Bez przesady

Bez przesady

Panuje atmosfera pogodnej modlitwy, uczestnictwa w jakimś sekretnym rytuale. Wszyscy, którym udało się zdobyć zaproszenia na bankiet, poruszają się powoli i cicho, jakby nie chcieli nikogo urazić. To najlepszy hotel w mieście – wokół lśnią szkło i czarny marmur. We wnękach stoją delikatnie podświetlone białe kwiaty. Nie wiem, czy jest bardziej jak w kaplicy, czy raczej jak w baśniowym burdelu, ale strach czegokolwiek dotykać. Winda zabiera maksymalnie 10 osób. Kursuje cicho jak balon. Na dachu jest jeszcze ciemniej, choć w dali widać miasto, rozedrgane światła.
Chyba gdzieś rozłożono jedzenie, nic nie widać. Potykam się i wpadam na kogoś, nie umiem nawet zinterpretować płci. Ale wreszcie wyłania się jakaś kolejka pełna białych talerzy – o! Po jedzenie! Czuć je, lecz nie widać. Wreszcie ktoś wpada na pomysł, żeby poświecić sobie telefonem, inni idą w jego ślady i po chwili wszyscy przysuwają iPhony, samsungi i nokie do sałatek z łososiem, krewetek, zapiekanek warzywnych, crème brûlée i winogron. Kształty powoli się urealniają, jakby niechętnie wyjawiając swoją naturę. Wreszcie weganie nie trafią w tatara, a ci na diecie w jabłecznik. Cała kolejka świeci niepewnym blaskiem. Zaczyna być śmiesznie: czy ktoś to kręci?

Przesada – także ta wysublimowana, sięgająca po blichtr, ta „na bogato” – zawsze jest zabawna. Na przykład moment wybierania w restauracji kosztownej sałatki. Czekamy pół godziny i kelner przynosi nam listek sałaty, plasterek mango i jakiś kwiatek. Wszystko polane trzema maziajami, które ktoś fantazyjnie wykonał z niebywałą wprost nonszalancją. Cóż: twarz-blacha i dzielnie dziubiemy. W domu dojemy bułką z rzodkiewką. Ale jakże nudny byłby świat bez fontann czekolady, mięsnych piramid, biżuterii Swarovskiego, cekinów, różowej waty cukrowej, łzawego popu i strzelnic na wesołym miasteczku.

Przesada kojarzy nam się z kiczem, złym gustem, ostentacją, ale jest w niej przecież marzenie o szczęściu i nieśmiertelności. To także rodzaj tęsknoty za dzieciństwem – obładowaną błyskotkami choinką, torebkami pełnymi cukierków. Ale oczywiście stajemy na bezpiecznych pozycjach dystansu i bierzemy tę całą przesadę w cudzysłów ironii. Wiemy, że to groteskowe, i świadomie w to brniemy, pozostając jedną nóżką na zewnątrz, obserwując całą sytuację okiem antropologa. Och, co za przegięcie – mówimy – ale kamp! Kiedy kończy się naturalność, równowaga, a zaczynają przerysowane gesty, teatr? Kiedy kończy się ubieranie, a zaczyna przebieranie? Czy dobry gust nie jest czasem drobnomieszczańskim wymysłem? Czymś w swojej istocie opresyjnym – jak rola społeczna? Przecież stoi za nim powściągliwość i elegancja. A pokazy haute couture, w których modelki wkłada się do trumien, przebiera za torty, trójkąty lub niedźwiadki, to coś tak odległego od naszego świata, jakaś egzageracja, dekadencka zabawa dla bogaczy. A jednak oglądamy się czasem na ulicy za żywymi rzeźbami, tymi, którzy ze swojego ciała uczynili dzieło sztuki – tatuując je, przekłuwając kolczykami, wymyślając obłędne fryzury, makijaże i dzikie ciuchy zestawione w tak nieoczekiwanych konfiguracjach, że dech zapiera. Ta przesada jest godna szacunku, ile energii i fantazji włożono w tę oprawę!

We Wrocławiu mieszka artysta Andrzej Dudek-Dürer, który wierzy, że jest inkarnacją Albrechta Dürera. Oprócz tego, że jest kompozytorem, grafikiem i artystą wideo, uprawia też sztukę butów – od 40 kilku lat chodzi w tych samych butach i spodniach. Jest life-performerem, uczynił ze swojego codziennego życia sztukę, znosząc granice między sacrum a profanum. Czterdzieści kilka lat w tych samych butach – czy to nie przesada? Raczej determinacja. Sądzę, że to wspaniałe. Wykonywanie surrealistycznych i poetyckich gestów – gestów mało czytelnych, może mało znaczących, w każdym razie o małym zasięgu komunikacyjnym, „niemedialnych” jest bardzo sensowne. Można je potraktować jako formę oporu przed celowością, konsumpcjonizmem, przed odgrywaniem ról społecznych, dyskusję z pojęciem normatywności. Bo może to właśnie te absurdalne zdarzenia, nieśmiałe gesty i dziwactwa sprawiają, że świat jeszcze się nie rozpadł, że pamiętamy, co to jest miłość. Miłość – to dopiero przesada, brak klasy i egzageracja. A jednak, jak pisał poeta Marcin Świetlicki: „Wszystko należy robić cicho i powoli, ponieważ miłość jednak jest. Tak”.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy