Zawrót głowy

Zawrót głowy

Karuzela książek i ludzi na koronie Stadionu Narodowego – więc zawrót głowy. Trudno o coś gorszego dla narcystycznego pisarza niż nadmiar książek i mrowie autorów. Na stoisko Czarnej Owcy przychodzi sporo fajnych ludzi po dedykację – podpisuję swoją nową powieść „Wyszedł z siebie i nie wrócił”. Czy ja wróciłem po wyjściu z siebie? Chyba tak. Czy na dobre? Nie jestem pewien. Większość przysiadających się do mojego stolika to mężczyźni, chociaż zwykle jest wielka przewaga kobiet, jest kilku czytelników moich felietonów w PRZEGLĄDZIE. Pozdrawiam ich teraz. To jest ta liberalna polska inteligencja, ciągle niszczona przez historię i odradzająca się, a teraz próbuje ją zgnoić PiS. Chcą mieć swoje elity.

Jechałem na targi książki tam i z powrotem podmiejską kolejką, luksusowo – częściej powinienem z niej korzystać, zamiast jeździć samochodem, który izoluje od ludzi. Dużo młodzieży, „roztrzepotane” nastolatki, młodzi traktują wolność naturalnie jak powietrze, którym oddychają. To niemożliwe, by jak dorosną, zaakceptowali Polskę konserwatywno-plemienno-zaściankową.

Wracając do książek, sądząc po tych targach, na oko można by uznać, że książka w Polsce ma się dobrze. Statystyki mówią jednak, że jest inaczej. Są oczywiście bestsellery, ale prawdziwa literatura ma zaskakująco niskie nakłady, a poezja została zupełnie zagnana do kąta. Ale w innych krajach z poezją jest jeszcze gorzej. Paradoksalnie to PRL była epoką, która sprzyjała trudnym gatunkom literackim.

Moje dzieci zaczynają się uzależniać od gier komputerowych. Starszy Antoś ma komputer i od niedawna smartfona. Nie można było mu go nie kupić, skoro wszystkie dzieci w jego klasie już miały. Młodszy stał się posiadaczem tabletu. I już trwają u nas domowe wojny, by mniej na nich grali. To powszechny dzisiaj problem z dziećmi. W ograniczonym czasie te gry są pożyteczne i twórcze. Ale granice szybko tu się rozsypują. Rośnie nowe pokolenie, któremu fikcja myli się z życiem bardziej niż kiedykolwiek w historii świata. Jeszcze nie wiemy, jaki to da efekt w życiu społecznym.

Andrzej ze Stanów u mnie, tyle lat się nie widzieliśmy, aż strach. Ale odpoznajemy się nawzajem i odradza się dawna bliskość, a czas niewidzenia skraca do chwili. Śledzimy losy wspólnych znajomych, coraz mniej jest wspólnych, coraz mniej znajomych. Okropne rzeczy Andrzej mówi o Trumpie, niby wszystko to wiem, ale chłonę jego emocje, bo są amerykańskie. A ich barwa jakże podobna do naszych emocji wobec PiS. Tylko tam bez porównania lepsze są mechanizmy zabezpieczające demokrację. Trump zdaje się większym zagrożeniem dla świata niż dla Stanów. Z wywiadu z Bernardem-Henrim Lévim: „Trump to absolutne rozpasanie osobistego ciała, namiętności, zachcianek, nienawiści, korzyści. To rozkapryszony, tłusty bachor. Ale podobne lekceważenie dobra wspólnego jest teraz w Europie. Trump nie jest sierotą, ale członkiem większej rodziny nacjonalistów i populistów, którzy cierpią na ten sam syndrom tłustego bachora. Należą do niej Putin, Orbán, Kaczyński, w Serbii Vučić. To plaga”. Myślę, że z tego towarzystwa Kaczyński jest najbardziej ascetyczny – i tym groźniejszy. Nie porównując, ascetami byli Hitler i Stalin, a Mussolini, hedonista i babiarz, nie był już tak straszny.

PiS każdą walkę – też z prawdziwą patologią, przez skrajność i brak profesjonalizmu, utykanie wszędzie swoich ludzi, a materiał ludzki ma nędzny – doprowadza do absurdu. Przez co uniemożliwia poprawę czegokolwiek. Złe zastępuje gorszym. W małym miasteczku widzę dwóch młodych ludzi w czarnych koszulkach z napisem „żołnierze wyklęci”. To też zostało doprowadzone do absurdu. Czegokolwiek się dotkną, zakażają narodowosocjalistyczną chorobą. I to wpędzanie Polski w skrajny egoizm narodowy, ta gra na społecznych lękach przed obcymi, w tym przypadku przed uchodźcami. Zapłacimy za to wysoką cenę, na razie tylko moralną. Potem będą pieniądze, których nie dostaniemy od Unii.

Duże emocje budzi zakatowanie przez policję człowieka na komisariacie, nie tylko jego śmierć, ale też formy znęcania się. Tak już się porobiło, że odium spada na obecną władzę, chociaż bardziej winna jest zła tradycja. Pamiętam, jak w 1983 r. wrzucono mnie na dołek komisariatu na ulicy Malczewskiego w Warszawie. To jednak niezwykłe, że jako polityczni byliśmy wtedy pod ochroną. A kryminalnych traktowano okropnie. Właściwie bito wszystkich, którzy stawiali jakikolwiek opór, czasami też tych, co nie stawiali. Dla sportu. Niełatwo zerwać z tak głęboko zakorzenioną tradycją. To bezcenne, że takie akty okrucieństwa są ujawniane, czasami przez media, kiedyś było to niemożliwe. A poza tym przyznajmy jednak, że policja i tak bardzo zmieniła się na lepsze.

Wydanie: 22/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy