Oddawanie władzy á la PiS

Oddawanie władzy á la PiS

Srogie rozczarowanie spotyka tych, którzy pogonili PiS, bo gremialnie zagłosowali na PO. Wyborcy mieli prawo liczyć na to, że ich werdykt, podobnie jak to się dzieje w krajach demokratycznych, będzie uznany również przez partię odsuniętą od władzy. Tak to bowiem jest w demokracjach, że przegrany cichnie i przesiada się na ławy opozycji. Wyborcy, którzy pokazali PiS czerwoną kartkę, mogli się spodziewać, że politycy tej partii zrobią jakiś rachunek sumienia i od siebie zaczną analizę przyczyn własnej klęski. A że jest się nad czym zastanawiać, to widać choćby po tym, że z PiS nie chcieli mieć nic wspólnego i były premier, i były marszałek Senatu, i wielu byłych ministrów, a ostatnio nawet grupa dziennikarzy wcześniej tak życzliwych dla polityki braci Kaczyńskich. Muszą chyba być jakieś głębsze przyczyny tych ucieczek niż zwykła ludzka niechęć do dalszego przebywania na tonącym okręcie. A to, że nie pada najważniejsze w każdej partii pytanie o odpowiedzialność kierownictwa za wynik wyborczy, lepiej opisuje atmosferę i relacje, jakie panują w PiS niż setki buńczucznie wygłaszanych deklaracji, jacy to oni są silni i zwarci. Takie wypowiedzi tylko przykrywają strach przed zmierzeniem się z nagą prawdą o szefie partii. I jakby Prawo i Sprawiedliwość nie kluczyło i nie uciekało od niewygodnych pytań, to w partii zarządzanej jednoosobowo, żelazną ręką przez Jarosława Kaczyńskiego sytuacja jest jasna. Wszystkie sukcesy partia odniosła za przyczyną genialnego wodza i stratega. A co począć z porażkami? Toż to ogromny problem partii wodzowskich. Póki się da, panuje zbiorowa ślepota i wszyscy w partii udają, że nic nie widzą! Wszyscy widzą, a oni nie. Po prostu nie ma takiego tematu jak odpowiedzialność wodza. PiS ma z tym szczególny problem, bo nie ma nawet wicewodza, na którego można by coś zrzucić. A na dodatek jest tworem, którego nazwa – Prawo i Sprawiedliwość – jak widać po doświadczeniach ostatnich dwóch lat, została zręcznie wybrana przez specjalistów od marketingu, choć w rzeczywistości niewiele miała wspólnego z realnymi działaniami tej partii.
Rządzili tak, że zdesperowani Polacy poszli do urn i ich pogonili. Ale czy oni coś z tej klęski zrozumieli? Wątpię. A jeśli już, to chyba tylko to, że przegrali, bo byli za dobrzy. Za dobrzy dla tego, jak się okazało 21 października, niewdzięcznego społeczeństwa. Dla urzędników państwowych, sędziów i prokuratorów, których nie zdążyli wyrzucić lub odsunąć, a którzy teraz machają jakimiś kwitami. Dla mediów publicznych, które choć zdobyli i trzymali bardzo krótko, to przecież mogli dużo krócej. I tak dalej. Po tym, co zaczęło wyprawiać opozycyjne wcielenie partyjnej gwardii braci Kaczyńskich, wniosek jest jeden. Przed nami ciąg dalszy wojny PiS z większością narodu.
Ależ trzeba mieć tupet, by o swoich nieudolnych rządach zapomnieć jeszcze przed oddaniem władzy. Co więc zrobić z tak paranoiczną żądzą władzy? Przecież na tę chorobę musimy znaleźć jakieś skuteczne lekarstwo.

Wydanie: 45/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy