Z dala od polityki

Z dala od polityki

Tytuł felietonu wyraża raczej marzenie, niż opisuje rzeczywistość. Wszystko, co nas otacza, co wpływa na nasz los, jest z polityką związane bezpośrednio lub pośrednio. Od polityki uciec się nie da. Ona albo jej skutki dopadną nas wszędzie. Jedyne, co możemy zrobić, to przez chwilę o polityce nie rozmawiać. Ale nawet gdy znajdziemy temat od niej, zdawałoby się, odległy, w końcu ta polityka skądś nam wylezie, wpadnie do dyskursu, choćby jako gość nieproszony, a nawet niepożądany. Skoro jednak człowiek to „zwierzę polityczne” (zoon politikon), jak mawiał starożytny filozof, to nic dziwnego. Mimo wszystko spróbujmy na chwilę zapomnieć o wielkiej polityce. O wojnie w Ukrainie, o Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i bezczelności PiS, o inflacji… Zatrzymajmy się na chwilę nad kondycją nauki polskiej. Kończy się rok akademicki, jest więc okazja podumać nad poziomem naszej nauki i naszej edukacji wyższej.

Końcówka letniego semestru odbywała się już w warunkach odwołanych ograniczeń związanych z COVID-19. Koniec nauki zdalnej. Studenci mogli wrócić do sal wykładowych i ćwiczeniowych. Wbrew oczekiwaniom wracali niechętnie. Podobnie jak wykładowcy. Najwyraźniej wielu przywykło do nauczania zdalnego, doceniło jego wygodę. To, że takie nauczanie jest mniej efektywne, a egzamin zdalny w dużej mierze to fikcja, nie miało jak widać większego znaczenia. Lepsze nauczanie zdalne niż żadne. Ale gdy można już prowadzić normalne zajęcia, nauczanie zdalne nie ma żadnego sensu. Na wielu uczelniach trwało jednak do końca semestru. Co więcej, podczas sesji studenci obłożeni książkami i ściągami niewidocznymi dla kamery (i egzaminatora) będą udawać, że czegoś się nauczyli, a egzaminatorzy, że wszystko jest w porządku.

Oczywiście konieczność nauczania zdalnego ukazała wielkie, dotąd mało wykorzystywane możliwości. W tej zdalnej formie można odbywać konferencje naukowe, prowadzić konsultacje ze studentami czy doktorantami. Można też od czasu do czasu, zamiast odwoływać wykład z powodu nieobecności profesora, który udał się na zagraniczną konferencję czy na obronę pracy doktorskiej, nagrać go dzień wcześniej i odtworzyć na sali wykładowej na monitorze lub nawet udostępnić na Zoomie czy MS Teamsie. Przez ostatnie dwa lata z konieczności nauczaliśmy zdalnie i nie łudźmy się, że poziom edukacji na tym nie ucierpiał. Wiemy dobrze, że ucierpiał.

Na wszystkich uczelniach, na wszystkich kierunkach studiów powołano komisje ds. jakości kształcenia. Zbierają się one, tworzą jakieś dokumenty, wymyślają jakieś nierealne kryteria, których przestrzegania nikt nie sprawdza. W środowisku brakuje rzetelnej dyskusji podsumowującej zarówno złe, jak i dobre doświadczenia z okresu pandemii i nauczania zdalnego. Takiej dyskusji nie ma, bo… nie ma środowiska.

Kolejną fikcją jest sprowadzona z Ameryki ocena wykładowców dokonywana przez studentów. Na amerykańskim uniwersytecie student opłaca sobie studia, wie, za co zapłacił, uczęszcza więc pilnie na wykłady i nie lubi, jak wykładowca lekceważy jego obecność oraz wydane przez niego pieniądze i nie przykłada się do zajęć. U nas tradycyjnie obecność na wykładach nie jest obowiązkowa. Większość studentów na wykłady nie chodzi. Niekoniecznie z lenistwa, często po prostu w tym czasie pracuje. A oceniają wykładowcę wszyscy, powiedziałbym nawet, że częściej ci, którzy na wykłady nie chodzą. Zresztą nawet oni niechętnie wypełniają ankiety z ocenami. W efekcie wykładowcę i prowadzone przez niego zajęcia ocenia nie – jak powinno – kilkudziesięciu czy ponad 100 studentów, ale kilka, góra kilkanaście osób. Ankiety te, o których każdy mający jakie takie rozeznanie w metodologii badań wie, że są niereprezentatywne, a więc bezwartościowe, przetwarza się (łamiąc elementarne zasady) statystycznie, a ich wyniki (co z tego, że bezwartościowe) ilustruje wykresami, najczęściej słupkowymi, i umieszcza w sprawozdaniach. Strata czasu, ale wizytująca raz na cztery lata każdy wydział Polska Komisja Akredytacyjna takich opartych na fikcji dokumentów wymaga.

Aby zamknąć już temat dydaktyki na uczelniach, parę słów trzeba poświęcić programom studiów. To, że ich ułożenie nie jest poprzedzone żadną refleksją, żadną dyskusją, kogo dany kierunek studiów ma wykształcić, tylko analizą, ile godzin któremu pracownikowi naukowemu trzeba przydzielić, aby wypełnił swoje pensum dydaktyczne, wiadomo od dawna. Od kilku lat (znów jeden z wymogów PKA) program studiów ma być konsultowany z „interesariuszami zewnętrznymi”. Studia z założenia mają być bardziej „praktyczne”. PKA sprawdza, jak dany kierunek (badania, dydaktyka) wpływa na otoczenie „społeczno-gospodarcze”. Nie wiem, jak sobie z tym radzą filozofowie, ale są to na ogół ludzie inteligentni, więc pewnie coś tam inteligentnie zmyślają, a PKA się cieszy.

Ostatnim etapem kształcenia wyższego jest kształcenie doktorów. Przypuszczam, że w różnych dyscyplinach i na różnych uczelniach wygląda to różnie. Tak dalece różnie, że doktorat doktoratowi nierówny. W naukach prawnych w ostatnich latach zaczęła się praktyka powoływania na recenzentów osób niekoniecznie znających się na dyscyplinie, z której jest doktorat, ale wyłącznie spośród osób znających się z promotorem, a nawet z doktorantem. Tak to niedawno doktorat pewnej osoby publicznej, choć dotyczył procedury cywilnej, recenzował specjalista z zakresu prawa międzynarodowego publicznego. W habilitacji innej osoby publicznej, zajmującej się prawem konstytucyjnym, recenzentami byli specjaliści od prawa… gospodarczego. A nad tym wszystkim czuwa ciało o pretensjonalnej nazwie Rada Doskonałości Naukowej.

Taka garść refleksji na zakończenie roku akademickiego. I tak, chcąc nie chcąc, doszliśmy do polityki.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 25/2022

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy