Zepsucie obyczajów

Narzekanie na upadek obyczajów jest czynnością banalną i mało skuteczną. Niemal każde pokolenie uważa, że z biegiem czasu obyczaje zmieniają się na gorsze i niektóre z tych pokoleń mają niewątpliwą rację.
Ciekawe jest natomiast powiązanie owej zmiany obyczajów z polityką i zmianami politycznymi. Z pozoru jest to związek nikły i nikt nie łączy tego, co się dzieje u niego w domu lub w najbliższym otoczeniu, z tym, co dzieje się w parlamencie lub w mediach. Żyjemy w złudnym przekonaniu, że sfera publiczna nie ma dostępu do naszej sfery prywatnej, stanowiącej nasz azyl.
Jest to jednak złudzenie. W rzeczywistości, zwłaszcza w erze nowoczesnych środków przekazu, granica ta została już dawno przekreślona i w naszych mieszkaniach poruszają się swobodnie najrozmaitsze postacie publiczne, zarówno ze świata polityki, jak i rozrywki, wnosząc do nich swoje maniery i obyczaje. Odbija się w nich etos świata publicznego.
Obecne elity rządzące tłumaczą nam, że żyjemy nie tylko w okresie transformacji gospodarczej, ale także w okresie rewolucji, czy też raczej kontrrewolucji światopoglądowej i moralnej. Jest to, mówiąc z grubsza, rewolucja narodowo-katolicka, cechą zaś każdej rewolucji jest przede wszystkim zniszczenie wszystkiego, co było dotychczas. Im głębsze jest zniszczenie, tym silniejsza wiara, że obalona formacja nie wróci, co nie zawsze jest prawdą. Zaraz po wojnie na przykład nowy ustrój uczynił niemal wszystko, aby obrzydzić i zdezawuować „koszmarne czasy sanacji”, jak mawiał ironicznie Antoni Słonimski, i czasy te wróciły, tyle że w gorszej wersji.
Obecna rewolucja narodowo-katolicka robi wszystko, aby zdezawuować okres Polski Ludowej, jakby się bała, że może on w takiej lub innej formie powrócić. Premier Kaczyński w Brukseli, gdzie pojechał poprawiać nieświetne wrażenie, jakie IV RP sprawia w Europie, ku zdumieniu słuchaczy postawił znak równości pomiędzy generałem Jaruzelskim a ludobójcą Eichmannem, głównym architektem Holokaustu, i nie jest to przypadek. Jest to po prostu wskazówka, że wszystko wolno w dziele niszczenia przeszłości.
Te wskazówki docierają natychmiast do wiernych pretorianów i ostatnio bohaterem mediów staje się niejaki p. Targalski, wiceprezes Polskiego Radia od spraw czystek, który co starszych i bardziej doświadczonych pracowników swojej instytucji nazywa „złogami gierkowsko-gomułkowskimi”, które należy usunąć. Boi się ich zapewne.
Nie pozostaje to oczywiście bez wpływu na program i niedawno telewizja pokazała materiał o jednym z najwybitniejszych publicystów i pisarzy polskich, Stanisławie Cacie-Mackiewiczu, na którym nie pozostawiono suchej nitki. Pikanteria zaś polega na tym, że Cat był zawsze człowiekiem prawicy, monarchistą nawet, był także przez chwilę premierem emigracyjnego rządu w Londynie, który wszakże na koniec zdecydował się wrócić do kraju i za to, jak mówiono w telewizji, potępił go nawet jego własny brat. Zapomniano tylko dodać, że ów brat, Józef, był hitlerowskim kolaborantem, za co otrzymał wyrok z rąk polskiego podziemia, co obecnie zresztą nie przeszkodziło mu w otrzymaniu ulicy w Krakowie.
Sprawa z Mackiewiczami dotyczy martwych, nie mniejszy zapał towarzyszy dezawuowaniu żywych, czego przykładem może być niedawny program TVP dotyczący Daniela Passenta, wybitnego publicysty i felietonisty, z którego rozmów, spisanych we wczesnych latach 60. przez jakichś tajniaków, wystrugano portret agenta pełną gębą.
Czemu to wszystko służy? Służy oczywiście zakwestionowaniu wszystkich możliwych autorytetów, żywych i martwych, na które orientować by się mogło społeczeństwo w burzliwej erze kontrrewolucji. Poza tym na opróżnione w ten sposób miejsca szykują się już dzisiaj dziarscy młodzi amatorzy, zarówno w mediach, jak i przede wszystkim w nauce, którym drogę utorować ma lustracja na wyższych uczelniach. Jest to dokładna kopia czystki, jaką pod hasłem walki z syjonizmem oglądaliśmy w 1968 r., kiedy na miejsce wyganianych z katedr, a często wręcz z kraju, autentycznych naukowców wkraczali „marcowi docenci”, pierwowzór obecnych młodych naukowców z IPN.
Czy wpływa to na nasze codzienne, prywatne obyczaje? Owszem, wpływa, można się o tym łatwo przekonać. Czeka nas właśnie długi majowy weekend, w czasie którego nie zabraknie nasilonych spotkań towarzyskich. Otóż proponuję zwrócić uwagę, na ilu spośród tych spotkań uda się uniknąć rozmów, których tematem staną się po pierwsze już wyszargane autorytety, których poniewieranie jest zawsze miłą rozrywką towarzyską, po drugie zaś niejasne podejrzenia, domysły i donosy dotyczące osób z bliskiego otoczenia, na które jeszcze nie padła anatema, ale dlaczego właściwie? Czyżby naprawdę byli tacy czyści i prawi? A jeśli nie oni sami, to czy nie mieli przypadkiem ojca, który w „koszmarnych czasach PRL-u” pracował na zagranicznych wyjazdach? Albo był w partii? Albo jako korespondent zagraniczny lub reporter objeżdżał cały świat, a więc musiał dostawać paszport, którego nie dawały przecież siostry szarytki, lecz władze bezpieczeństwa… Itd., itp.
Niewątpliwym sukcesem obecnych rządów jest wprowadzenie pomiędzy ludzi klimatu podejrzliwości, złośliwości, niedomówień, a także powątpiewania w uczciwość i szczerość innych, jeśli nie wszystkich, co penetruje także środowiska dotychczas impregnowane na podobne klimaty. Żyję bowiem dostatecznie długo, aby pamiętać klimat panujący w środowiskach inteligenckich zarówno podczas okupacji, jak i w czasach stalinizmu, gdzie zasadą etyczną było wzajemne zaufanie, także przy rozbieżności zapatrywań. Teraz słyszę z najbardziej oficjalnych ust, że naukowcy, którzy są przeciwni lustrowaniu ich kolegów z uczelni, sprzeniewierzają się „etosowi inteligenckiemu”, co jest największym nonsensem, jaki udało mi się usłyszeć w naszych obfitujących w nonsensy czasach.
Kaczyńscy są w czepku urodzeni. Za ich rządów, choć bez ich udziału, uchwalony został budżet Unii Europejskiej do 2013 r., w którym Polska jest jednym z głównych beneficjentów. Za ich rządów, choć także bez ich udziału, rozkręciła się polska produktywność, co potwierdzają wiadomości z giełdy. Za ich rządów wreszcie UEFA zdecydowała się powierzyć Polsce i Ukrainie organizację mistrzostw piłkarskich Europy w roku 2012, co stało się w wielkim stopniu za sprawą prezesa PZPN, Michała Listkiewicza, którego PiS-owski minister sportu koniecznie chciał wyrzucić, a nawet posadzić, ale na szczęście nie zdążył. Tak czy owak z tych mistrzostw popłynie nowy strumień pieniędzy, poprawiających sytuację materialną w kraju. A więc władza naprawdę nie ma się czego bać ze strony społeczeństwa.
Oprócz jednego. Tego mianowicie, że któregoś dnia zatęskni ono za lepszymi obyczajami niż te, których się nas uczy. Za przyzwoitością po prostu.

Wydanie: 17-18/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy