Drogie dziadostwo

Wszystkie media zachwyciły się poprawką senatorów PO odbierających podwyżki na prowadzenie biur poselskich. Platformiarze, brylując w mediach, podkreślali, że trzeba oszczędzać w imię taniego państwa.
Krajowe media, obliczając dochody poselskie, zwykle do pensji, diety i przywilejów komunikacyjnych dodają jeszcze ryczałty przeznaczone na prowadzenie biur poselskich. Te dodane 10 czy 12 tys. to sporo, wystarczy do rozpalenia zawiści społecznej. Tylko że z ryczałtu na prowadzenie biura poseł niewiele może mieć dla siebie, gdyby chciał coś ukraść.
Wszystkie wydatki muszą mieć pokrycie w rachunkach. Oprócz kosztów benzyny. Tu nadal obowiązuje oświadczenie o liczbie przejechanych kilometrów. Ale od czasów marszałka Cimoszewicza obowiązuje limit kilometrów.
„Numer na Łyżwińskiego”, posła Samoobrony, który potrafił na oświadczeniach o przejechaniu tysięcy kilometrów wyciągać z ryczałtu na biuro kilka tysięcy, minęły. Ale Łyżwiński nie prowadził aktywnej działalności poselskiej, tylko polityczną. Ściślej partyjną.
W Polsce biura poselskie odgrywają jednocześnie rolę biur partyjnych. Taka jest praktyka. Stąd wysokie rachunki za telefony w niektórych biurach poselskich. Ale te wydatki, podobnie jak na benzynę, można ograniczyć limitami.
Platformiarze deklarują, że chcą tak zmienić ustawę o wykonywaniu mandatu posła i senatora, by następowała „profesjonalizacja” mandatu poselskiego. Ale prawdziwa profesjonalizacja bez odpowiednich środków na prowadzenie biura nie nastąpi. Jeśli parlamentarzyści chcą rzetelnie wykonywać swe obowiązki, muszą mieć wykwalifikowany, kompetentny personel w biurach. A dziś o pracownika trudno i takim ludziom trzeba odpowiednio zapłacić. Zwłaszcza w dużych ośrodkach miejskich. Jeśli parlamentarzysta ma rozległy okręg wyborczy, musi otworzyć kilka biur poselskich. W każdym powinien być pracownik. O reszcie wydatków nie wspomnę.
Zabawne są medialne akcje kontrolujące biura poselskie i pokazujące te martwe. Dobrze działające nie są pokazywane, bo są niemedialne. Tylko że te martwe biura to często efekt takich „oszczędności”. Skoro nie wystarcza na kompetentnych pracowników, to parlamentarzyści biorą emerytów, aktywistów partyjnych zatrudnianych na umowy-zlecenia. A tych trudno dyscyplinować, bo jaka płaca, taka praca.
Są w Sejmie posłowie, którzy traktują mandat jak stypendium, a parlament jak zakład pracy chronionej. Ci milczący podczas posiedzeń, nieobecni na posiedzeniach komisji, niezmęczeni pisaniem interpelacji, zapytań, interwencji poselskich. Ale bywają też posłowie poważnie wykonujący swoje obowiązki. Dążący do profesjonalizacji. O leniach, wydrwigroszach media rozpisują się często, pokazując tę stronę parlamentu. Pracowitych w mediach nie ma. Pod populistyczne zachcianki opinii publicznej i nie mniej populistyczne media zagrali właśnie senatorowie Platformy. Tylko dlaczego pracowici parlamentarzyści mają być karani za nierobów?
W parlamencie można znaleźć oszczędności. Ograniczając druki papierowe na rzecz form elektronicznych. Zlikwidować przywileje komunikacyjne. Zwykle kilkunastu, czasem kilkudziesięciu posłów pełni funkcje ministerialne. Mają oni rządowe gabinety, sekretarki, telefony. I dodatkowo comiesięczne ryczałty na prowadzenie biur poselskich, choć w czasie ministrowania w pełni obowiązków poselskich nie wykonują. Skoro koalicja grzmi o oszczędnościach, niech parlamentarzyści z rządu ryczałtu nie biorą.
Oszczędzanie na merytorycznym zapleczu parlamentarzystów to pozorne oszczędności. Zachęta do pracy marnej, wykonywania minimum.

PS Zapraszam do czytania i komentowania mojego bloga – www.gadzinowski.bloog.pl

Wydanie: 4/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy