Historię transformacji pisali zwycięzcy

Historię transformacji pisali zwycięzcy

Historię zawsze piszą zwycięzcy. Nie inaczej było z naszą transformacją. W jej opisywanie z punktu widzenia zwycięzców włączyli się ochoczo niektórzy dziennikarze, ale także naukowcy, przede wszystkim reprezentujący tzw. nauki społeczne. Nie wspominam nawet polityków dominujących długo partii, którzy pochwałę transformacji uważali za rzecz oczywistą, czy biznesmenów, dla których była ona w pełni sprawiedliwą koniecznością dziejową.

W tym pisaniu historii przegranych pozbawia się prawa głosu i upokarza. Tak było i tym razem. Byli oni opisywani jako niezaradni, leniwi, zepsuci (pamiętacie film „Arizona”?), nienadążający za postępem, zwróceni ku przeszłości, roszczeniowi i pozbawieni stosownych kompetencji, które nie pozwalają im ani zrozumieć nowego wspaniałego świata, ani za nim podążać. Taki opis upokarzał. A pamięć upokorzenia trwa znacznie dłużej niż pamięć krzywd fizycznych lub ekonomicznych. Jest z jednej strony przyczyną trwałego cierpienia duchowego, a z drugiej gniewu. I taki utajony gniew połączony z cierpliwie znoszonym cierpieniem stał się udziałem bardzo wielu przegranych transformacji, wpłynął na ich wybory polityczne, szokujące dla wygranych transformacji. Co do upokorzenia zaś, ma ono taką oto cechę, że wywołuje w upokorzonym chęć upokorzenia upokorzyciela. Chęć zemsty (znakomitą ilustracją tej sytuacji jest wielki film „Joker”, wstrząsające studium upokorzenia i buntu, z genialną rolą Joaquina Phoenixa). A ta często odbiera umiejętność jasnego myślenia. Z kolei zwycięzcy zaczynają sami wierzyć w wizję zwycięstwa, którą sobie ex post stworzyli. A to powoduje, że przestają dostrzegać rzeczywistość. Wiara w opowieść, którą snują, daje im siłę ignorowania tego, co owej opowieści przeczy, stają się jej niewolnikami, i to mimo że ci, którym ją opowiadają, już dawno stracili do niej serce (tak było z transformacyjną opowieścią o „braniu spraw we własne ręce”, „byciu kowalem swojego losu”, „rynku, który sprawiedliwie nagradza i karze”).

Jak widać, sprawcza moc języka jest ogromna, szczególnie metafor, tych wehikułów naszego myślenia, które mają moc kreowania rzeczywistości, jak np. zwodnicza metafora „skapywania bogactwa z góry na dół”, która na dziesięciolecia zasłoniła faktyczny stan rzeczy – to, że bogaci stają się jeszcze bogatsi, a reszta pozostaje tam, gdzie była. Polityka to wojna metafor i tylko nowa metafora może unieważnić starą. Gdy zatem chcesz wygrać walkę polityczną – twórz nowe metafory i staraj się je upowszechniać!

Opowiadanie to z jednej strony – w wymiarze indywidualnym – nadawanie spójności swojej tożsamości („opowiadam, więc jestem”), z drugiej – w wymiarze zbiorowym – projektowanie faktów politycznych, w tym politycznych wizji przyszłości. A piszę to wszystko po to, aby nakłonić tych, którzy chcą zmienić rzeczywistość, do opowiadania. Innego niż to, które znaliśmy dotąd. Musi się w nim znaleźć miejsce dla upokorzonych i nadzieja na przyszłość bez upokorzeń. Miejsce dla słów: rozumiemy wasze niegdysiejsze cierpienie i przepraszamy, to już nigdy się nie powtórzy. Ale też miejsce na śmiałe wizje świata bez upokorzenia jako takiego, a więc bez biedy, która upokarza najbardziej. Bez niesprawiedliwości, która gniewa. Bez poczucia wyższości wobec Innego, które jest narzędziem wykluczenia.

Takie opowiadanie musi mieć nieco utopijny charakter, bo ludzi nie porywają wizje drobnej poprawy tego, co jest („ciepłej wody w kranie”). A utopijność to także wartości wyraźnie wyartykułowane. Braterstwo. Równość. Wzajemna pomoc. Postulaty wyrównania krzywd, niepozostawiania nikogo z tyłu, dostrzeżenia wcześniej niedostrzeganych. Empatii. Być może elementem tego opowiadania winna się stać również wizja jakiegoś nowego ustroju. Dziś trudno nam sobie go wyobrazić. Nasza wyobraźnia zwiędła, rozczarowania z przeszłości pozbawiły nas odwagi i pewności. Wiemy, że zarówno droga tzw. realnego socjalizmu, jak i neoliberalizmu to ślepe ścieżki ludzkości. Czy oznacza to jednak ostateczną klęskę socjalizmu i liberalizmu? Mam nadzieję, że nie.

Wyzwaniem jest znalezienie takich rozwiązań ekonomicznych i społecznych, które pozwoliłyby połączyć to, co najlepsze w jednej i drugiej tradycji. Wolność i równość, uznanie i szacunek dla jednostki z koniecznością zakorzenienia jej w jakichś wspólnotach. Zadanie to może wydawać się kwadraturą koła. Jednak w moim przekonaniu nie mamy wyjścia. Nie da się dłużej iść ścieżką turbokapitalizmu, choćby dlatego, że doprowadzi nas ona do ostatecznej katastrofy ekologicznej. Ale też trudno sobie wyobrazić, aby jakimś wyjściem był skrajnie scentralizowany system socjalizmu państwowego. Pozostaje cierpliwe majsterkowanie tym, co mamy pod ręką. Eklektyzm. Czerpanie z różnych rozwiązań, które się sprawdziły, wpisując się zarówno w socjalistyczny etos, jak i w możliwość wolnorynkowej konkurencji. Na przykład spółdzielczość. Akcjonariat pracowniczy. Udział pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Wysokie opodatkowanie majątków i najwyższych dochodów. Zbiorowe układy pracy. Uzależnienie wysokości zarobków szefów przedsiębiorstw od zarobków pracowników. Szacunek dla ludzi pracy, bez względu na charakter pracy, jaką wykonują. Solidarność.

Wydanie: 5/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy