nie etnicznej wersji), ani tym bardziej na szermowanie ideą wolności. Czas to w końcu wbić w Polsce do prawicowych głów.

Wydanie: 2/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy