Kamińskiego droga ku męczeństwu

Kamińskiego droga ku męczeństwu

Gdyby Amerykanie czy Anglicy chcieli pokazać w celach szkoleniowych portret człowieka, który pod żadnym pozorem nie może pracować w służbach specjalnych, to Mariusz Kamiński mógłby im posłużyć za wzór. I tam jego kariera skończyłaby się na portrecie charakterologicznym. U nas Kamiński dotarł aż na sam szczyt służb, co potwierdza, że do służb w Polsce może trafić każdy, byle miał wystarczająco silnego politycznie promotora. A jednocześnie przy takim doborze kadr możemy mieć pewność, że taka instytucja i jej szef dostarczą opinii publicznej wielu silnych wrażeń. Pod tym względem Kamiński nie zawiódł. Sensacji, widowiskowych akcji w kominiarkach, barwnych konferencji prasowych i przecieków było tyle, że można by obdzielić całą Unię Europejską.
Kamiński miał w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym władzę absolutną. Sam sobie zresztą tę instytucję wymyślił, jeszcze w czasach, gdy był posłem AWS. I gdy w 2006 r. PiS przy walnym udziale PO powołało CBA, Jarosław Kaczyński namaścił go na szefa tej służby. CBA powołano mimo bardzo wielu krytycznych ocen prawników i fachowców od ścigania przestępców. Przeważyła opinia Jana Rokity, mającego na koncie oprócz najgłupszego hasła dekady „Nicea albo śmierć” również przeforsowanie tej instytucji, która od początku była poza kontrolą, a jej szef dostał nieograniczone uprawnienia. Dostał, więc skwapliwie z nich skorzystał. Dobrał sobie ludzi, z którymi wcześniej działał w Lidze Republikańskiej i PiS. Dla prawicowych polityków i mediów związanych z PiS Kamiński jest ideowym propaństwowcem. Ale nawet ludzie mu życzliwi widzą w nim obsesyjnie podejrzliwego fanatyka. Przeciwnicy uważają go za człowieka gotowego rzucać najcięższe oskarżenia na każdego, kto jest niewygodny dla jego obozu politycznego.
Dowodem jednostronności byłego szefa CBA jest wybiórcze traktowanie osób, którym stawiane są zarzuty korupcyjne. Kamiński w czasie swojej kadencji miał wyraźne kłopoty ze wzrokiem, gdy trzeba było finalizować afery PiS-owskich ministrów: Bolesława Piechy i Tomasza Lipca. Miał też niechlubny udział w sprawie znanego kardiochirurga, dr. Mirosława G. Baty za oszczercze wypowiedzi zebrał wówczas Zbigniew Ziobro, a Kamińskiemu, który nie mniej sobie wówczas poszalał, jakoś się upiekło. I taki jest Kamiński. Zastanawiająco bierny i opieszały w jednych sprawach, a tygrys po viagrze w drugich.
Wiadomo, dlaczego prezes Kaczyński postawił właśnie na Kamińskiego. Dokładnie z tych samych powodów, dla których inni by go nigdy na to stanowisko nie powołali. I prezesa PiS były już szef CBA z pewnością nie zawiódł. Mało tego, po dymisji mógł śmiało powtórzyć za bratem pana prezesa, że „zadanie zostało wykonane”. Dlaczego jednak premier Tusk trzymał Kamińskiego przez dwa lata? Czego mu zabrakło? Wyobraźni, że instytucja, za którą głosował, a która została zaprogramowana do prześwietlania lewicy, może się wymknąć w kierunku wskazywanym przez PiS? Że celem Kamińskiego może stać się sam premier? Najpoważniejsza przeszkoda na drodze do reelekcji prezydenta Kaczyńskiego.
Błąd Tuska pozwala Kamińskiemu i PiS budować legendę kolejnego męczennika, który co prawda przegrał pojedynek z siłami korupcji i bezprawia, ale niebawem szeryf wróci i poprowadzi swoje hufce do kolejnych wojen. Tyle że wówczas PiS już nie będzie brało jeńców.

Wydanie: 42/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy