Pod znakiem bestii i burdelu

Pod znakiem bestii i burdelu

Najpierw media podniosły lament. Minęło 25 lat, odkąd Polska wprowadziła moratorium na wykonywanie kary śmierci. Wszystkim, którzy mieli orzeczoną tę karę, automatycznie zamieniono ją na karę 25 lat pozbawienia wolności, po karze śmierci najsurowszą, jaką znał ówczesny kodeks. Teraz ci, którzy dzięki moratorium uciekli spod szubienicy, wyjdą na wolność i znów będą mordować! Zgraja ponad 100 morderców opuści więzienia i znów ruszy do okrutnego dzieła! Będzie mordować seryjnie dzieci i przy okazji jeszcze kogo popadnie! Kiedy media dostatecznie wystraszyły ludzi, do akcji wkroczyli niezawodni w takich razach politycy wszystkich partii, licytujący się, kto lepiej ochroni nasze dziatki przed mordercami wychodzącymi z kryminału. Z tej licytacji urodziła się ustawa, zwana potocznie w chrześcijańskiej Polsce, ojczyźnie praw człowieka, „ustawą o bestiach”. Pozwala ona natychmiast po opuszczeniu więzienia przez bestię zamknąć ją na powrót, jeśli sąd uzna, że bestia nadal może być groźna i w przyszłości popełnić przestępstwo. Tym razem bestia nie trafi do zwykłego więzienia, ale do zamkniętego zakładu psychiatrycznego, i będzie tam bezterminowo leczona. Nie do więzienia, ale do psychuszki.
Na nic się zdały tłumaczenia niektórych prawników, że, po pierwsze, nie dzieje się nic nadzwyczajnego – przeciwnie, to zupełnie normalne – jeżeli po odbyciu kary skazany nawet za najokrutniejsze przestępstwo wychodzi na wolność. Po drugie, że w cywilizowanym kraju nie można kogoś wsadzać do kryminału (czy psychuszki) nie za to, co zrobił, ale za to, co ewentualnie może zrobić w przyszłości. Po trzecie, że jeśli ci ludzie wymagają leczenia (w zakładzie psychiatrycznym), to co robili przez 25 lat w zwykłym więzieniu, dlaczego dotąd nie byli leczeni? Uwaga, że ci wychodzący to nie ponad 100 osób, ale kilka lub co najwyżej kilkanaście, jest już w tym kontekście bez znaczenia.
Ustawę już mamy. Wydawało się, że politycy uratowali po raz kolejny naród, ochronili go przed watahą morderców. Tymczasem okazało się, że ten morderca, którym najbardziej straszyli, na skutek opieszałości urzędników rządowych odpowiedzialnych za publikację ustawy objęty nią nie zostanie. Nad tym, jak by zatrzymać go w kryminale, łamiąc prawo i równocześnie udając, że prawa się nie łamie, a jedynie wzmacnia ochronę społeczeństwa, głowią się już politycy. Pomagają im zaś w tym prawnicy nadworni oraz ci, którzy chcieliby nadwornymi zostać, dostarczając rad i argumentów, jak ten cel osiągnąć. Koledzy prawnicy! To nie wasza gra, dlaczego w niej tak ochoczo uczestniczycie? Dlaczego udajecie idiotów? Nie wstyd wam? Tak wam imponuje kontakt z władzą? To, że zaproszą was do jakiegoś gremium pro forma doradczego, de facto uzasadniającego najczęściej dawno podjęte decyzje polityków? To, że któryś z ministrów albo i wiceministrów zaprosi was na kawę i będzie udawał, że słucha i radzi się, a może jeszcze powie komplement?
Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale prostytuujecie się, panowie! Jedna sprawiedliwa pani profesor Monika Płatek ma odwagę publicznie się sprzeciwiać idei tej niemądrej i niebezpiecznej ustawy. Reszta profesorów prawa w najlepszym razie siedzi cicho. Ostatnio w programie Moniki Olejnik z prof. Moniką Płatek polemizował prof. Stefan Niesiołowski. Dyskusja była zaiste pasjonująca. Prof. Niesiołowski, specjalista od much i insektów, uważa nie wiadomo czemu, że zna się na prawie i kryminologii, i z zapałem plótł niebotyczne bzdury, w dodatku w formie jemu właściwej, to znaczy histeryczno-agresywnej, używając argumentów ad personam. Na tym tle wyważona, spokojna Monika Płatek wydawała się osobą z innej planety.
W ogóle ostatnie dni były swoistymi dniami prawniczymi. Co tam dniami! To był festiwal prawa i praworządności! Zaczęło się od „ustawy o bestiach”, później Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego przy Ministrze Sprawiedliwości zaproponowała zerwanie z „aborcyjnym kompromisem”, zaraz po tym katastrofa spowodowana przez pijanego kierowcę, w której zginęło sześć osób, sprawiła, że media i politycy przez tydzień walczyli z pijanymi kierowcami, prześcigając się w pryncypialności. Zanim wrócił temat „bestii”, okazało się, że znany ze skrajnych, konserwatywnych poglądów wiceminister sprawiedliwości Michał Królikowski jest bratem oblatem benedyktynów i na dodatek właśnie wydał wywiad rzekę z ultrakonserwatywnym abp. Henrykiem Hoserem, z którym dzieli poglądy. Rozpoczęła się dyskusja, czy człowiek o tak skrajnych poglądach może być wiceministrem. Niektórzy twierdzili kategorycznie, że nie, inni bronili go, mówiąc, że jeśli ministrem może być ateista, to może też być skrajnie konserwatywny ultrakatolik. Oczywiście, że może. Powiedzmy od razu, że światopogląd ministra w jednych resortach ma znaczenie większe, w drugich mniejsze lub zgoła żadne. Światopogląd ministra finansów czy gospodarki ma na pewno znaczenie mniejsze niż ministra edukacji czy sprawiedliwości właśnie. Poza tym gdy partia ultrakatolicka z takim ultrakatolickim programem idzie do wyborów i wybory te wygrywa, trudno mieć pretensje, że ultrakatolikami obsadza resorty i ultrakatolicki program realizuje. Gdyby pan Królikowski był ministrem w rządzie LPR (czy ta partia jeszcze istnieje?) lub innego ZChN (ta partia już chyba na pewno nie istnieje), byłoby to zupełnie normalne. Rzecz w tym, że jest w rządzie Platformy, a ta jako żywo z katolicko-narodowym programem do wyborów nie szła i jej wyborcy nie takiego programu od niej oczekiwali, teraz więc muszą się czuć trochę zawiedzeni.
Pan Królikowski to kolejny problem premiera Donalda Tuska. Niech go sobie rozwiąże albo i nie. Najwyżej ci zawiedzeni na Platformę już nie zagłosują.
Awanturę o ministra Królikowskiego (po co było w ogóle ją robić?) przykryła nowa, gdy okazało się, że na skutek zaniedbań urzędników „ustawa o bestiach” nie obejmie największej ze wskazanych przez media bestii i trzeba będzie znów coś wykombinować.
Tymczasem Polskę czeka kolejny wielki proces, publicznie zapowiedziany w telewizji przez samych zainteresowanych. Sąd będzie musiał rozstrzygnąć, który z dwóch młodych polityków z dwóch skłóconych partii, z których każda jest „partią odnowy moralnej”, częściej chadzał do burdelu. A że spór rozpoczął się od tego, że trzeci poseł (też z jednej z tych moralnych partii) nie zapłacił prostytutce za usługi, widzimy, że polityka polska coraz bardziej jest burdelowa.
 

Wydanie: 4/2014

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy