Pochwała niekonsekwencji

Pochwała niekonsekwencji

Właśnie dopiero co rząd przeforsował w Sejmie nowelizację kodeksu karnego, poświęconą w dużej mierze zaostrzeniu kar za przestępstwa seksualne dokonane na dzieciach, łącznie ze sławną już kastracją chemiczną, zapowiedzianą swego czasu przez premiera Tuska. Przy okazji zarówno w Sejmie, jak i w mediach politycy wszystkich opcji nagadali się do woli, jacy to przestępcy (zwłaszcza seksualni) są straszni. Sam pan premier nawet popadł z tej okazji w zadumę, czy aby taki przestępca to w ogóle człowiek. Wyrażano przy tym ogólne przekonanie, że im surowsza kara, tym przestępstw będzie mniej. Co z tego, że kryminologia od 200 lat tłumaczy, że surowość kary nijak nie przekłada się na poziom przestępczości, a już na pewno nie przekłada się bezpośrednio. Co z tego, że cały polski system penitencjarny nie zatrudnia żadnego seksuologa, a jeden psychiatra czy psycholog przypada na kilka tysięcy skazanych. Co z tego, że nawet nie zaczęto organizować ośrodków leczenia pedofilów, a nawet nie upewniono się, czy tę przypadłość w ogóle da się leczyć, ale wymyślono przymusowe leczenie. To wszystko jest dla polityków bez znaczenia, bo wiadomo, że lud nastawiony jest represyjnie i trzeba mówić to, co lud chce usłyszeć. Wszystkie badania potwierdzają, że Polacy nastawieni są represyjnie (naukowo mówi się punitywnie), to znaczy, domagają się surowych kar dla przestępców, a ponad połowa tęskni za karą śmierci. Jeśli więc się bredzi o konieczności zaostrzenia kar, o przymusowych leczeniach (choćby przypadków nieuleczalnych), mówi o kastracji, choćby tylko chemicznej, jest szansa, że słupki społecznego poparcia wzrosną. A dzisiaj w polityce głównie o to chodzi. Ale z tą punitywnością społeczeństwa polskiego to jest tak, że każdy krzyczy, że trzeba surowo karać, bezwzględnie ścigać, kastrować, wieszać, jak długo chodzi o jakiegoś anonimowego przestępcę. Jak nie daj Panie Boże wpadnie brat albo szwagier, albo nawet kolega, cała punitywność natychmiast pryska jak bańka mydlana. Surowy dla przestępców, bezwzględny mściciel zamienia się wtedy nagle w łagodnego baranka, obrońcę praw człowieka, przeciwnika aresztów i surowych kar.
Rząd i sejmowa większość chciała z zapałem ścigać i kastrować abstrakcyjnych pedofilów tak długo, aż okazało się, że za takie właśnie przestępstwo zatrzymano Romana Polańskiego. Od razu ministrom Platformy wszystko przeszło. Min. Zdrojewski zaliczył nawet zatrzymanie Polańskiego na podstawie amerykańskiego listu gończego jako element jednego ciągu ostatnich antypolskich posunięć Stanów Zjednoczonych. Dupcia nastolatki urosła nagle do rozmiarów tarczy antyrakietowej. Min. Sikorski podjął interwencję w rządzie amerykańskim i zaapelował do prezydenta Obamy o skorzystanie z prawa łaski. To już kolejny polski minister, który pokazuje Amerykanom, że w Polsce nawet ministrowie nie wiedzą, że sprawa aresztowania czy ekstradycji należy do sądu, a nie do rządu i nie wierzy, że w USA rząd nie wywiera nacisków na sądy. O takich drobiazgach jak to, że prawo łaski można zastosować dopiero po wyroku, a nie przed, ani tym bardziej że od wyroków zapadłych na podstawie prawa stanowego, a nie federalnego ułaskawia nie prezydent, ale gubernator, już nie mówię. Dopiero gdy się okazało, że dla ludu Polański to nie brat ani szwagier i lud nie ma nic przeciwko temu, aby za swe figle z nieletnią posiedział, rząd zmienił zdanie i od sprawy się zdystansował. Któż by ryzykował spadkiem słupków poparcia!
Odezwali się też obłudnicy, pełni potępienia dla Polańskiego. Tak jakby o jego przygodzie sprzed 32 lat dowiedzieli się dopiero teraz. Tylko artyści uparcie, acz niezbyt mądrze, dalej konsekwentnie bronią Polańskiego, argumentując tak jak Kowalski, gdy broni szwagra.
Jedyny pożytek z całej tej afery jest taki, że przekonano się, że ten straszny przestępca seksualny, którego właśnie postanowiono surowiej karać i bez litości kastrować, to niekoniecznie potwór o lombrozjańskich rysach skrwawionego pyska, degenerat, który powinien zgnić w kryminale, ale czasem utalentowany reżyser światowej sławy, a czasem ktoś taki przeciętny jak my. Tak więc prawo, jakie uchwalamy, musi do wszystkich tych, jakże różnych kategorii sprawców się odnosić.
Ale afera Polańskiego jeszcze nie przebrzmiała, gdy wybuchła nowa. Afera na linii Platforma-CBA. Konsekwencje tej afery mogą być porównywalne z konsekwencjami afery Rywina. Obawiam się, że może to być Platformy Obywatelskiej początek końca. CBA podsłuchało biznesmena, który namawiał szefa klubu Platformy Zbigniewa Chlebowskiego do lobbowania w jego interesie przy procesie legislacyjnym. Z nagranych rozmów może wynikać, że w sprawę zamieszanych jest dwóch dalszych poważnych polityków Platformy. Odnosząc się do sprawy w Radiu Zet, minister sprawiedliwości-prokurator generalny rzecz całą próbował zbagatelizować, dając do zrozumienia, że szef CBA Mariusz Kamiński to wariat, który jeszcze niedawno chciał aresztować Jolantę Kwaśniewską. No dobrze, ale kim jest w takim razie ten, który wariata trzyma na czele służb specjalnych?
CBA, specsłużba o nieograniczonych kompetencjach powstała za rządów PiS przy wsparciu Platformy. Od początku wiadomo było, że na jej czele stanie polityk PiS, Mariusz Kamiński. Platformie to nie przeszkadzało. Działania CBA w czasie rządów PiS do dziś są przedmiotem badań Komisji Śledczej i, zdaje się, kilku prokuratur. Przypomnijmy, wątpliwe z prawnego punktu widzenia prowokacje, widowiskowe zatrzymania, afera w Ministerstwie Rolnictwa… a ani jednego wymiernego rzeczywistego sukcesu. Wydawało się, że po wyborach PO natychmiast zrobi porządek z tą formacją, a już na pewno zmieni jej szefa. Nic z tego. Donald Tusk oświadczył nawet kiedyś, że wprawdzie PiS ma CBA, za to Platforma ma ABW. Dość osobliwe podejście premiera do służb specjalnych, akceptujące w nich partyjne strefy wpływów. Już pod rządami Platformy, CBA zajmowało się szefem ABW Krzysztofem Bondarykiem. Jeśli miało rację, Bondaryka powinno już nie być. Jeśli racji nie miało, powinno już nie być Mariusza Kamińskiego. Są obydwaj. Niekonsekwencja Platformy jest, zdaje się, najbardziej stałym elementem jej programu.
Jeszcze klub LiD złożył projekt nowelizacji ustawy o CBA. Proponował on podporządkowanie szefa CBA ministrowi właściwemu w sprawach wewnętrznych, czyli zrównania w hierarchii szefa CBA i komendanta głównego policji. Dziś szef CBA podlega nominalnie premierowi, faktycznie nikomu. Chyba że przewodniczącemu PiS. Proponowano poddać czynności operacyjne tej formacji kontroli sądu, ograniczyć niektóre nadmierne uprawnienia, zbyt daleko ingerujące w prawa obywatelskie. Proponowano inny tryb powoływania szefa CBA. Dawało to premierowi możliwość odwołania Kamińskiego. Ale mógł go także na to stanowisko, gdyby chciał, na nowo powołać. Platforma razem z PiS odrzuciła ten projekt w pierwszym czytaniu. Udawała nawet oburzenie, że paskudna Lewica chce w ten chytry sposób odwołać Mariusza Kamińskiego. Ale Platforma Lewicy przechytrzyć się nie dała. Dała się za to przechytrzyć Kamińskiemu.

Wydanie: 40/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy