Stomma

Ukazały się „księgi wtóre” pracy Ludwika Stommy „Polskie złudzenia narodowe”, książki na tyle znakomitej, że jej pierwszy tom zauważony został także przez krytykę zajętą zazwyczaj uprawianiem jednego tylko poletka, na którym myśli Stommy raczej nie rosną.
Stomma jest autorem osobnym, prowadzącym własny wątek i nawet swoje stałe felietony do „Polityki” nadsyła z Francji, zachowując przez to należyty dystans wobec narodowego piekiełka. Osobliwością pisarstwa Ludwika Stommy jest nie tylko to, że pisze znakomicie, błyskotliwie i do czytania, bo takich autorów mamy przecież kilku, ale także to, że czyta do pisania. Za jego tekstami stoi więc zastęp lektur, często dziwacznych, oryginalnych, dotyczących historii, obyczaju, mitów i religii, ekonomii życia codziennego, a także obyczajów ptaków, które obserwuje za swoim oknem czy charakteru drzew, które rosną w jego sadzie. Czyta i wie to wszystko, co powinien wiedzieć antropolog kultury i profesor Sorbony, a wyprzedza swoich kolegów tym jeszcze, że ożywia go instynkt społeczny i błyskotliwe, ironiczne poczucie humoru.
Podkreślam te cechy publicystyki Ludwika Stommy, ponieważ pisanie z perspektywy kulturalnej, które jeszcze nie tak dawno było oczywistością, na naszym obecnym poletku publicystycznym jest wyjątkiem. Nie zauważamy już nawet, jak dalece daliśmy się zepchnąć w naszym myśleniu o kwestiach publicznych na mieliznę, zamulaną jednodniowymi sensacjami, niedorzecznymi ruchami partii politycznych, donosami dyspozycyjnych dziennikarzy i deklaracjami niedouczonych polityków biegających za kamerami telewizyjnymi czy mikrofonami radiowców, aby utrwalić w nich swoje odpychające oblicza lub swoją nieznajomość podstawowych zasad składni i artykulacji. Ta breja stanowi też codzienne tworzywo komentarzy drukowanych w gazetach lub debat telewizyjnych i w ten sposób koło się zamyka. Zamyka się dosłownie, ponieważ wydaje się, że nie ma już z tego wyjścia.
Że jest jednak taka możliwość, pokazują właśnie eseje Ludwika Stommy z jego dwóch już tomów „Polskich złudzeń narodowych”. Nie jest to wyjście polityczne, obiecujące naszemu społeczeństwu cudowne wypłynięcie na szerokie wody dobrobytu i nowoczesności, czym trudnią się dziennikarze polityczni, ale jest to wyjście intelektualne, pozwalające wydobyć się z zawstydzającego zaścianka i zatęchłej kruchty. Polityk – jak mówił Zygmunt Kałużyński – zabiega o to, aby coś się stało, pisarz zaś pisze po to, aby było napisane. I nie jest to wcale bez znaczenia dla higieny życia zbiorowego.
W swoich „Polskich złudzeniach narodowych” Ludwik Stomma zwalcza więc przekonanie, że obecny niedowład polskiej myśli, deprawacja obyczajów, obskurantyzm stereotypów historycznych, antysemityzm, korupcja, ksenofobia, bigoteria, nietolerancja i niedołęstwo wspierane przez megalomanię narodową są to albo spóźnione owoce PRL-u, albo też przejściowy jedynie tuman, wzniesiony przez nieoczekiwane natarcie „drapieżnego kapitalizmu”. Kwestionuje złudzenie, że są to jedynie „chwasty w polu zboża, które bez nich byłoby zdrowe i bujne”, a więc wystarczy je jedynie wyrwać, co – jak nam się obecnie tłumaczy – winno być dziełem odpowiednich „szeryfów”, najlepiej ze służb specjalnych.
Stomma pokazuje, że nie jest to takie proste. Opierając się na imponującej dokumentacji zarówno literackiej, jak społecznej i historycznej dowodzi, że wszystko to są niestety rezultaty bardzo długiej, sięgającej niekiedy wręcz stuleci pedagogiki społecznej, która obcowanie z tymi patologicznymi zjawiskami uczyniła, jak pisze, „sposobem na życie (…), który nie jest już nawet postrzegany jako coś zdrożnego”.
W ten sposób „Polskie złudzenia narodowe”, także w drugim swoim tomie, wpisują się w rząd polskiej literatury „odbrązowiającej”, a więc tej, której kapłanem był Boy, ale gdzie znaleźć można także „Dzieje głupoty w Polsce” Aleksandra Bocheńskiego, „Niemcewicza od przodu i tyłu” Karola Zbyszewskiego czy choćby „Koniec świata szwoleżerów” Mariana Brandysa.
Stomma przytacza paradoksy naszej tradycji historycznej, w myśl której na przykład zarówno ofiara, czyli biskup Stanisław Szczepanowski, jak i jego morderca, król Bolesław Śmiały, stali się obaj jednakowymi bohaterami narodowymi. Stawia pod znakiem zapytania nie tylko legendę, ale i sam fakt istnienia polskiej arystokracji, ogromnie wątpliwej w świetle Almanachu Gotajskiego. Przypomina, że Kazimierz Pułaski, którego nazywa najgłupszym politykiem polskim, mimo że czczonym w Ameryce, dowodził podstępnym porwaniem króla Stanisława Augusta, które miało się skończyć zasztyletowaniem monarchy.
Nie poprzestaje jednak na ciekawostkach i figlikach historycznych, lecz sięga głębiej, do odwiecznych nieomal źródeł polskiej korupcji, która już dawno stała się „sposobem na życie” naszych przodków, do korzeni polskiego antysemityzmu, który z żydowskiej biedoty uczynił ekonomiczne zagrożenie, do nędzy i legendy powstania styczniowego, którego klęska miała rzekomo podsycić ducha narodowego, do metod, którymi kler zwalczał zawiązki ruchu chłopskiego i oświaty ludowej, co przeczytać powinien szczególnie uważnie prezes Pawlak.
Obraz, który buduje Ludwik Stomma, nie jest wesoły, lecz pouczający. Pokazuje po prostu, że ciągniemy za sobą dziedzictwo, którego nie da się zrzucić jednym gestem, a obecny jazgot jest jego naturalną konsekwencją. Przewalczenie tego dziedzictwa wymaga gruntownej rewizji naszych stereotypów myślowych i obyczajowych. Pozbycia się fałszywych złudzeń. Podobne książki i podobne myśli w polskiej tradycji zyskiwały zazwyczaj piętno antynarodowych i bluźnierczych, stanowiąc równocześnie pokarm pozostającej zazwyczaj w mniejszości części społeczeństwa, która dzisiaj legitymuje się nazwą „wykształciuchów”. W ten sposób „Polskie złudzenia narodowe” wpisują się w bieżący polski dialog polityczny głębiej i rzetelniej niż doraźne polityczne felietony i dyskusje przy mikrofonach. Stawiają bowiem prawdziwą diagnozę obecnego stanu naszych umysłów, a także podpowiadają prawdziwą alternatywę, od której uporczywie staramy się uciekać. Polega ona na tym, że chcąc wykorzystać polskie pięć minut, jakie otworzyła przed nami integracja europejska, możemy albo starać się doraźnie wyciągnąć z tego maksimum korzyści materialnych, ukrywając przy tym i konserwując starannie nasze skamieliny myślowe, które stały się naszym „sposobem na życie”, albo też odważyć się na bolesną rewizję naszej spuścizny i naszych złudzeń, które ciągną nas na dno.
Są narody, które odważyły się na taki trud, w Europie należą tu przede wszystkim Niemcy, mimo że niekiedy wykwitają tam jeszcze brunatne wrzody przeszłości. Są też jednak narody, których kręgi rządzące starają się z symptomów zacofania i chorych złudzeń uczynić swój tytuł do chwały.
Wybór jest otwarty, a na jego rezultaty wystarczy poczekać.

 

Wydanie: 16/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy