Donoszę panie naczelniku

“Donoszę panie naczelniku, że w naszym mieście student Bresz czesze się bardzo ekscentrycznie, przedziałek z tyłu robiąc też”. Student z wiersza Gałczyńskiego wprowadził niezdrową modę na antypolski przedziałek, dlatego czujny obywatel złożył nań doniesienie do władz. Wydawałoby się, że w wolnym kraju donos ma sens, jeśli jest na ten przykład donosem obywatelskim: student Bresz prowadzi wyszynk nowego rodzaju ekstazy, zwanego UFO, po zażyciu którego człowiek ma superodlot, ale potem jest niekoniecznie żywy.
Jeden z posłów, niejaki Karwowski, niedawno zaczął medialną karierę, donosząc na “Gazetę Wyborczą”, że dołączone do świątecznego numeru siano pewnie pochodzi spod Czarnobyla. Skąd poseł czerpał wiedzę na temat felerności siana? Otóż przeprowadził on, nieskażonym umysłem poselskim, wywód, logiką bijący nie tylko samego Sherlocka Holmesa, ale również doktora Watsona. Po nerkach zresztą. “Gazeta”, według posła, jest “znana z oszczędności”, a oszczędność to cecha wiadomo kogo (prócz Szkotów, oczywiście), eo ipso “Gazeta” kupiła tańsze czarnobylskie siano, nie oglądając się na jego szkodliwość. Naczelnikiem, do którego poseł skierował donos, jest odpowiedni organ ścigania, zobligowany do badania siana.
Bywają także inne donosy w lekkiej jak styropian, niezobowiązującej postaci. Ich adresatem, czyli naczelnikiem, jest w tym przypadku towarzystwo. W ostatnim numerze “Kultury” paryskiej doniesienie złożył obywatel Smecz, poeta-seksuolog. Otóż nudził się chłopak w czasie kampanii wyborczej jak angielski mops królowej matki. W komitecie wyborczym prezydenta “drastycznie” brakowało pisarzy. Aż tu nagle: “Patrzę, jest para. Ludzie do niedawna z zupełnie innej strony barykady, ale przecież nie ma barykad. Spotykam pisarza H. Pytam go serdecznie zdziwiony: A czemu to pan u Kwaśniewskiego?”.
Hen odpowiedział, że nie mógł odmówić, bo zatelefonował do niego Kalisz. Minister, nie zaś znane miasto. Mówiąc to, Hen żartował, ale gdyby tak przyjąć, że to do Jastruna zatelefonował minister i poprosił o uczestnictwo w Komitecie? Cóż wtedy? Twierdzę, że NAJŁATWIEJ ODRZUCA SIĘ PROPOZYCJE, KTÓRE DOSTAJE KTOŚ INNY. To moja złota myśl i od niej nie odstąpię. Ileż to razy słyszałam: ja nigdy nie pisałbym w takim piśmie, nie wystąpiłbym w tym programie… A proponował ci ktoś? – pytam. Odrzucisz propozycję, gadaj, wcześniej milcz, bo nie wiesz, o czym mówisz.
Jastrun przecież przyjął większe honory, oczywiście, że w zamian za męki internowania wziął fuchę kaowca w domu kultury w Sztokholmie. Oczywiście, wiem, że zrobił to dla dobra kultury narodowej, ale przecież tym samym pozbawił czytanki naszych dzieci swych nowych wierszy, bo czasu na ich tworzenie nie stało.
Dalej było o mnie: “Pisarki K. nie pytam, czemu. Wiem. Ona, która zawsze odczuwała śmiertelny lęk przed fruwaniem, po raz pierwszy w życiu poleciała, trzymając prezydenta za rękę”. Gdyby na tym skończył, to dla mnie bomba, choć raczej cholesterolowa, można to uznać za średni żart, ale jeśli ktoś pomyśli, że latam po Warszawie i przedstawiam taką wersję wydarzeń, jeśli jakiś UOPek ROZtropek zacznie mnie prześwietlać, weźmie na męki, a ja nie wytrzymam tortur ognia i wody, i przyznam się do prezydenckiej ręki trzymania, choć Bóg mi świadkiem, że nie trzymałam, to co?
Teresa T., co niejedno widziała, mówi: Co się żołądkujesz, to normalne, potrzebował mięsa. Co miesiąc musi pisać przecież. A ja na to: Mięsa z przyjaciół kanibal jeden potrzebował? A ona, że nie ma przyjaciół w tym środowisku. Niestety, w dalszej części Smecz posunął się o dwa mosty za daleko, bo walnął z grubej, jak gazociąg ze światłowodem, rury: “Czy nie podobnie uwodzono pisarzy w czasach stalinowskich? Wszyscy wsiedli do samolotu i polecieli. Czasy inne, Kwaśniewski potrafi być miły, samoloty też odmienne, ale mechanizm podobny. Kto wie, czy próżność nie była jednym z bardziej istotnych czynników wejścia artystów w stalinizm, to ona napędzała różne wiary, w które jedni wierzyli bardziej, inni mniej, a byli tacy, co nie wierzyli wcale”.
I tak oto, z niewielką pomocą swoich przyjaciół-poetów, lecąc skromnym i małym samolotem do Katowic z Kwaśniewskim, który wg Smecza “potrafi być miły”, stałam się modelową stalinistką, przyjmującą zaszczyty z próżności, odpowiedzialną przez to za GUŁAG na Wyspach Sołowieckich. Już widzę siebie w mundurze czekistki, jak grzeję Sołżenicyna czy Bachtina naganem po grzbiecie. A ja głupia myślałam, że nikt w normalnym kraju nie musi tłumaczyć się z uczestnictwa w komitecie honorowym prezydenta. I jak ja teraz, po tej demaskacji, pokażę się w Czytelniku? Co zaś do próżności niełatwo przebić mego lustratora. Kiedy powiedziałam Jastrunowi, że to prezydent pierwszy poinformował mnie o tym, co przeczytał w “Kulturze”, oczy poety zabłysły jak gwiazdy na zimowym niebie i wyszeptał z zachwytem: To on mnie czyta?

Wydanie: 5/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy