Tag "solidarność"
Udało nam się przekonać Solidarność, że jest taka jak my
Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (2/2026) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl.
PATRYCJA DOŁOWY: W Unii Demokratycznej byłeś w tej lewicowej frakcji, obok Zofii Kuratowskiej.
ANDRZEJ CELIŃSKI: Tak. Tam byli: Zosia Kuratowska, Krzysztof Dołowy, Tadeusz Zieliński, Basia Labuda, Władysław Frasyniuk, Iwona Śledzińska-Katarasińska, Marek Balicki, Krzysztof Budnik. Pracę organizacyjną prowadziła Basia Udrycka, zaprzyjaźniona przede wszystkim z Zosią Kuratowską. Byłem w tej grupie bardzo aktywny. Pewnego razu Hanna Suchocka, z którą się zresztą lubiliśmy, mimo że ona przecież była tak naprawdę unijną prawicą, poprosiła mnie, żebym przekonał tę naszą lewicową frakcję UD do zagłosowania za konkordatem. To był oczywiście 1993 r., a Suchocka była premierem. Ja odpowiedziałem na to, że w żadnym wypadku. Na co Hania poprosiła, żebyśmy przynajmniej nie przyszli na głosowanie. Odparłem, że oczywiście, natychmiast, ale pod jednym warunkiem: że tu i teraz przyrzekniesz, że po wyborach nie wykluczysz naszej koalicji z SLD. To było już po ogłoszeniu wrześniowych wyborów. Hania zaczęła wymachiwać rękoma, krzyczeć, że po jej trupie. Obraziła się na mnie. Podszedł wtedy do mnie Mazowiecki, wziął na bok i mówi: „Andrzej, masz 100% racji, oczywiście, że tak. Ale dzisiaj by to nam rozłupało Unię na pół”. Na co ja zapytałem, kiedy najwcześniej będzie to możliwe.
Może za pięć lat – odpowiedział.
Z Unii Demokratycznej co chwila odchodzili konserwatyści: Aleksander Hall, Bronisław Komorowski. Któregoś razu wzburzony zabrałem głos na Zjeździe UD, krytykując unijną prawicę, establishment UD. Że w ogóle tego kraju nie znają, nie mają pojęcia o życiu na prowincji. Ja jednak miałem za sobą tę moją aktywność w Płocku. I wtedy zaczęli podchodzić do mnie różni ludzie i zachęcać mnie, żebym kandydował do zarządu UD. Odpowiedziałem, że to wykluczone, nie brałem tego kompletnie pod uwagę. Sądziłem, że nie zebrałbym nawet odpowiedniej liczby uprawniających do kandydowania podpisów. I wtedy ktoś przyszedł i powiedział, że oni już mają te podpisy. To było robione całkowicie poza moją wiedzą. Wtedy nie mogłem już się wycofać, ale prawdę mówiąc, zaczęły też u mnie działać jakieś ambicje. Na wiceprzewodniczącego UD kandydowali: Frasyniuk, Kuroń, Król, Kuratowska, Rokita i ja, czyli sześcioro kandydatów na trzy miejsca. Rozkład głosów był taki, że Kuroń i Frasyniuk zdobyli prawie 100%, znakomity wynik. Trzeci był Rokita. Nieźle, ale mniej niż wymagane 50%. Potem była dziura. I potem byłem ja na czwartym miejscu. Kolejne miejsca zajęli Kuratowska i Król. Odbyła się dogrywka o trzecie miejsce między Rokitą a mną, z tym, że Rokicie brakowało w I turze do wyboru jakichś ośmiu głosów, a mi brakowało duże kilkadziesiąt. Ogromna różnica. Rokita podszedł do mnie i tak protekcjonalnie powiedział: „Andrzeju, ale wiesz, że i tak pozostaniemy przyjaciółmi?”. Spojrzałem na niego i mówię: „Janek, ale o czym ty mówisz?”. I on zaczyna się rozwijać, że przegram to. Zwracam się do niego i mówię: „Ale Janek, to ty przegrasz te wybory, nie ja”. Prawdę mówiąc, nie byłem tego do końca pewien, ale jak tak sobie kalkulowałem, to na to mi wychodziło. I stało się – wygrałem te wybory. W nowym prezydium był też Krzysztof Dołowy, obok mnie najbardziej lewicowy. Najbardziej prawicowym członkiem prezydium UD okazał się, ku mojemu zaskoczeniu, Janek Lityński.
Mieliśmy problem, bo Jan Rokita, jako szef Kancelarii Premiera, miał być łącznikiem między premier Suchocką a prezydium UD. Ale nie był tym łącznikiem. Olewał nas. Ja nigdy nie rozmawiałem o tym z Hanią, ale Suchocka i Rokita nie przekazywali nam informacji kluczowych dla Unii. Geremek ciągle chodził rozeźlony, że my dowiadujemy się rozmaitych rzeczy z wystąpień publicznych, po fakcie. I w pewnym momencie wybuchła awantura, bo dowiedziałem się jakoś, że Kwaśniewski, może z Oleksym, zaproponował Suchockiej uratowanie tego rządu. W zamian chciał tylko, żebyśmy my gdzieś tam powiedzieli, że uznajemy SLD za równoprawne środowisko demokratycznej Polski, że to jest normalna organizacja polityczna demokratycznej Polski. Czyli tak naprawdę można było ocalić rząd Suchockiej za nic. Paradoks polega na tym, że SLD był o pięć klas bardziej demokratyczny wewnętrznie niż Unia Demokratyczna! Nie mówię tego z jakiegoś żalu, ale tak było. (…)
PAWEŁ SĘKOWSKI: W 1999 r. przekroczyłeś pewne tabu, bo jako czołowa postać opozycji demokratycznej wstąpiłeś do „postkomunistycznego” SLD i na dodatek zostałeś z miejsca wiceprzewodniczącym partii.
CELIŃSKI: Zadzwonił do mnie Leszek Miller i poprosił mnie o spotkanie. To był początek 1999 r. Miller jest bardzo cwanym graczem, w pewnym sensie mnie oszukał. Ale jestem mu za to wdzięczny, bo bez tego oszustwa ja bym tam nie był, a uważam, że w efekcie dobrze się stało. Dodam, że
Nie wolno się bać. Trzeba mówić NIE
Wywiad z Danielem Olbrychskim
Widzę dokumenty, książki… Ten dokument na górze to chyba List Ośmiu, który podpisał pan w proteście wobec stanu wojennego.
– To jest cała historia, list bardzo ostry przeciwko stanowi wojennemu, no i przeciwko gen. Jaruzelskiemu.
Chciało się panu wtedy nadstawiać głowy?
– Wtedy tak… Miałem już podpisany kontrakt z filmem francuskim, ale wybuchł stan wojenny, Polska zamknięta. Więc powiedzieliśmy sobie z ówczesną żoną, która już nie żyje, że i tak wszystko przepadło, no to przynajmniej trzeba przyzwoicie się zachowywać.
List napisał Józef Rybicki, były szef warszawskiego Kedywu, współzałożyciel WiN, członek założyciel KOR.
– Pan Rybicki zaprosił mnie do siebie. Mówił, że, po pierwsze, stan wojenny został fantastycznie przeprowadzony. Wszystko sparaliżowane. I jest cisza. Dlatego też, powiedział, chodzi o to, żeby świat i Polska przez Wolną Europę wiedziały, że Polacy nie poddali się. Że nie wszyscy są zastraszeni. Stąd ten list. Powiedział mi też: „Pan jest najbardziej wyrazistą postacią. Są pana filmy, pamiętają pana z apelu poległych…”.
Ten apel wygłosił pan pod Stocznią Gdańską 16 grudnia 1980 r.
– Wałęsa mnie zaprosił do tego. A zanim podpisałem list, Rybicki mi mówił: „Jak pan podpisze, to musi się pan liczyć z jakimiś konsekwencjami”. I tak się stało, jakoś o piątej nad ranem wzięli mnie na Rakowiecką. Chcieli mnie zmusić, bym ten list odszczekał. Nie udało im się. Po dobie mnie puścili. Dostałem paszport, wyjechałem do Francji, interweniował prezydent François Mitterrand, żeby mnie wyrwać, bo Joseph Losey powiedział, że nie zacznie filmu, jeśli ja nie przyjadę. Ale nic o tym nie wiedziałem, bo telefony nie działały. Za to uczestniczyłem w różnych procesach ludzi Solidarności, które odbywały się w sądzie na Lesznie. Jako widownia.
Tłumy przychodziły.
– Pamiętam proces kierownictwa Solidarności Huty Warszawa. Siedziałem z Popiełuszką, krzesełko w krzesełko, w pierwszym rzędzie. W tym procesie sędzią był Andrzej Lewandowski, mój kolega z liceum Batorego. Oskarżycielem była pani prokurator, też z Batorego. Obrońcą był mecenas Mirosław Brych. I za każdą dobrą odpowiedź mecenasa czy tych oskarżonych sala biła brawo, więc sędzia się wściekał. A ja siedziałem tak, że pani prokurator była prawie na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, że ją w liceum podszczypywałem. I teraz też się wpatrywałem w jej pokaźny biust. A jej się z tego myliły kartki oskarżenia. Widział to Popiełuszko i mówił do mnie: „Bardzo dobrze, już masz moje rozgrzeszenie”. W pewnym momencie sędzia Lewandowski zrobił przerwę…
Więc wyszliście na korytarz.
– Ja nie, Lewandowski mnie złapał: „Danek, chodź do mnie na kawę”. Weszliśmy do pokoju, on zdjął togę i mówi: „Tutaj pracować nie można. Jakieś demonstracje robicie, jak tak można?”. Więc mu odpowiedziałem: „Andrzejku, ja tu przychodzę ze względów zawodowych. Spodziewam się, że kiedyś będziemy robili filmy na ten temat. I przychodzę popatrzeć, a nuż przyjdzie mi zagrać ciebie? Tylko pamiętaj, ja nigdy chuja nie grałem”.
Nie wiem, czy pod wpływem moich słów, czy pod wpływem własnego sumienia, sędzia ogłosił uniewinnienie oskarżonych. Potem przestał być sędzią, bo chyba go z tego stanowiska zdjęli.
Został adwokatem.
– Ale co chcę powiedzieć – parę lat później, już w III RP, gen. Jaruzelski wydawał swoją książkę „Stan wojenny. Dlaczego…”. Byłem na promocji tej książki i generał zrobił mi taki wpis: „Panu Danielowi Olbrychskiemu z podziwem i wielką sympatią”. I powiedział: „Ja pana podziwiam nie tylko za pana role,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Sprowokowane zęby Jana Rulewskiego
Co się wydarzyło 19 marca 1981 r. w siedzibie Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy
Przed Urzędem Wojewódzkim w Bydgoszczy stoi pomnik – wielki głaz na metalowym cokole, nazywany „zębem Rulewskiego”. Co roku 19 marca, w rocznicę wydarzeń bydgoskich, przed „zębem Rulewskiego” spotykają się przedstawiciele władz państwowych i samorządowych, działacze Solidarności, mieszkańcy miasta i młodzież szkolna, by oddać hołd ludziom antypeerelowskiej opozycji dotkliwie pobitym przez milicję.
Lechu, nie wyjdziemy stąd
Według oficjalnej narracji było to jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń, do jakich doszło w czasie tzw. karnawału solidarności, czyli między podpisaniem porozumień sierpniowych 31 sierpnia 1980 r. a wprowadzeniem stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. Na początku 1981 r. osią sporu między Solidarnością a władzami była kwestia powołania niezależnego związku zawodowego zrzeszającego rolników indywidualnych. W grudniu 1980 r. rozpoczęła się fala strajków i protestów rolniczych; m.in. zajęto budynek Urzędu Miasta i Gminy w Ustrzykach Dolnych oraz Dom Kolejarza, byłą siedzibę Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych w Rzeszowie. W lutym 1981 r. strajkujący i komisja rządowa podpisali słynne porozumienia rzeszowsko-ustrzyckie, które oznaczały zapowiedź uznania NSZZ Rolników Indywidualnych Solidarność (związek został oficjalnie zarejestrowany 12 maja 1981 r., powstał z połączenia trzech rolniczych związków zawodowych: NSZZ Rolników Indywidualnych Solidarność Wiejska, NSZZ Solidarność Chłopska i Chłopskich Związków Zawodowych). Jednak chłopi nie chcieli czekać i domagali się od rządu natychmiastowych działań. A ponieważ półki sklepowe świeciły pustkami, liderzy protestów twierdzili, że jeśli tylko związek zostanie zarejestrowany, żywności nie zabraknie, a sklepy będą zawalone mięsem, masłem, serami, jajami i rozmaitymi przetworami. Nieprzypadkowo jednym z haseł kampanii było: „Jak nas zarejestrujecie, bułkę z szynką jeść będziecie!”.
19 marca 1981 r. delegacja Solidarności oraz przedstawicieli rolników pod wodzą Jana Rulewskiego (wówczas szefa bydgoskiego regionu Solidarności) pojawiła się na sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy, by przedstawić postulat utworzenia rolniczego związku zawodowego. Jednak wbrew wcześniejszym ustaleniom przewodniczący WRN Edward Berger zamknął obrady, nie dopuszczając działaczy do głosu. Wzburzony Rulewski krzyczał, że władza oszukuje, a delegacja Solidarności nie opuści sali, dopóki nie zostanie wysłuchana. Doszło do zamieszania. Ludzie zaczęli się przekrzykiwać. Jedni apelowali do związkowców, by wyszli, drudzy – by zostali.
Po jakimś czasie Rulewski został wezwany do gabinetu wojewody. Okazało się, że dzwonił Lech Wałęsa. „Jasiu, odpuść. Idźcie do domu, ja mam swoje scenariusze. Będę je sobie powoli rozgrywał. Co wy tam chcecie osiągnąć? Nic nie osiągniecie. Po ryjach dostaniecie i tyle”, mówił Wałęsa. Jednak Rulewski był nieugięty. „Lechu, nie wyjdziemy stąd”, odpowiedział.
Około godz. 19 na salę obrad wojewódzkiej rady narodowej wkroczyli milicjanci i funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Siłą zaczęli wyprowadzać związkowców, z których kilku rzekomo zostało ciężko pobitych. Wkrótce światowe media obiegło drastyczne zdjęcie nieprzytomnego Rulewskiego z zakrwawioną twarzą i brakiem w uzębieniu. Fotografia przerobiona na plakat i powielona w tysiącach egzemplarzy została rozwieszona we wszystkich większych miastach w Polsce, a na murach i elewacjach budynków pojawiły się hasła ze znakiem Polski Walczącej:
Wajda a milenialsi
Relacja pokolenia 30- i 40-latków z twórczością Andrzeja Wajdy nigdy nie była prosta
Milenialsi przechodzili w latach dorastania etap przekorno-ironiczny. Dla zasady odrzucało się w kulturze to, co cieszyło się powszechnym uznaniem. Można zresztą powiedzieć, że każde pokolenie ma swojego punk rocka. Tutaj było jednak nieco inaczej. Trochę popkulturową drogą wyznaczoną dekady wcześniej przez Andy’ego Warhola zaczęliśmy przetwarzać to, co już było, i nadawać temu nowe konteksty. W ten właśnie sposób nasze pokolenie spopularyzowało internetowe memy. Nie inaczej było z twórczością Andrzeja Wajdy, przez część osób trochę odrzucaną dla zasady. Jednak życie polskiej inteligencji – tak, również tej młodej – jest Wajdą naznaczone. Nie każdy inteligent musi być oczywiście kinomanem, ale twórczość reżysera wielowymiarowo mierzy się z polskością i narodowymi mitami. Jego filmy, od zawsze obecne w życiu 30- oraz 40-latków, stanowią swoisty punkt odniesienia i wyjście do dyskusji o naszej społeczno-narodowej tożsamości.
Wajda w domu, Wajda w szkole
– Dzisiejsi 30- i 40-latkowie załapali się przede wszystkim na późnego Wajdę. Dla wielu pierwszym spotkaniem z reżyserem były widziane w kinie w czasie wycieczki szkolnej „Pan Tadeusz” albo „Zemsta”. Jednocześnie Wajda obecny w mediach był właściwie zawsze wielkim mistrzem, osobą, która pojawiała się głównie w kontekście osiągnięć polskiej kinematografii. Szum wokół reżysera, jaki się zrobił w okolicy przyznania mu Oscara za całokształt twórczości, był z jednej strony kolejnym przypomnieniem, że to postać ważna, ale też szybko (jak to u milenialsów bywa) został potraktowany ironicznie. Myślę, że dla wielu osób z mojego pokolenia najważniejszym momentem odbierania Oscara przez Wajdę była jego deklaracja, że przemówienie wygłosi po polsku – stwierdza Katarzyna Czajka-Kominiarczuk, krytyczka filmowa, autorka bloga „Zwierz popkulturalny”.
Wajda miał bardzo trudne zadanie jako autor społecznie zaangażowany. Lata 90. nie były częścią dotychczasowej walki z systemem. Głos reżysera stał się po transformacji ustrojowej jedną z wielu dostępnych narracji. W realiach rynkowej komercji wrażliwość,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Reżyser po końcu historii. 100. rocznica urodzin Andrzeja Wajdy
Wajda opowiadał o momentach przełomowych
Rok 1989 powinien być dla Andrzeja Wajdy momentem triumfu – zwieńczeniem drogi artysty Solidarności, twórcy kina wolności, jednego z moralnych patronów III Rzeczypospolitej. W rzeczywistości był to moment, w którym jego historia zaczęła się od nowa – a zarazem skończyły się historyczne warunki dla jego kina. Polska, której narodziny współtworzył, nie potrzebowała już jednego narodowego narratora.
„W młodości jest stale takie oczekiwanie, że jutro coś się wydarzy (…), a w pewnym momencie człowiek rozumie, że więcej za plecami, a coraz mniej przed sobą”, mówił Wajda w przeddzień 70. urodzin. Te słowa dobrze oddają doświadczenie artysty w latach 90. Nie chodziło tylko o upływ czasu. Zmieniła się sama historia, a wraz z nią sens kina, które przez dekady żywiło się konfliktem politycznym. Polska weszła w epokę wolności bez dramatycznego centrum wydarzeń. Zmieniło się miejsce kina.
W PRL film był przestrzenią wspólnej rozmowy o sprawach najważniejszych. Po 1989 r. rozmowa ta rozproszyła się. Społeczeństwo przestało reagować jednym głosem, a kultura zaczęła się dzielić na wiele publiczności. Dla reżysera przekonanego, że kino jest dialogiem z narodem, była to zmiana niemal egzystencjalna. Od tej chwili Wajda musiał nauczyć się mówić w przestrzeni, w której naród nie odpowiada już chórem.
Współtwórca niespełniony
Relacja Wajdy z niepodległą Polską okazała się znacznie bardziej skomplikowana niż opowieść o spełnieniu artysty zwycięskiej rewolucji. To raczej opowieść o stopniowym przesuwaniu się artysty z pozycji przewodnika zbiorowej wyobraźni ku roli uczestnika rzeczywistości. I to rzeczywistości, która coraz trudniej poddawała się symbolicznemu uporządkowaniu. A przecież Wajda wchodził w czas przełomu jako postać niemal instytucjonalna. Jego kino przez dekady PRL współtworzyło sposób myślenia Polaków o historii, odpowiedzialności i wolności. Filmy takie jak „Popiół i diament”, „Człowiek z marmuru” czy „Człowiek z żelaza” nie tylko komentowały rzeczywistość polityczną, lecz także formowały język sprzeciwu oraz zbiorowej samoświadomości. Kino Wajdy kształtowało społeczną wyobraźnię Polaków, pokazując widzom ich własne dramaty w momentach historycznego napięcia.
Nic dziwnego, że latem 1989 r. reżyser znalazł się w centrum wydarzeń jako senator Komitetu Obywatelskiego Solidarność, uczestnik momentu, który jego twórczość przez lata antycypowała. W tym sensie Wajda nie wszedł do III Rzeczypospolitej jako obserwator zmian. Współtworzył jej symboliczne fundamenty,
Okrągły Stół? Jaki Okrągły Stół?
Przypomnijmy w największym skrócie najważniejsze wydarzenia lata 1980 r. Strajki zapoczątkowane na Wybrzeżu rozlały się po całym kraju. Przerażenie władzy było ogromne. Z jednej strony, wystraszyła się własnych obywateli, z drugiej – bała się „bratniej pomocy” innych państw Układu Warszawskiego z ZSRR na czele. Chcąc złapać oddech, podpisano porozumienia ze strajkującymi: w Gdańsku, Szczecinie, Jastrzębiu-Zdroju, a także z rolnikami w Ustrzykach i Rzeszowie. Dotyczyły one postulatów strajkujących. Większość miała charakter ekonomiczny i była skrajnie nierealistyczna, a więc niewykonalna. Zgodzono się np. na „podniesienie zasadniczego uposażenia każdego pracownika o 2 tys. zł na miesiąc”, „zagwarantowanie automatycznego wzrostu płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza”, „obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet do 55 lat, a dla mężczyzn do 60”, „skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie”.
Godząc się na te postulaty, a równocześnie na postulaty z pozoru niepolityczne, takie jak „akceptacja niezależnych od partii wolnych związków zawodowych” czy „zagwarantowanie prawa do strajku”, przy równoczesnym poszanowaniu konstytucji PRL (tej z 1952 r.), gwarantującej formalnie m.in. wolność słowa i druku, władza zastawiła na siebie pułapkę. Społeczeństwo dostało instrumenty walki o spełnienie postulatów, które były nie do zrealizowania. Nowo powstały związek zawodowy Solidarność wkrótce zrzeszył ponad 10 mln ludzi. Społeczeństwo poczuło swoją siłę. Władza znalazła się na straconej pozycji. Korzystając z wąsko uchylonych drzwi do wolności, społeczeństwo zaczęło zgłaszać coraz śmielsze postulaty, także natury ściśle politycznej. Coraz powszechniej, choć zrazu ostrożnie, kwestionowano panujący ustrój (słynne „socjalizm tak – wypaczenia nie” Lecha Wałęsy), podległość ZSRR, kierowniczą rolę PZPR. Niewydolna już wcześniej gospodarka centralnie sterowana, oparta na wiecznych niedoborach, dobijana była ciągłymi strajkami, podejmowanymi z lada powodu. Równocześnie miliony Polaków zaczęły śnić sen o wolności. Sen. Bo rzeczywistość była taka, jaka była. Żył jeszcze Breżniew i funkcjonowała jego doktryna, istniał Układ Warszawski. W Polsce stacjonowała Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej. Wszyscy nasi sąsiedzi: Związek Radziecki, Czechosłowacja i Niemiecka Republika Demokratyczna, patrzyli z niepokojem na rewolucję Solidarności, gotowi czynnie ją przerwać. Waliła się gospodarka.
W tej sytuacji gen. Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Czy uratowało to nas przed radziecką interwencją, czy nie, o to jeszcze przez dziesięciolecia będą się spierać historycy. Jaruzelski był pewien, że gdyby nie wprowadził stanu wojennego, interwencja by nastąpiła. Pamiętamy stan wojenny jako okres internowania setek działaczy Solidarności, aresztowań wielu jej liderów, manifestacji brutalnie rozpędzanych przez ZOMO, węszącej wszędzie bezpieki. Ale, o czym pamiętamy już słabiej albo zgoła nie pamiętamy wcale, był to także okres prób reformy państwa (tak!). W 1982 r. utworzono Trybunał Konstytucyjny i Trybunał Stanu. W 1983 r. weszła w życie ustawa, która po raz pierwszy w pewnym stopniu regulowała kompetencje Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa, a w 1987 r. ustanowiono urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. Równocześnie pogłębiał się kryzys ekonomiczny. Gospodarka była w stanie ruiny. Społeczeństwo, które przez krótki czas przed stanem wojennym zasmakowało wolności, tym trudniej znosiło teraz jego represje. Rosła frustracja. Fala strajków w 1988 r. nie tylko nie obaliła władzy,
Okrągły Stół – spojrzenie po latach
Bez sentymentu
Ocena Okrągłego Stołu zależy od odległości, z jakiej się patrzy na to wydarzenie. Oglądana z zachodniej zagranicy ugoda między wrogimi obozami, z których jeden był uzbrojony, a drugi miał oparcie w społeczeństwie, jawi się jako akt politycznej mądrości. Nieczęsto zdarza się pokojowe rozwiązanie tak zapiekłego konfliktu, mającego przyczyny aktualne, a także zastarzałe, nagromadzone przez 40 lat rządów, którym brakowało demokratycznej legitymizacji. Oglądany z bliska, z polskiej perspektywy, Okrągły Stół już tak jednoznacznie oceniany być nie może.
Strona solidarnościowa nie dawała pełnej miary swojej nienawiści z powodu strachu, że panująca jeszcze władza może nie być tak słaba, jak się wydawało, a gdyby taka była, to trzeba pamiętać, że nawet słabe stworzenia przyparte do muru znajdują w sobie niespodziewaną energię i mogą być niebezpieczne. Emocje, z jakimi strona solidarnościowa przystępowała do ugody, to były nienawiść i strach. O ile wstyd przyznać się do strachu, o tyle obawa, że „komuniści” mogą nas oszukać, była wyrażana cały czas. Pełną miarę swojej nienawiści strona solidarnościowa zaczęła dawać, gdy już nie było kogo się bać. I nie myślmy, że ta nienawiść do byłych przeciwników i ich symboli wyczerpuje się na naszych oczach. To potrwa, dopóki solidarnościowa formacja będzie panować nad Polską. Antykomunizm bez komunizmu, fantasmagoryczna walka z Polską Ludową i przeniesienie antysowietyzmu na prawosławną Rosję to główne treści „mitu założycielskiego” obozu solidarnościowego.
Pouczam „patriotów” i takiego samego rodu „liberałów”: jeśli dacie sobie wyperswadować tę nienawiść, to upadniecie wskutek braku wewnętrznego spoiwa.
Z jakimi przekonaniami przystąpili do Okrągłego Stołu reprezentanci władzy? W przeważającej mierze byli to ludzie poczciwi, którzy nie wiedzieli, jakie mają przekonania. Skłaniali się do poglądu, że rację mają przeciwnicy, a nie oni. Racja jest tam, gdzie stoi klasa robotnicza. Skąd czerpali pojęcia polityczne? Przecież nie ze swoich pustych gazet i czasopism. Nie docenia się faktu, że najciekawszą lekturą członków aparatu były drukowane nasłuchy Wolnej Europy, a najambitniejszą lekturą paryska „Kultura”, w której znajdowali teksty dobre lub złe, ale zawsze polemiczne. Krótko mówiąc, obóz partyjny był – przy najlepszej woli – intelektualnie całkowicie bezradny. Ale, przyznaję, chcieli dobrze. Stanęli przed ostrymi i pilnymi problemami: jak zmienić ustrój, który w obecnej postaci istnieć nie może i nie powinien, i jak sobie poradzić z Solidarnością, której żadna zmiana ustroju
Afera karabinowa
Jak Ameryka wsadzała Polaków do więzienia
To było jak grom z jasnego nieba. 10 marca 1992 r. we Frankfurcie nad Menem policja niemiecka, na wniosek służb amerykańskich, aresztowała sześciu Polaków. Przyjechali do Frankfurtu negocjować sprzedaż 40 tys. sztuk karabinków AK produkcji radomskiego Łucznika. Kontrakt, wydawało się, leżał niemal na stole. Okazało się, że wszystko było prowokacją amerykańskich służb specjalnych. Polacy zostali zatrzymani, trafili do aresztu deportacyjnego, a po paru miesiącach przetransportowano ich do Nowego Jorku. Tam byli traktowani jak przestępcy, jednak zostali przez sąd uniewinnieni. Do kraju wrócili 17 października 1993 r.
Tak, w największym skrócie, wyglądała afera karabinowa, jeden z największych skandali początków III RP. Kiedy na własnej skórze przekonaliśmy się, jak potrafią działać Amerykanie i jak nie potrafi działać państwo polskie.
Początek afery sięgał 1991 r., kiedy dopiero co powstała III RP zamykała kolejne zakłady przemysłowe, wyrzucając tysiące ludzi na bezrobocie. Na krawędzi upadku stanął też Łucznik. Zakłady straciły rynek wschodni, polskie wojsko weszło w tryb zwijania się. W takiej atmosferze przybył do Polski amerykański handlarz bronią Ronald Hendron. Chciał kupić 40 tys. karabinków AKMS, czyli nowszej wersji AK-47. Miał licencję na handel bronią i certyfikat ostatecznego użytkownika EUC rządu Filipin.
Hendron rozmawiał najpierw z dyrektorami Cenzinu o karabinkach AKMS, a także o granatnikach i rakietach. Potem trafił do Łucznika. Taki oferent dla zakładów, które zwalniały ludzi, był jak św. Mikołaj.
Rozmowy posuwały się szybko. 23 stycznia 1992 r. podpisano w Warszawie umowę między Zakładami Metalowymi Łucznik a Ronaldem Hendronem, reprezentującym firmę IBC i działającym w imieniu firmy Armscorp, będącej podobno własnością rządu Filipin, na dostawę 40 tys. sztuk karabinków AKMS. Gdy wybuchła afera, w kwietniu 1992 r. ambasada Filipin w Warszawie „notą werbalną” oświadczyła, że dokumenty, którymi posługiwał się Hendron, były fałszywe.
Ale wróćmy do pierwszych rozmów. Już 20 lutego 1992 r. na wniosek Zakładów Metalowych Łucznik Ministerstwo Współpracy Gospodarczej z Zagranicą wydało pozwolenie na eksport zakontraktowanych karabinków. To oznaczało, że wicedyrektor Łucznika Rajmund Szwonder działa oficjalnie, z upoważnienia rządu. Kolejne rozmowy miały się odbyć we Frankfurcie 7-10 marca.
Przybyła na nie ósemka Polaków: dwóch dyrektorów Cenzinu, Tadeusz Koperwas i Zbigniew Tarka, wicedyrektor Rajmund Szwonder oraz pięciu obywateli polskich reprezentujących firmę ATS, współpracującą z Łucznikiem przy kontrakcie – Wojciech Barański, Jan Górecki, Jerzy Napiórkowski, Jerzy Brzostek i Zbigniew Grabowski. Wśród nich najbardziej znany był Wojciech Barański, generał broni Wojska Polskiego, były zastępca szefa Sztabu Generalnego WP,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Ściek
W biografii Jana Brzechwy autorstwa Mariusza Urbanka pada nazwisko mojego ojca, raz w niemiłym kontekście. W 1945 r. w Łodzi, gdy przydzielano pisarzom lokale na Bandurskiego, ojciec miał wyrzucić Brzechwę z mieszkania, bo sam miał mniejsze, i zamieszkał w jego większym. Brzechwa, świetny prawnik, był znany z zaradności, a ojciec z nieporadności. Ryś Matuszewski był tam wtedy i mówił mi, że to bzdura. Pośredni dowód, że to nieprawda, stanowi wybór wierszy Brzechwy z 1955 r. Znajduję książkę wśród tomów z biblioteki ojca. Jest w niej serdeczna dedykacja: „Pani Mieci i Tobie, Drogi Mieczysławie, z prośbą o łagodny wyrok (»Lepiej śmiechem jest pisać niż łzami. W śmiechu całe bogactwo człowieka« – powiedział Rabelais) ofiaruję tę książczynę. Jan Brzechwa, 2 V 1955”.
Brzechwa jak niemal wszyscy pisarze w czasach stalinowskich na jakiś czas popadł w obłęd. Pisał kompromitujące wiersze. A nadaje się jego imię przedszkolom i szkołom. Kiedy nasza prawica doznała moralnego wzmożenia, zaczęły się awantury, że to obrzydliwy komuch i zdrajca, jaki to przykład dla dzieci. Brzechwa bardzo długo lekceważył i mało cenił swoje wiersze dla dzieci. Zresztą za dziećmi nie przepadał. Chciał być wybitnym poetą dla dorosłych. Miał dobry wzór, był kuzynem genialnego Leśmiana (nosili pierwotnie to samo nazwisko Lesman). Ale okazało się, że wiersze dla dorosłych Brzechwa pisze nędzne, a dla dzieci znakomite. Zdarza się.
Mój kolega Jaś Gondowicz jako młody chłopiec zaczepił kiedyś Brzechwę, który powiedział, że Leśmian kiedyś mu się zwierzył: „Oddałbym wszystkie swoje wiersze za twój wzrost”. Brzechwa był wysoki, a Leśmian malutki, miał 155 cm, ale –
Duda (Piotr) nie chciał wolnej Wigilii
Piotr Duda, nie mylić z Andrzejem, to polityk równie charyzmatyczny jak eksprezydent. Tyle że cwańszy. Na fotelu przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ Solidarność rozsiadł się w 2010 r. I nie odpuszcza.
Minę ma zazwyczaj tak ponurą jak historia przekrętów w Solidarności. Zdarza mu się jednak żartować i powiedzieć coś śmiesznego. Na przykład to, co ogłosił w „Tygodniku Solidarność”: „Zmusimy rząd do podjęcia dialogu”. Duda i dialog? Oglądaliśmy to przez osiem lat rządów PiS. Jadł władzy z ręki. Bo to była ich ręka i ich władza.
Mało kto wie, że Duda był przeciwko wolnej Wigilii. „Opowiadaliśmy się za pozostawieniem dotychczasowej praktyki, pracownicy handlu pracowali w Wigilię do godz. 14”. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk nie skorzystała z jego oferty. I to ona została symbolem wolnej Wigilii.








