Wycisnąć cwaniaków

Wycisnąć cwaniaków

Prezes niedawno przemówił: „Dzisiaj często sugeruje się ludziom, że nowoczesność to w gruncie rzeczy to wszystko, co przychodzi z Zachodu, a co rozbija normalny, naturalny porządek rzeczy. Nie, proszę państwa, to nie jest nowoczesność, to jest kolejny atak różnego rodzaju ideologicznych szaleństw. Chcemy, by to nasze hasło: jedna Polska, jeden naród, jedne szanse, jedna godność, zostało zrealizowane. To jest nasze posłannictwo, nasze zadanie. Żaden przeciwnik, sam diabeł nas nie zatrzyma w walce o to, byśmy to zadanie, to posłannictwo zrealizowali”. Bardzo znamienne słowa, klucz do obłąkanej wizji prezesa. Chce stworzyć nową alternatywę dla europejskiej cywilizacji. Zachód, więc też Unia, jest źródłem zła, moralnego zepsucia. To poglądy pokrewne islamistom, którzy toczą swoją wojnę z Zachodem. Nie wygrają jej, prezes także jest bez szans. Bo to, co mają do zaproponowania, cuchnie stęchlizną. A jaka jest nowa moralność PiS, widać jak na dłoni: nepotyzm, korupcja, podły konformizm, niszczenie demokracji i te słynne „dzieci z Michałowa”. Prezes ma dobry czas, gdy chodzi o mówienie rzeczy ważnych, a nawet doniosłych. W wywiadzie dla RMF FM mówił o Polskim Ładzie, kto zyska, kto straci: „Tylko ci, którzy żyją z cwaniactwa, mogą rzeczywiście stracić. Ogromna większość na tym zyska”. To myślenie Władysława Gomułki. Ci, którzy lepiej zarabiają, to badylarze, cwaniacy, a więc przedsiębiorcy to cwaniacy, tylko lud pisowski porządny.

Jest u nas P., młody przedsiębiorca, ma wiatrak w plecach; nawiedza nas prosto z lotniska, był we Włoszech, wcześniej w Mołdawii, wcześniej w Pekinie, lata w interesach. Do tej pory obojętny politycznie, ale prezes go przekonał. Poczuł się znieważony, że prezes wyzywa go od cwaniaków.

Spotkanie z uczniami w mojej dawnej szkole nr 34, kiedyś gen. Świerczewskiego, teraz Cervantesa. W dawnej sali gimnastycznej, przerobionej na salę konferencyjną. Niebotycznie wysoko sufit, jednak nie ma już koszy do gry w koszykówkę ani drabinek. Nie wiadomo dlaczego najlepiej pamiętam skoki przez skórzanego kozła. I jego cuchnącą woń. Chodziłem do tej szkoły od 1957 do 1968 r., podstawowa i liceum były połączone podziemnym korytarzem, obecnie zamienionym na magazyn potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy. Pamiętam, jak pierwszego pełnego grozy dnia szkoły stoję w tym korytarzu w parze z Adasiem Sandauerem i pytam zagubiony, czy to nasza klasa, czy to I A. Wcześnie zacząłem mieć poczucie zagubienia, z latami to poczucie mi się nasiliło. Adam miał niedawno przeszczep płuc. Nie utrzymujemy teraz stosunków, gniewa się na mnie za to, jak opisałem jego ojca w „Domu pisarzy w czasach zarazy”. A przecież serdecznie. Ale się nie dziwię. Zdziwaczał, skoro jeździł na audycje do Radia Maryja.

Staram się nie nudzić młodych i nie nudzę, bo uważają. Mówię mało pedagogicznie: byłem kiepskim uczniem, jednym z gorszych, a spotykam się z wami jako człowiek, który coś osiągnął, i dziwnie się czuję, bo z sytuacji kiedyś podrzędnej mówię teraz niejako nadrzędnie, jakże górując nad tamtym kiepskim uczniem, a nawet nad Januszem Drzewieckim, który był prymusem w naszej klasie, a gdzie on teraz? I jeszcze jedno wzruszenie. Mój ojciec też miał spotkanie z uczniami, chyba byłem jeszcze w szkole podstawowej, w tej samej sali, ale z koszami do gry w koszykówkę, z zapachem potu uczniowskich ciał. O czym mówił? Pamiętam tylko, że sala była pełna, jak pełna jest teraz. Jakże chętnie bym tego teraz wysłuchał.

Stoję potem na dziedzińcu szkoły, prawie niezmienionym, tylko głowa gen. Świerczewskiego na postumencie została ścięta po 1989 r. i wymieniona na głowę Cervantesa. Jak to wszystko się splata i rozplata. Będąc w latach 90. dyrektorem Instytutu Polskiego w Sztokholmie, spotkałem Alfreda Jesiona, emigranta ‘68, który tę głowę generała wyrzeźbił, i ode mnie się dowiedział, że ją ścięto w ramach zmiany systemu. Na szczęście tylko takie głowy wtedy ścinano. Pamiętam, jak tę rzeźbę generała odsłaniano. Zgromadzono nas na dziedzińcu. Gdy opadła zasłona, wszyscy jęknęli, bo ta łysa głowa generała zdawała się identyczna jak głowa naszego dyrektora Redlicha. Był dyktatorem w tej szkole i podnosił krnąbrnych uczniów za ucho. Napisałem jakiś czas temu wiersz o tej szkole, czytam go teraz uczniom, są tam słowa, że wszyscy moi nauczyciele już umarli, a tu niespodzianka. Już po napisaniu tego wiersza znalazłem nekrolog pani Zofii Kurylin, zmarła w wieku 92 lat, straszna kobieta, ale nauczyła nas rosyjskiego.

Idąc potem do samochodu, myślę: jak ten szkolny podziemny korytarz zagracony, tak i mój łączący tamten i obecny czas zagracony, staram się przecisnąć, ale nie mogę.

t.jastrun@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 44/2021

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy