Litewska pułapka premiera Tuska

Litewska pułapka premiera Tuska

Zgodnie z zapowiedzią w szkołach polskich na Litwie rozpoczął się strajk nauczycieli i uczniów. Na ekranach polskich telewizorów pojawił się sam minister Sikorski – zgromił Litwinów za prześladowanie polskiej mniejszości i zapowiedział reakcję polskiego premiera. Oprócz Sikorskiego przez media przewinęło się wielu polityków od prawa do lewa i wielu publicystów, którzy wprawdzie nie bardzo wiedzieli, co się na Litwie dzieje, ale deklarowali, że nie dopuszczą do prześladowań polskiej mniejszości. Na koniec okazało się, że premier Tusk pojedzie na Litwę. Na razie sam. A niektórzy już chcieli krzyczeć: „Wodzu, prowadź nas na Wilno!”.

W dodatku najpierw pojechał do Połągi, gdzie nad Bałtykiem wczasował się litewski premier Kubilius. Po rozmowie, z początku
– jak podają wtajemniczeni – emocjonalnej, później coraz bardziej rzeczowej, premierzy uzgodnili, że powołają wspólną komisję, na czele której staną wiceministrowie edukacji obu krajów, eksperci i przedstawiciele obu mniejszości narodowych, polskiej na Litwie, litewskiej w Polsce. Komisja ma przeanalizować sytuację szkolnictwa mniejszości w obu krajach i dać jakieś bliżej nieokreślone rekomendacje. Przypomnieć należy, że protest nauczycieli i uczniów dotyczył litewskiej ustawy nakazującej, aby w szkołach, w których nauczanie odbywa się w języku mniejszości, po litewsku nauczane były – obok języka litewskiego – historia i geografia Litwy oraz wychowanie patriotyczne (odpowiednik naszej wiedzy o społeczeństwie). Pomijając już fakt, że identyczne przedmioty w szkołach mniejszości w Polsce są wykładane po polsku, należy zapytać, co komisja z dwoma wiceministrami na czele może zrobić z litewską ustawą? O ile w ogóle dojdzie do uzgodnienia czegokolwiek.

Pomijam już rozważania, jak zareagowalibyśmy, gdyby Angela Merkel przyjechała niezaproszona do Polski, by z premierem Tuskiem załatwiać jakieś sprawy obywateli polskich narodowości niemieckiej. W sumie można powiedzieć, iż dobrze się stało, że doszło do spotkania premierów, do rozmowy, do wymiany poglądów i informacji. Przez ostatnie cztery lata w ogóle z Litwinami nie rozmawialiśmy, a minister Sikorski formułował pod ich adresem tylko kolejne żądania. Gdyby dialog był normalnie prowadzony, może udałoby się z nimi załatwić jeśli nie inny kształt ustawy, to przynajmniej jakieś sensowne odroczenie wprowadzenia jej w życie.
Jeśli spotkanie premierów i jego konsekwencje uznać za podjęcie bezsensownie przerwanego przed kilku laty dialogu, to sama wizyta mogłaby zostać uznana za sukces. Jednak premier Tusk po rozmowach z litewskim premierem udał się do Wilna, gdzie pod kościołem św. Teresy, przy Ostrej Bramie spotkał się na zaimprowizowanym wiecu z litewskimi Polakami. Wypowiedział tam słowa, które przekreślają całą dotychczasową politykę Polski wobec Litwy. Do tej pory mówiliśmy Polakom na Litwie tak: „Dobre stosunki polsko-litewskie są najlepszym prezentem, jaki możemy wam dać. Jeśli stosunki polsko-litewskie będą dobre, wasze problemy, a macie ich niemało, będą rozwiązywane. Jeśli będą złe, wasza sytuacja będzie trudna”. Pod kościołem św. Teresy Tusk powiedział coś zupełnie innego, co odnotowały wszystkie litewskie media: „Stosunki polsko-litewskie zależą od tego, jaka będzie sytuacja polskiej mniejszości”.

Znów trzeba przypomnieć, że mniejszość polska na Litwie ma swoją partię polityczną, jest reprezentowana w Sejmie i europarlamencie, uczestniczy w normalnej walce o władzę. Bywa w koalicji, jest w opozycji. Ma nie tylko, jak Polonia w całym świecie czy mniejszości polskie w innych krajach europejskich, potrzeby kulturalne i edukacyjne, podtrzymujące jej tożsamość narodową, lecz także ambicje polityczne i dość silnie je eksponuje. Czy mając moralny obowiązek wspierania rodaków za granicą w ich dążeniach do utrzymania tożsamości narodowej poprzez wspieranie ich kultury, więzi z macierzą, mamy też prawo do udzielania im wsparcia w działaniach na scenie politycznej innego przecież, suwerennego kraju? A jeśli tak, to do jakich granic?
Swego czasu ministrowie Skubiszewski i Olechowski formułowali to jasno. Będziemy wspierać dążenia i żądania mniejszości polskiej na Litwie w granicach wyznaczonych traktatem polsko-litewskim i standardem europejskim. Żądania wykraczające poza ten standard nie będą miały wsparcia państwa polskiego. Dodajmy dla całkowitej jasności: choćby były wsparte strajkami czy manifestacjami.

Dziś trzeba męża stanu, który będzie miał odwagę to powtórzyć w imieniu państwa.
I trzeba mieć świadomość, że oprotestowana litewska ustawa o oświacie mieści się w standardzie (i europejskim, i polskim!), nie narusza też traktatu. Co nie znaczy, że nie powoduje negatywnych konsekwencji społecznych, zwłaszcza dla nauczycieli, o czym za chwilę.
Niektórzy mówią tak: Tusk pojechał na Litwę, bo gdyby nie pojechał, to pojechałby Kaczyński i krzyczał, dlaczego nie przyjechał Tusk.
Ja zakładam dobrą wolę premiera. Chciał załagodzić konflikt, może też zyskać trochę punktów przed wyborami. To nic złego. Chcąc nie chcąc, nawiązał zerwany przed kilku laty dialog. Tylko co będzie dalej? Możliwe są różne scenariusze. Wspólna komisja nie zmieni ustawy, to pewne. Czy zmieni ją litewski Sejm? Bardzo w to wątpię. Czy organizatorzy strajku odwieszą zawieszony strajk, gdy po dwóch tygodniach okaże się, że oprotestowana ustawa nadal obowiązuje? Dla niektórych najradykalniejszych liderów społeczności polskiej samo ściągnięcie na Litwę polskiego premiera to już sukces i umocnienie ich pozycji. Czy na tym poprzestaną? Czy może będą go wzywać częściej, aż któregoś razu nie przyjedzie i wtedy okrzykną go zdrajcą sprawy narodowej, a wtórować im będą w Polsce radykalna prawica i zupełnie zdezorientowane media?

Jest też scenariusz drugi. Tak niechciany przez ministra Sikorskiego dialog będzie kontynuowany, równocześnie stanowiska w wielu kwestiach będą jeśli nie uzgadniane, to przynajmniej wyjaśniane. Może wreszcie wrócimy do umowy o pisowni nazwisk. Skoro strona polska przywiązuje do tego taką wagę, to niech przedstawi stronie litewskiej swój projekt umowy i rozpocznie negocjacje. Wszak sprawa pisowni nazwisk przez ostatnie lata, aż do pojawienia się ustawy oświatowej, była dyżurnym przedmiotem sporu polsko-litewskiego.
Litewska ustawa oświatowa pociąga za sobą koszty społeczne, dotkliwe dla środowiska polskich nauczycieli, którzy, nawiasem mówiąc, stanowią najliczniejszą i najlepiej zorganizowaną grupę wśród polskiej inteligencji na Litwie. Zamknięcie kilku polskich szkół (nie w wyniku perfidnej akcji lituanizacyjnej, ale z powodu braku uczniów!) spowoduje, że pracujący w nich nauczyciele stracą pracę. To poważny problem społeczny, zwłaszcza w małych miejscowościach. Wprowadzenie nauczania trzech przedmiotów po litewsku spowoduje w niektórych szkołach konieczność zatrudnienia nowych nauczycieli, bo nie wszyscy polscy potrafią uczyć po litewsku. Będzie mniej godzin dla wyłącznie polskojęzycznych historyków czy geografów. Trzeba będzie może kogoś zwolnić, wysłać na emeryturę lub pozbawić nadgodzin. To dla wielu nauczycieli dramat osobisty. Ale nie polityczny. Takie same dramaty przeżywają nauczyciele likwidowanych szkół w Polsce, też protestują, czasem razem z uczniami i rodzicami uczniów. I też PiS próbuje na tym robić politykę.
Tymczasem polska histeria jest na Litwie zupełnie niezrozumiała. Rozmawiałem niedawno z Litwinami, którzy od lat okazywali Polsce sympatię i byli żywo zainteresowani poprawą stosunków polsko-litewskich. Dziś pytają, o co chodzi – czy to tylko kwestia wyborów w Polsce, czy stała zmiana podejścia? Czy będziecie popierać wszystkie żądania radykalnych liderów mniejszości polskiej, a jeśli znów zażądają autonomii, to też?

Wydanie: 37/2011

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki