Moda na świeczniku

TELEDELIRKA

Podtrzymuję to, co powiedziałam kiedyś w programie „Co pani na to?”, mówiąc o naszych ministrach finansów. Wyraziłam mianowicie opinię, że SLD-owski rząd powinien dziękować Bogu za Belkę. To samo tyczy się pańskiego kota, czyli Kołodki. Bez względu na to, w jakiego Boga rząd wierzy, czy to jeszcze Marks, czy już Trójca Święta oraz Matka Boska z Częstochowy, premier powinien dać na mszę, i to na pełną sumę, ofiarować złote wota, a nawet udać się z pielgrzymką do Watykanu, by na klęczkach podziękować Panu, za to, że pozwolił stworzyć jeszcze w ciężkich czasach real socjalizmu szkołę ekonomii, która do dziś dostarcza nam porządnie wykształconych ministrów od mamony.
To świetna moda, sprawdzona klasyka, skromna elegancja, to się zawsze dobrze nosi. Ekstrawagancje w postaci śliniaka dla przerośniętych niemowląt, w szerokie biało-czerwone pasy, dobre są dla ugrupowań awangardowych i anarchizujących. Ministrowie finansów powinni wyglądać podobnie, nosić zawsze takie same garnitury i krótko się strzyc. Najlepszy dowód zrozumienia sytuacji dał nowy minister, który z dnia na dzień przeobraził się z długowłosego proroka wróżącego z kart kredytowych poza rządem w krótko ostrzyżonego finansistę.
Może zresztą, by zminimalizować koszta, lepiej poczekać trochę z dziękczynną pielgrzymką, aż Watykan w osobie Wielkiego Pielgrzyma przyjedzie do nas i wtedy przyklęknąć. Teraz panuje moda na odmawianie różańca wtopionego w kartę kredytową. To znaczy takie karty mogą zamawiać sobie bogaci; inni, którzy nie mają konta, by z niego ściągać, kupują sobie coś, co wygląda jak karta kredytowa, a służy jako identyfikator na pielgrzymkach, jednocześnie ma wtopione paciorki zdrowasiek i ojczenaszów, żeby w każdej chwili można było je mamrotać. Wyobrażam sobie minę złodzieja, który okradł właściciela takiej karty różańcowej! Dobrze mu tak.
Zwykłe różańce, takie jak mój z perłowej macicy, otrzymany od rodziców chrzestnych z okazji Pierwszej Komunii, wyszły z mody. Trzeba iść z duchem czasu, żeby przyciągnąć komórkową młodzież internetową. Najwyższa hierarchia orzekła, że spowiedź e-mailowa jest tak samo ważna jak doustnie-douszna, przez kratkę konfesjonału.
Tak więc od znienawidzonego przez frustratów, jak również przez ludzi zagubionych i pokrzywdzonych w nowym układzie politycznym, Balcerowicza (słyszeliście, Drodzy Czytelnicy, o jego pomniku? Na cokole będzie napis: Balcerowicz musi odejść!) przez Belkę do Kołodki, wszyscy nasi ministrowie finansów są z tej samej szkoły. To, że Kołodko wstrzymał przez moment oddech giełdy, może nawet spowodował jej chwilową zadyszkę, a milczeniem spowodował spadek złotego, nie znaczy, że przewróci finanse, dodrukuje szmalu oraz wykona akrobacje, które zadowolą posłów ludowych czy samobroniących się przed rozsądkiem i wiedzą.
Cieszą się z transformacji Belki w Kołodkę dlatego, że nie rozumieją, co on mówi. Bez względu na to, co powie o swym programie, bo piszę to, jeszcze zanim się odezwał, będzie i tak robił to samo, co jego poprzednicy. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Żony finansistów są w zasadzie anonimowe, oprócz Teresy Rosati, która zajmuje się zawodowo modą i ubiera ważne kobiety. Nowy kapelusz czy sukienka pierwszej damy analizowane są przez media, jeśli dziennikarze uznają, że pani prezydentowa była ubrana nie tak, jak trzeba. A to kapelusz za duży, to znów kołnierz zbyt sterczący. W takim momencie gospodarka schodzi na drugi plan. Redaktorzy robią, co mogą, by obrzydzić strój Jej Wysokości, tymczasem krnąbrny naród jest swoją królową Jolą zachwycony i daje temu wyraz w sondażach.
A propos królowej, nikt u nas złego słowa nie napisał o elegancji Elżbiety II angielskiej. Samo wysokie urodzenie zamyka usta, a przecież: Królowa jest naga! – należałoby metaforycznie krzyknąć za dzieckiem z baśni Andersena. Potworne filcowe kapelusze i kostiumiki wołają o pomstę do nieba. Torebka to oddzielny rozdział. Wiem, ona musi być ubrana tak, by poddani odróżniali ją od reszty, ale dlaczego od stóp do głów na kanarkowo? Czy królowa to robotnik drogowy przyodziany w fosforyzujący kombinezon, by śpiący podczas jazdy kierowca autokaru go zauważył? Wolę księcia Karola co 15 lat nosi to samo palto z wielbłądziej sierści i kocha swą starą miłość, Kamilę Parker, co wytykali mu dziennikarze.
Czy można się dziwić, że pani premierowa Millerowa, Ola zresztą, jak to w elementarzu bywa Ola i Jola mają Asa, każda swojego w rękawie, czy więc można się dziwić, że i druga pierwsza dama chciała znaleźć się na topie?
Zadała sobie pytanie: kiedy pokażą mnie wszystkie stacje telewizyjne, kiedy będą o mnie pisać poważne i niepoważne tygodniki? Jasne, że nie wtedy, gdy ubiorę się, tak jak powinnam, w niebieską garsonkę z rękawem do łokcia, w takim przypadku pies z kulawą nogą nie skieruje kamery w moją stronę. Muszę zrobić coś, co wszyscy uznają za nie na miejscu.
Jak pomyślała, tak zrobiła i włożyła sukienkę z napisami sexy, love. I udało się. Media rozgrzane 30-stopniowymi upałami na ten widok eksplodowały. Trzaskały flesze, terkotały kamery. Jak to tak? Love? Sexy? Przecież cesarz Japonii jest prawie Bogiem, a przynajmniej był do niedawna. I zaraz pokazano, że u Papieża miała premierowa na głowie czarną koronkę, czyli wiedziała, jak trzeba się ubrać, a teraz?
No właśnie, wtedy wiedziała, a teraz nie wie? Przebiła wszystkich, przyćmiła parę cesarską i wszystkie inne pary. Pokazała, że jest skuteczna, bo przecież liczy się tylko to, co pokażą w telewizji.

 

 

Wydanie: 29/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy