Kult porządku i religia świętego spokoju

Kult porządku i religia świętego spokoju

Choć wskaźniki gospodarcze ani nastroje społeczne nie poprawiły się, Platformie urosło we wszystkich sondażach. Nie jest to bynajmniej przejaw miłości potencjalnych wyborców do rządów premiera Tuska ani nawet związek z rozsądku. To wciąż strach przed wariactwami PiS, zapachem trotylu i widokiem „prawdziwych Polaków” na ulicach. Ostatni incydent z prawicowym nacjonalistą, który zgodnie z naukami „prawdziwych Polaków” chciał wysadzić w powietrze „obce, zdradzieckie i antynarodowe siły”, tylko utrwala atmosferę zagrożenia, w którym jedyną gwarancją ładu pozostaje PO. Mówiąc krótko, związek wyborców z Platformą coraz bardziej wynika nie z wiary w lepszą przyszłość pod światłymi rządami takich tuzów jak Mucha, Gowin czy Nowak, ale z chęci zachowania wprawdzie ułomnego, ale zawsze porządku i gwarancji minimalnego świętego spokoju.
To z jednej strony bardzo kruche motywy budowania poparcia politycznego, lecz z drugiej, przy braku wyraźnej i lepszej propozycji urządzenia życia zbiorowego w Polsce, wystarczające do trwania w bezalternatywnym stanie.
Strach przed kryzysem i niewiadomymi zmianami, który męczy społeczeństwo, jednocześnie trzyma PO przy życiu jak najlepszy respirator. Strach ten nie powinien jednak dotyczyć lewicy. Każdy kryzys bowiem przynosi szansę zmiany. Jak pisze Slavoj Žižek, słoweński socjolog – ulubiony ostatnio przez ministra Gowina lewicowy intelektualista, którym straszy konserwatywnych drobnomieszczuchów – „trzeba zaryzykować wierność Wydarzeniu, nawet jeśli okaże się katastrofą”. Nie można wciąż stać z boku i konserwować status quo. Strach lewicy przed kryzysem to zdaniem Žižka przejaw jej braku wiary we własne możliwości – „taka lewica obawia się o swoją wygodną pozycję krytycznego głosu bez reszty wbudowanego w system i nie jest gotowa niczego zaryzykować”. Zamiast bać się nieznanych sytuacji i coraz gorszych nastrojów, lewica powinna sobie przypomnieć starą maksymę Mao Zedonga: „Wszędzie na tej ziemi zapanował nieopisany chaos. Sytuacja jest doskonała”.
Środowiska lewicy powinny podchodzić do kryzysu poważnie, bez złudzeń, ale też jak do czegoś, co może być szansą na realną zmianę i twórcze przekształcenia. Rację ma Žižek, kiedy twierdzi, że choć „kryzysy są bolesne i niebezpieczne, są również nieuchronne i są terenem, na którym trzeba toczyć i wygrywać bitwy”.
Ostatnia radykalizacja populistycznej prawicy w Polsce przypomina tylko o starym stwierdzeniu Waltera Benjamina: „Zawsze, gdy nastaje faszyzm, jest to świadectwo nieudanej rewolucji”. Można tę refleksję odczytać jako wskazówkę, że rozwój nastrojów faszyzujących oznacza porażkę i kryzys lewicy. Jest także dowodem na istnienie olbrzymiego niezadowolenia społecznego, którego lewica nie potrafi wykorzystać, oddając polityczne pole oraz przestrzeń ulicy prawicowym ekstremistom. Dlaczego to niezadowolenie nie przekłada się na rosnące poparcie dla lewicy? Odpowiedź jest jednocześnie trudna i łatwa: bo nikt na lewicy nie ma chęci ani zdolności wykorzystania olbrzymiej energii, która drzemie w społeczeństwie. Trzeba być trochę szalonym, aby ludzie uwierzyli, że to nie jest kolejny nudny chwyt marketingowy, lecz autentyczne oburzenie i prawdziwa troska o los obywateli. A w kręgach polskiej lewicy wszyscy chcą być bardzo poważni i odgrywać rolę mężów stanu, którzy powinni wzbudzać respekt politycznej konkurencji i mieć poszanowanie w kręgach ludowych. Jednego ani drugiego nie buduje się jednak poprzez asekuracyjne, zachowawcze postawy. Bez odrobiny szaleństwa i błysku w oku trudno porwać tłumy i zapędzić do rogu przeciwnika politycznego.
Platforma Obywatelska wbrew potocznym opiniom nie obroni przestrzeni publicznej przed zalewem nacjonalistycznego fanatyzmu i fundamentalizmu religijnego. Nie ma żadnych argumentów – ani za bardzo chęci. Szczególnie kiedy słucha się ministra Gowina, trudno uwierzyć w zdolność PO do obrony zasad demokracji. Mówienie o groźbie faszyzmu jest zawsze mówieniem o jego przyczynach – bolączkach i kryzysach kapitalizmu. Dlatego należy powtórzyć za Maksem Horkheimerem: „Kto nie chce mówić o kapitalizmie, powinien także milczeć o faszyzmie”. Gowin spełnia te postulaty i konsekwentnie milczy w obu kwestiach. Może być wzorcowym wyznawcą religii świętego spokoju. To jednak jest jak zamknięcie oczu i zatkanie uszu – problemy pozornie znikają z zasięgu naszych zmysłów, ale nie przestają istnieć w realnym świecie.
Chyba kończy się czas lewicy na czekanie w przedpokoju, aż ktoś ją zaprosi na salony. Warto zaryzykować i zbudować swój dom albo dokonać gruntownego remontu sypiącej się ruiny, która nie zapewnia ani porządku, ani spokoju. Raczej grozi katastrofą budowlaną.

Wydanie: 48/2012

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy