Na oddziale

Na oddziale

Doświadczenie szpitala psychiatrycznego to trochę przedszkole, a trochę więzienie. Wszyscy jakoś są tu sprowadzeni do parteru. Dziwnie się czuję w tym miejscu też dlatego, że zamieszkałem tam z włas­nej woli i pozwalam sobie aplikować elektrowstrząsy. Nie wiadomo właściwie, jak to działa, ale sądzi się, że leczy depresję. W sumie dziesięć seansów elektrycznych, zawsze w narkozie, więc zabieg jest zupełnie bezbolesny. Dla organizmu to jednak szok. Po tych wstrząsach są problemy z pamięcią. Gorzej, że popadłem w zupełną niemożność pisarską. Jakbym przy okazji wypróżnił głowę z wszelkich pomysłów, z refleksji, ze słów.

Kiedy patrzę na pasażerów tego psychiatrycznego oddziału, uderza mnie, jak mało Polacy czytają. Prawie nikt nie czyta książek ani gazet. W roku ‘89, gdy miał miejsce wielki przełom, załamało się w Polsce czytelnictwo. Przecież wcześniej nie było z tym tak źle. Był raczej niedostatek książek i ludzie na nie polowali. Czytano również dlatego, że nie było innych atrakcji, czas płynął inaczej, bardziej leniwie. A teraz nakład książki w wysokości 3 tys. egzemplarzy w języku, który zna co najmniej 40 mln ludzi, uchodzi za całkiem duży. To jest też jakaś katastrofa duchowa, która nakłada się na rządy narodowej prawicy.

W szpitalu spotykam zaskakująco wielu ludzi, którzy w ogóle nie interesują się naszym życiem politycznym. I nie wiedzą nic. Trafiają do nich tylko jakieś odpryski tego, co się dzieje. To jest właśnie te 40% niebiorących udziału w wyborach. Swoją niewiedzę i brak zainteresowania okraszają zwykle jakimś dosadnym słowem. Niechęć do tej sfery ma usprawiedliwić brak rozeznania. I jakiegokolwiek wysiłku, by czegoś się dowiedzieć o tych, którzy mają decydować o naszym wspólnym losie.

Na przepustkę ze szpitala jadę do domu. Tymczasem w okolicy domu niespodzianka. – A co to takiego? – zapytał mój synek, patrząc na coś za naszą bramą. Bez wątpienia był to dzik. Dorodny, prawdziwy dzik. Na dodatek dzicza mama z pięcioma małymi. Dzieją się rzeczy zdumiewające w naszym życiu społecznym i politycznym, nic dziwnego, że dziwy dzieją się w przyrodzie. W naszym pobliskim lesie poza tym urodzaj konwalii. Ten las ma pamięć kilku wojen, stąd zagłębienia po okopach, leje po pociskach, wszystko już porosłe drzewami, leśną roślinnością.
Kiedy przyjeżdżam do domu na kilka godzin czy na dobę, patrzę na swoje życie jakby z innej perspektywy. Bardziej dramatycznej. Patrzę na te swoje kochane dzieci, trochę z boku, z ukosa, i na swoje życie ze zdumieniem, jaka to odpowiedzialność, jaki trud. Czy starczy mi sił i energii?

W TOK FM biorę udział w audycji o mojej książce „Osobisty przewodnik po depresji”. Wychodziłem z budynku, gdy właśnie zaczynała się uroczystość wręczenia Nagrody Człowieka Roku „Gazety Wyborczej” Timothy’emu Snyderowi. To ważny dla nas autor. Cytuję za Michnikiem: „Jeśli tożsamość narodową – zastanawia się Snyder – nabywa się przez urodzenie albo przynależność państwową, nie wyzwala ona jednostki. Jeśli narodowość jest rozumiana jako rezultat ewolucji bądź przekonań, pozwala to jednost­ce rozwijać się i zmieniać. Narodowość niezależnie od epoki bywała sprawą zagmatwaną, bardzo często wymagającą wyboru czy to osobistego, czy też politycznego, czasami prężną jak młode ciała pełne życia, czasami suchą jak atrament podpisów na traktatach”. I dalej: „Spójrzcie – powiada – jaki to paradoks. To Stalin i Hitler spowodowali, że w miejsce Rzeczypospolitej powstały państwa narodowe, że Litwini otrzymali Wilno, Ukraińcy – Lwów, a Polacy – Gdańsk, Wrocław i Szczecin. To oni, najwięksi zbrodniarze XX w., sprawili, że w Polsce wytworzył się najbardziej osobliwy sojusz wokół Polski monoetnicznej z granicą na Odrze i Nysie, endek Grabski i komunistka Wasilewska zgodnie opowiedzieli się za takim rozwiązaniem geopolitycznym i terytorialnym”.

Na uroczystości spotykam wielu znajomych, często od lat niewidzianych. Dzielimy się zmartwieniem o Polskę, przekonaniem, że zaciągnęło się na dłużej i że nie będzie to miły czas. Jest Tadeusz Cegielski, znakomity historyk, wolnomularz. Kilka dni temu zmarł jego brat Piotr. Mój dobry znajomy, piastował po mnie funkcję dyrektora Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Śmierć nagła, zupełnie zaskakująca. I nie wiadomo, co się stało. Są Ewa Kulik i Konrad Bieliński, bliscy mi z czasów konspiracji roku 1979 i 1980. I Marek Zaleski, przez lata byłem z nim w redakcji „Res Publiki”. Takie spotykanie ludzi po latach to jak seans z duchami.

Wydanie: 21/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy