Eurotroter

Podróżowałem ostatnio samochodem przez Europę. Zdecydowałem się na ten wyjazd, ponieważ chciałem ostatni raz w życiu – mam taką nadzieję – uzupełnić sobie adrenalinę, pokazując polski paszport na niemieckiej granicy.
W Wiedniu, od którego zacząłem zwiedzanie jeszcze obcej mi Europy, szykowano się właśnie do pogrzebu „Baraniny”, na czele którego mają pójść pod wspólnym sztandarem zjednoczonej Europy służby specjalne Austrii i Polski, wyjątkowo w tej sprawie zaprzyjaźnione, opowiadając sobie dykteryjkę, że jeśli „Inka” będzie wiedzieć więcej, niż trzeba do jej skazania, to mimo wzmocnionej straży też się powiesi we własnej celi na własnym pasku od męskich spodni.
Po kilkunastu godzinach pobytu nad pięknym modrym Dunajem ruszyłem do Danii przez Niemcy, namawiając po drodze jednych i drugich, żeby pod naszym przewodem szerzyli w Iraku pokój. Niestety Duńczycy na wszelki wypadek szybko połączyli się z Brytyjczykami, bo dopiero po 8 czerwca będzie wiadomo, czy jesteśmy cywilizowani, a Niemiec, którego zaczepiłem na berlińskim deptaku, powiedział, że może i bylibyśmy w tej sprawie sojusznikami, gdyby nie to, że nasz minister obrony, będąc w Waszyngtonie, już w drodze na lotnisko opowiadał taksówkarzowi, że Niemcy w Iraku będą pod naszym butem, a jak wszystkim wiadomo, Niemiec ma but tylko w swoją stronę. To mnie tak zdenerwowało, że postanowiłem wrócić natychmiast do kraju i przypomnieć panu ministrowi, że powinien być dyplomatą, a nie paplą.
Do Warszawy wracałem przez Poznań, w którym to mieście Komitet w Obronie Praw i Uczuć Religijnych Ludzi Wierzących Praktykujących domaga się wszczęcia śledztwa w stosunku do pana premiera, który powiedział posłowi Ziobrze: „Jest pan zerem”, z czego wynika, że albo poseł Ziobro jest już beatyfikowany, albo zero jest nietykalne, co mniej więcej przekładałoby się na poziom i status polityków naszych czasów.
Z Poznania wróciłem jednak jeszcze raz do Niemiec, do najbliższej stacji benzynowej za naszą granicą, ponieważ usłyszałem w wiadomościach radiowych, że u nas do benzyny jest już dolewane wszystko, a będzie jeszcze ciekawiej, ponieważ w tym roku nie ma już pieniędzy na dalsze kontrole i dystrybutorzy paliw mogą czuć się bezkarni, co dla właścicieli stacji jest taką ciekawostką jak śnieg dla Eskimosów.
Za tydzień opowiem, co tankowałem po wyczerpaniu się poniemieckich zapasów.
PS Pewien przewodnik na Mazurach, pokazując stary prawosławny kościółek, powiedział do wycieczki, że jest to „cerkiew poniemiecka”.
Amen

Wydanie: 20/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy