Czyj jest mój tekst?

Czyj jest mój tekst?

Pawła Kukiza poznałem przy okazji serialu dokumentalnego „Stacja PRL” realizowanego przez dwie przemiłe Joanny – Pieciukiewicz i Tryniszewską-Obłoj z Telewizji Szczecin. Ja byłem konsultantem, Paweł prezenterem. Zrobił na mnie ogromnie sympatyczne wrażenie artysty z głową w chmurach, który wścieka się na rzeczywistość, jednocześnie żyjąc od niej daleko i nie wgłębiając się w narzucane przez nią fakty, czyli z punktu widzenia obłoków nieistotne detale. Jak pisał Andrzej Bursa:

Bo fajno jest poecie
Nie musi w biurze ślipić
I fuk mu cała dyscyplina
Tylko gitara i dziewczyna
I złote gwiazdy liczyć

Nie zdziwiłem się więc potem, kiedy Kukiz zaśpiewał bardzo śmieszną piosenkę „W Poroninie” z dawnym, socrealistycznym tekstem:

Tu, po tych dróżkach, dawno już temu
Za moich młodych dziecinnych lat
Chodził na spacer człowiek, któremu
Nową epokę zawdzięcza świat.
Wiesz, o kim mówię?
Wiem, o Leninie

Przy okazji oświadczył (cytuję za Mariuszem Urbankiem „Tuwim. Wylękniony bluźnierca”, Warszawa 2013), że „nienawidzi Juliana Tuwima za ten wiersz”. Drobny szkopuł w tym, iż lubo tak widnieje również na CD Kukiza „Piersi” (1992), strofy te napisał nie Julian Tuwim, tylko Janusz Minkiewicz w poemacie „Lenin w Poroninie” (1951). Nawet mi się spodobało, że artysta w natchnionym roztargnieniu nie wie, czyje słowa wkłada sobie w usta. „I fuk mu cała dyscyplina”. I fajnie jest, i złote gwiazdy liczymy. Problem w tym, że każda dziedzina życia ma swoją specyfikę. Kiedy się wkracza do polityki, trzeba już wiedzieć, za kim i co się powtarza, czyimi słowami się gada, a nawet z kim się gada.

Okazuje się, że Paweł Kukiz planuje rozmowy z operetkowym kandydatem na prezydenta w ostatnich wyborach, Grzegorzem Braunem. W tym momencie przekracza już jednak pewien rubikonik, czy jak nazwał to James Jones, „cienką czerwoną linię”. Oczywiście znam te pięknoduchowskie teorie, że rozmawiać można (trzeba?) ze wszystkimi. Tymczasem nie ma bardziej wierutnej bzdury. Francuzi mają taki elegancki termin: l’homme non fréquentable, czyli człowiek, z którym nie wypada się zadawać, albo inaczej: człowiek, z którym zadawanie się przynosi wam despekt. A takim jest właśnie Grzegorz Braun.

Uważam, że osławione JOW-y zaszkodziłyby polskiej demokracji, umocniłyby tylko partyjniactwo i ograniczyły możliwość wpływania społeczności obywatelskich na decyzje władzy. Nie przekonuje mnie program polegający na nieposiadaniu programu. Zbyt dobrze pamiętam francuskiego populistę Pierre’a Poujade’a, który w 1956 r. odniósł sukces, idąc do wyborów pod hasłem: „Jestem taki jak wy”. Ale już rok później przegrał z kretesem, gdy ludzie idący do urn (slogany mają krótkie trwanie) zaczęli się zastanawiać: On jest taki jak my? Ale którzy my? My robotnicy, my chłopi, my trzeci stan? Bo przecież nasze interesy nie są bynajmniej tożsame. Świat jest nieskończenie bardziej skomplikowany i trzeba w nim znajdować kompromisy i mniejsze zło, i ową nieskończenie trudną równowagę społeczną. Do tej chwili o wszystkim można jeszcze dyskutować, acz nie jest to łatwe i trwać będzie latami. Im dłuższe konwentykle, tym nudniejsze. Jak łatwo więc wmówić społeczeństwu, że to wszystko jałowe, skorumpowane i do niczego nie prowadzi. Ale jeszcze i w tej chwili można dyskutować, nawet nad programem bez programu. Mam wiele sympatii dla Pawła Kukiza i chciałbym, żeby nie przekroczył czerwonej linii. Żeby zdał sobie sprawę, że śpiewał Minkiewicza, a nie Tuwima, może nawet przeprosił. To nie jest anegdota. Z każdym dniem, z każdą godziną zaczynasz mówić, Pawle, językami, których nie znasz. Jeżeli zaczniesz powtarzać zdania Grzegorza Brauna, stracisz jeszcze jedną osobę, która była ci życzliwa. Niedługo zaś przekonasz się, że nie było ich wcale tak wiele.

Wydanie: 33/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy