Odgeneralić Macierewicza, odmacierewić armię

Odgeneralić Macierewicza, odmacierewić armię

Będzie smutno w kilkudziesięciu domach, gdzie stygną żelazka przygotowane już do prasowania spodni z lampasami, znak pokoju na wojskowych mszach nie obejmie wszystkich dłoni i serc. A miliardy na bezsensowne wydatki parawojenne będą płynąć dalej niepowstrzymanym strumieniem, zarządzanym grabkami i łopatkami dziecięcych fanaberii kogoś, kto nigdy nie powinien nawet się zbliżyć do funkcji, którą sprawuje.

Jakiekolwiek działania polityczne w dowolnej dziedzinie można nazwać reformą, bo to słowo ma moc usprawiedliwiania największej ignorancji, prywaty, niezgułowatości i niekompetencji. Od dwóch lat oglądamy ten porażająco-kabaretowy spektakl w wykonaniu Antoniego Macierewicza i jego najbliższych współpracowników. Co prawda, żywiołem wojny (czyli de facto tego, co jest racją istnienia Ministerstwa Obrony Narodowej) są w rzeczy samej destrukcja, rozpierducha, chaos i zawieszenie na kołku zasad życia w zwykłej, nudnej, pokojowej codzienności, jednak wszystkie te działania zwykłe armie kierują przeciwko wrogowi. U Antoniego zaś musi być inaczej. Tu wrogiem jest sama armia, ta, którą zastał, którą mu Jarosław Kaczyński po kłamstwach kampanii wyborczej oddał niepodzielnie w pacht. Bez kontroli, bez nadzoru, bez korekt, bez retuszu, bezmyślnie.

Konstytucja wprawdzie przewiduje wciąż jeszcze istnienie prezydenta RP, który jest wedle niej formalnie najwyższym zwierzchnikiem wojska, ale nasz zwierzchnik dał się ośmieszać i lekceważyć przez ostatnie dwa lata ministrowi od wyrzucania generałów i innych wysokich rangą oficerów, od zrywania kontraktów na istotne zakupy wyposażenia (śmigłowce Caracal), budowania formacji mięsnoarmatnich o charakterze brunatnych bojówek, specjaliście od rozmontowywania całej struktury wywiadowczej wojska i równocześnie od wynoszenia i ukrywania tajnych dokumentów (haków) z instytucji wojskowych. I nie sposób nie dodać na koniec, choć być może powinno to mieć prymat: politykowi uwikłanemu w podejrzane, niejasne, kompromitujące relacje ze światem globalnej gangsterki o rosyjskim rodowodzie, politykami wątpliwej konduity, lobbystami koncernów, od których Antoni bez przetargu kupuje za miliardy samoloty. Ułamek tych zarzutów w kraju nawet o mniejszym znaczeniu i wielkości, będącym członkiem NATO i Unii Europejskiej, sprawiłby, że po takim ministrze nie zostałby nawet zapach w gabinecie, nawet gwoździk w ścianie po fotce. Ale polski prezydent przez dwa lata nie widział, nie słyszał, nie rozumiał, zarobiony był, szusował, a w takim pędzie narciarskim czy skutera wodnego szczegóły otoczenia umykają, zlewają się w jedną plamę. A plama nasza, swojska, partyjna. Poza tym to plama rozlana planowo przez żoliborzanina, więc niezmywalna, nieusuwalna. Aż do teraz. Aż do dwóch wet. Aż do wściekłych ataków prawicowych jaczejek. Ale dopiero kiedy Antoni w zapale swym wszechrewolucyjnym zaczął kąsać bliskich współpracowników prezydenta – ten zareagował.

I Święto Wojska Polskiego obędzie się w tym roku bez mianowań generalskich i admiralskich. Będzie szabla w górze, wyszczerz najgorszego ministra obrony tysiąclecia i okrągła gadka prezydenta, że chodzi mu o prawdziwą reformę wojska, o nasze bezpieczeństwo, granice i polskie dzieci, ale ponieważ bez niczyjej winy nie mógł dotąd z całą mocą się włączyć, zgubił długoPiS i nominacji nie podpisał. Oczywiście usłyszymy, że o żadnym konflikcie na linii, bo nie froncie przecież, prezydent-minister obrony nie ma mowy, że to wszystko udowadnia, jak odpowiedzialna formacja rządzi i jaki orzeł armią zawiaduje. I na dodatek, że oczekujący na pałacyk wdzięczności od narodu Jarosław wszystko to sam wymyślił, zaplanował i rozegrał. I wygrał, ponieważ gra wyłącznie w gry, w których tylko on może wygrać – takie reguły, co poradzisz?

Nie jestem miłośnikiem militaryzacji, wydatków 2% z budżetu (chluba tych i poprzednich rządów) na armię, ale zależy mi, żeby nad tym molochem finansowo-militarnym panowali kompetentni, przygotowani i odpowiedzialni żołnierze i może ministrowie. A oglądamy widowisko, jak duża europejska armia poddała się bez walki mitomanowi, demagogowi, hochsztaplerowi, religianckiemu manipulatorowi.

Zakończę pozytywnie. Przed kilku laty z idiotycznego powodu spłonął w Warszawie most Łazienkowski (od starych desek zapaliły się drewniane pomosty pod mostem, które za kilka dni miały zostać wymienione na metalowe i pożaru by nie było). Most sprawnie odbudowano, a teraz oddano dwie podwieszone kładki dla rowerów i pieszych. Czyli są pożary, które mogą skończyć się dobrze. Trzeba jednak determinacji, pomysłu i znających się na rzeczy. Aha, jeszcze wysłuchano postulatów mieszkańców. Cel! Pal!

Wydanie: 33/2017

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy