Zrobiło się zimno

Zrobiło się zimno

Było mi dane przeżyć wieczór wyborczy w telewizji, gdzie zostałem zaproszony jako komentator. O godz. 21 malowano mnie i pudrowano, nie znałem więc pierwszych wyników, dziwiły mnie tylko kwaśne miny makijażystek. – To nie wie pan – mówi jedna – Duda wygrywa. Wydawało mi się, że się przesłyszałem, ale strażnik przy drzwiach – jakby w żałobie – potwierdził.

Nie mogłem za bardzo się zdenerwować, bo już byłem zdenerwowany. Zwykle nie mam tremy, kiedy występuję publicznie, a teraz wyjątkowo miałem. Jak się cierpi na jeden ból, to drugi dociera słabiej. I to poczucie nierzeczywistości, nie tylko z powodu wyników. Telewizja publiczna sceną debaty wyborczej uczyniła dziedziniec swojego nowego gmachu. Jego fasada to dzieło mojego kolegi, Czesława Bieleckiego. Nie jest ona chyba ładna, ale jest nowoczesna i osobliwa, szczególnie w ciemności, która umożliwiła świetlne efekty. Nad wszystkim latał fioletowy dron. Było piekielnie zimno, dmuchawy szumiały, co zagłuszało nawet myśli, nie dając za wiele ciepła. I zapomniano uprzedzić gości, że to będzie impreza na wolnym powietrzu. Wszyscy posinieli z zimna. Polityków nie było mi żal, zasłużyli. Wojciech Pszoniak, który usiadł obok mnie, w ostatniej chwili czmychnął, ratując swoje cenne gardło przed zapaleniem. Wcześniej, kiedy z nim rozmawiałem, złościł się na zimno i westchnął: „Na dodatek te wyniki”. Jego niezwykle niebieskie oczy zastygły w stal. To najniezwyklejsze stalowe spojrzenie, jakie zdarzyło mi się widzieć.

W czasie dyskusji w oku kamery, która spadła na nas z góry jak sęp, odkryłem, że jeśli się mówi, to mówienie grzeje, a publiczne mówienie grzeje bardziej, niż kiedy się gada prywatnie. Mając za sąsiadów prof. Michała Kleibera i Marka Migalskiego, odkryłem, że ten drugi, od kiedy przestał być politykiem, stał się całkiem sympatyczny, a Kleiber, od kiedy przestał hamletyzować w sprawie smoleńskiej katastrofy, odzyskał dawny blask. To nie tylko wybitny naukowiec, ale też niezwykły człowiek. (Jakby mało miał zalet, był kiedyś mistrzem Polski w tenisie). Już po programie, w budynku, czuję się, jak zdarzało mi się czuć w wielki mróz na nartach, gdy w końcu zjeżdżałem do ciepłego schroniska.

Nie rozumiem zachwytów nad Pawłem Kukizem, że taki autentyczny. Jest autentyczny, więc widać, że nie jest rozgarnięty. A między nami mówiąc – osioł. W sytuacjach nagłych traci głowę, jak to mu się zdarzyło w czasie debaty w TVN. Bywa chamski zupełnie naturalnie, widać też brak stabilizacji emocjonalnej. No dobrze, głosowano na niego w geście sprzeciwu wobec stanu rzeczy. Ale w drugiej turze bardzo proszę o zdrowy rozsądek. To jedyna sensowna ideologia na nasze czasy. Wierzę, że w drugiej turze wygra Komorowski, czyli rzeczywistość weźmie górę nad nierzeczywistością.

Moja znajoma pisze o wyborach, cytuję, gdyż to typowy głos ludzi w średnim wieku; zastępują oni tych, którzy kiedyś stanowili polską inteligencję: „Wybory? Jakie wybory? Nie było wyboru… żadnego. Lakierowana wydmuszka Duda, który jest przeciw, a nawet za w sprawie in vitro, ale generalnie jest zgodny z episkopatem i Wielką Kaczką. Populista i oszołom Kukiz zgarniający głosy elektoratu negatywnego. Pani Ogórek, co zapomniała się ubrać i przyszła w halce, i w ogóle zapomniała, z jakiej partii startuje i po co. I Komorowski, który osiadł na laurach, zanim wstał i ruszył do kampanii. Resztę pominę milczeniem, to ponad moje siły – ta miałkość, jarmarczność, dyskusje o sklepiku w euro, Shogunie i JOW. Ludzie wycięci z plakatów na potrzeby kampanii. Żadnych postaci, autorytetów, charakterów, doświadczenia. Totalny odpał i żenada. Jak mawia moja 86-letnia ciocia: Najwięcej żalu do Kaczyńskiego mam o to, że muszę głosować na Komorowskiego”.
Dzwoni z kondolencjami tłumacz Wiktor Dłuski, przy okazji mówimy o stanie rzeczy. Uważa, że wynik pierwszej tury to znak, że czas umierać. Wiktor niedawno dokonał rzeczy ryzykownej, niemal szalonej. Na prośbę wydawnictwa przetłumaczył „Martwe dusze” Gogola. Problem w tym, że istnieje już genialny przekład Władysława Broniewskiego. Spodziewał się pochwał, ale bardziej krytyki. Tymczasem nikt o tym ani słowa. Kiedyś byłoby to ważne wydarzenie artystyczne. Czas umierać.

Gdyby moja mama mogła uczestniczyć bardziej świadomie w swoim pogrzebie, byłaby z niego zadowolona. Znajomi mamy już umarli, więc przyszła garstka ludzi, ale zupełnie wystarczająca. Trochę dobrej muzyki i poezji. I mama znowu mieszka z moim tatą pod jednym kamiennym dachem. Obok Leopold Staff, który mamę lubił i z którym ojciec był tak blisko. Jest też po sąsiedzku Bolesław Leś­mian, którego ojciec poznał przed wojną i którego wiersze cenił. Odkrycie, jak łatwo dzisiaj dzięki firmom pogrzebowym i nowym przepisom pochować człowieka. Pamiętam, jaki to był kiedyś horror.

Rano budzę się z jakimś wielkim brakiem, którego na początku nie potrafię zidentyfikować.

Wydanie: 21/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy