Nadęci i urażeni

Zapiski polityczne
30 października 2001r.

Zaczynam od podziękowań za listy z gratulacjami z powodu mego powrotu do Izby Poselskiej, a także ze słowami uznania za przemówienie w roli marszałka seniora. Nie wiedziałem, że Kancelaria Sejmu dostarcza już korespondencję poselską do skrytek i swoją skrzynkę otworzyłem nieostrożnie. Na podłogę posypało się kilka kilogramów kopert. Sporo było służbowych papierów, ale przeważały listy prywatne, w tym zaledwie kilka z obelgami. Większość zawierała jednak słowa uznania i podziękowania za tekst w ogóle i za poruszenie sprawy Oleksego, na co nikt nie mógł się zdobyć przez kilka lat.
Mnie samego powrót do Sejmu cieszy mniej, niż można było przypuszczać. Oczywiście, jest to jakiś sukces idei „lewicy razem” głoszonej przeze mnie od kilku lat, ale atmosfera panująca w Izbie jest raczej przykra, gdyż zamiast spodziewanej troski wszystkich sił parlamentarnych o wspólne naprawienie szkód z poprzedniej kadencji opozycja uprawia nieustającą błazenadę polityczną. Czołowi jej przywódcy siedzą nadęci i urażeni, a zachowują się tak, jakby ich nie było w minionych latach, jakby nie mieli nic wspólnego z przeogromną klęską finansów publicznych i starają się, co prawda, nieudolnie, lecz złośliwie recenzować, każdą propozycję naprawy kasy państwowej, sugerowaną przez nowy rząd. Podobnie odrażające jest postępowanie wielu publicystów prasowych formujących ataki na rząd, tak jakby z wielką klęską nie mieli nic wspólnego, a przecież to pod rzekomo czujnymi oczami autorów zajmujących się ekonomią dokonywała się dość szybka degradacja gospodarki, napędzana liberalnymi teoriami przekształceń ustrojowych.
Potomnym wyda się zapewne niepojętym, jak mogło się zdarzyć, że nasze państwo zarządzane przez ponoć znakomicie wykształcone środowisko uczonych ekonomistów mogło się dorobić tak wielkiej katastrofy budżetowej. To nie jest tylko dorobek ostatniej koalicji rządzącej. Pamiętam swoje artykuły pisane jeszcze na samym początku transformacji ustrojowej. Głosiłem wówczas teorię lekceważoną przez uczone głowy, a mianowicie nazywałem ich reformatorskie poczynania „reformą przez ruinę”. Niestety, sprawdziło się to moje krakanie co do joty. Kraj jest zrujnowany. Aktualne stało się powiedzenie któregoś z pruskich królów, chyba samego Fryderyka zwanego Wielkim: „Sechs und zwanzig professoren, Vaterland du bist verloren”, co po polsku brzmi tak: „Dwudziestu sześciu profesorów, ojczyzno, jesteś zgubiona”. Była to ponoć reakcja mądrego króla na wiadomość o powołaniu pewnego naukowego grona do rozstrzygnięcia jakiegoś problemu gospodarczego.
Kłopot z uczonymi u władzy polega głównie na tym, że ich wiedza jest zazwyczaj opierana na doświadczeniach z przeszłości – zaś zarządzanie państwem wymaga zawsze – a szczególnie przy wielkiej przemianie – chodzenia drogami dotychczas przez naukę nierozpoznanymi. Stąd nasza narodowa wielka wpadka pod surową komendą profesorów ekonomii, którzy mieli w głowach za dużo teorii ekonomicznych, a zbyt mało praktycznego rozumu. Ten brak praktycznego rozumu nęka teraz także opozycję jako całość. Upokorzenie, jakiego doznali, gdy społeczeństwo wygoniło ich macierzyste partie z parlamentu, co nie zostało osłodzone skokiem na platformę ratunkową zwaną – żeby było śmieszniej – obywatelską – sprawia, iż ci ludzie umieją tylko potępiać cudze pomysły ratowania kraju z biedy, zaś sami dawni władcy w ogóle nie poczuwają się do jakiejkolwiek odpowiedzialności za przeszłość.
To, co się dzieje w obozie zwycięzców, też nie napawa mnie wielką radością, gdyż powtarza się – wbrew moim nadziejom – gra wedle starego scenariusza, czyli trwa walka o stanowiska. Świadomie nie uczestniczę w tej pogoni za miejscem przy stole władzy. Otrzymałem kilka nęcących propozycji na różne najwyższe urzędy w państwie, ale je odrzuciłem, nie mogłem tylko zaprzeczyć swemu seniorostwu i przyjąłem nominację prezydencką na te dwie czy trzy początkowe godziny kierowania obradami Sejmu RP. Więcej nie chcę, gdyż sprawowane każdego z tych proponowanych mi stanowisk ograniczałoby moją swobodę pisarską. Jestem przede wszystkim autorem, zaś obowiązki społeczne realizowałem przez ostatnie cztery lata, sprawując społecznie funkcję prezesa Polskiego Czerwonego Krzyża. Tego też bym się chętnie zrzekł, gdyby znalazł się ktoś gotowy mnie zastąpić. Mój czas się kończy. Muszę zrobić porządki pisarskie w moim przeogromnym archiwum. Skończyć to, co pozaczynałem, lecz zawsze ulegałem różnym innym koniecznościom i zostawiałem moje pisanie w stanie surowym lub nawet jedynie w samym zamyśle.
Jeszcze jedną sprawę chcę poruszyć, gdyż mnie gryzie. Czerwony Krzyż ogłosił apel do społeczeństwa o dary na rzecz uchodźców w Afganistanie. Amerykanie jednak nieludzko bombardują i zabijają ludność cywilną tego kraju, z którego setki tysięcy rodzin uciekają przed zagładą od bomb rzekomo trafiających tylko w obiekty wojskowe, a w rzeczywistości zabijających, kogo popadnie. Napad terrorystów islamskich na Nowy Jork i Waszyngton był aktem barbarzyństwa, ale amerykański odwet jest także zbrodniczy. Otrzymuję telefony takiej treści: „Namawia nas pan do darowizn na rzecz Czerwonego Krzyża. Pięknie. Ale amerykańskie bomby trafiają raz po raz w magazyny Czerwonego Krzyża, a ostatnio w magazyn Czerwonego Półksiężca, co na jedno wychodzi. Czy pan zdaje sobie sprawę z absurdalności tego namawiania?”.
Dwa dni temu odbyłem spotkanie z przedstawicielami armii 25 krajów europejskich. Oficerowie, których spotkałem, biorą udział w firmowanym przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż szkoleniu w zasadach – które na początku stworzył Henri Dunant, inicjator Czerwonego Krzyża – prowadzenia wojny w sposób możliwie humanitarny. To może najpiękniejsze, co możemy zrobić – ucywilizować metody walki. Przedstawiłem tym oficerom wielu armii europejskich mój sprzeciw wobec barbarzyństwa metod walki toczonej przez Amerykanów w Afganistanie. Pokwitowali moje słowa głośnymi oklaskami.

 

Wydanie: 45/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy