Defilada w rocznicę “Pobiedy”

ZAPISKI POLITYCZNE

Blisko pół wieku temu zamieszkaliśmy w domku spółdzielczym na odległym przedmieściu Warszawy. Dzieci były malutkie, moja matka już zaczęła ciężko chorować, a domek był nie wykończony, gdyż spółdzielnia nie dotrzymała umówionego terminu. Byłem wówczas sekretarzem redakcji “Przeglądu Kulturalnego”, najpoważniejszego pisma społeczno-kulturalnego, jakie kiedykolwiek ukazywało się w Polsce. Naszym stałym współpracownikiem był Stanisław Jerzy Lec, wielki autor słynnych w świecie, króciutkich aforyzmów. Z jakiejś okazji pętała się po redakcji fotografia cesarza Franciszka Józefa, długie lata kochanego przez wszystkich, co się wiedli z Galicji. Lec zobaczył zdjęcie i tak się nim zachwycił, że poleciłem zrobić dla niego duże powiększenie. Przy okazji zamówiłem drugie dla siebie.
Powiesiłem je na nie otynkowanej jeszcze ścianie w pokoju mojej matki. Któregoś dnia wtargnął do tego pomieszczenia stary majster, kierujący budową. Popatrzył na portret cesarza i wrzasnął: – Boże święty, to państwo też z Galicji! Od tej chwili budowa, której zakończenia nie mogłem dobrym słowem czy łapówką osiągnąć, ruszyła z kopyta. Dom został otynkowany, pojawiło się centralne ogrzewanie i reszta tego, co trzeba do normalnego mieszkania. Opowiedziałem to zdarzenie Romanowi Zimandowi z zaprzyjaźnionej ongiś redakcji “Poprostu”, a znacznie wcześniej memu koledze ze studiów socjologicznych we Wrocławiu. Zimand pożałował: – Szkoda, że ja nie dostałem takiej fotografii dla mojej matki. – Czyżby matka tak kochała cesarza? – zdziwiłem się.
– Skądże, tylko już nigdy później nie miała 17 lat.
Przypomniało mi się to zdarzenie, gdy zobaczyłem dzisiaj w telewizji obraz z Moskwy, gdzie w 56. rocznicę końca wojny komuniści moskiewscy maszerowali potężnym tłumem ulicami miasta zaraz po defiladzie wojskowej.
Dla Rosjan, i nie tylko dla nich jednych, w dawnym Związku Radzieckim dzień “Pobiedy” jest świętem prawie religijnym, jak wszystko, co dotyczy Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Nigdy tego nie zrozumiały polskie głuptasy polityczne, burzące – gdzie się tylko dało – pomniki wdzięczności, budowane dość licznie za czasów PRL-u w wielu miastach naszego kraju, co znakomicie nastawiło “ludzi stamtąd” niezwykle wrogo do Polski. Szargano ich relikwie. Tego się łatwo nie wybacza.
Polacy tego nie rozumieją, gdyż zarówno okres zaborów, jak i sowiecka obecność, pełna okrutnych zbrodni, na terenach wschodnich II Rzeczypospolitej, masowe wywózki na Sybir i zbrodnie katyńskie oraz inne, a wreszcie długi okres PRL-u zostawiły nam trwałe urazy wobec wszystkiego, co rosyjskie. Co mądrzejsi świadkowie historii tamtych lat opisali wprawdzie dość dokładnie niezwykle tragiczny los narodu rosyjskiego w latach komunistycznej władzy. Rosjanie doznali leninowsko-stalinowskich okrucieństw w skali rzadko w historii spotykanej, więc wydawałoby się, że komunizm powinien być przeklęty i potępiony na wieki. Aliści istnieje tam nadal silna partia komunistyczna, z której reprezentantami miałem często do czynienia, składając oficjalne wizyty w samej Rosji, jak i zasiadając razem z nimi przez wiele lat w ławach Rady Europy w Strassburgu.
Czyżby ogrom popełnionych wobec tego narodu zbrodni spłynął po nim bez śladu? Skąd te manifestacje, skąd potężna, legalna partia, której szef przewodniczy Dumie, ichniemu Sejmowi? By zrozumieć Rosjan, warto pamiętać, że komunizm dał im nie tylko straszliwe zbrodnie. Jego dziedzictwo to także wielkość i potęga imperium, odziedziczonego po carach i dopiero współcześnie straconego, z czego płynie niechęć do sprawców tej klęski, głównie do Gorbaczowa – wyzwoliciela wielu innych narodów, w tym i polskiego, od czerwonej niewoli.
Zwycięstwo nad faszyzmem i późniejsza, największa w dziejach potęga oraz międzynarodowa pozycja narodu rosyjskiego, łączą się dla tych ludzi z ich młodością. Tylko wtedy – jak matka Romana Zimanda – mieli oni po 17 lat. Tylko wtedy cały świat ich podziwiał, a pod nogi Stalina i jego wspaniałych marszałków rzucano zdobyczne sztandary, tylko wtedy płacz po ofiarach wojny zagłuszała niebotyczna radość ze zwycięstwa. Wtedy ugruntowana została potęga imperium. Jakże jej dzisiaj nie czcić?
Czy tylko Rosjanie płaczą po utracie imperium? Mam w rodzinie rodowitych Anglików, przyjaciół Francuzów i wśród nich spotykałem identyczną żałość za minioną wielkością, za czasami kolonii, za imperium bezpowrotnie utraconym. Polaka też do dzisiaj przejmuje podziw i tęsknota za wielkością państwa Jagiellonów. Za Rzeczpospolitą Wielu Narodów.
Patrzę co pewien czas na moją rodzinną wieś na Podolu. Starsza młodzież jeszcze do niedawna służyła wojskowo, a to we flocie bałtyckiej, a to na okrętach bojowych floty Pacyfiku, ktoś tam aspirował do kosmonautów, ktoś studiował w Moskwie. Teraz, po upadku imperium, ukraińska młodzież spędza lata służby wojskowej w Rawie Ruskiej albo w Żółkwi, czyli w malutkich, biednych, zapyziałych miasteczkach. Jakże taki marny los porównać z perspektywami dawanymi przez tamte, imperialne dni? Zamknęły się horyzonty. Zaczęła się bieda transformacji ustrojowej, zaś dawnym bohaterom Wojny Ojczyźnianej – takich jest sporo wśród moich znajomych z dziecinnej piaskownicy – spadła na przygarbione plecy zwyczajna, biedna starość. Tacy sami zawiedzeni zmianami, jakie zaszły na całym obszarze dawnego Związku Radzieckiego, maszerują w rocznicowe dni “Pobiedy” pod czerwonymi sztandarami ulicami Moskwy i wielu innych rosyjskich miast. Z wdzięcznością dla Putina słuchają rozrzewnieni melodii radzieckiego hymnu ze świętymi słowami “Wielikaja Ruś”.
Zaś wczoraj wieczorem TVP pokazała nam angielski film o prezydencie Rosji, Putinie. Był to typowy produkt zachodniej biografistyki. Powierzchowne slogany, raczej negatywne dla bohatera, i sensacyjki. Taniutkie wszystko, płaskie, nie odpowiadające na żadne pytanie o popularność Putina w Rosji, dotkniętej przecież jak żaden inny naród potwornymi zbrodniami NKWD. Wszak to jej następcą jest KGB, którego oficer, zawodowy szpieg, nikomu nie znany, został nagle szefem drugiej potęgi militarnej i – jak dobrze pójdzie – ekonomicznej świata.
Nie wiemy, jak się potoczą losy jego popularności w ojczyźnie. Na razie widać wyraźnie, że Putin przywrócił Rosjanom wiarę w potęgę tego kraju i tego narodu. Ale o tym autor marnego filmu nie potrafił opowiedzieć.
9 maja 2001 r.

Wydanie: 20/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy