Tag "socjalizm"
Mamdani. Więcej niż burmistrz
Młodzi socjaliści w USA bez rewolucji, ale z wielką zmianą
Od objęcia przez Zohrana Mamdaniego stanowiska burmistrza Nowego Jorku, prawdopodobnie najważniejszej funkcji w amerykańskiej polityce samorządowej, minęło nieco ponad siedem miesięcy. Za wcześnie na miarodajne oceny jego pracy. Rzadko kiedy efekty reform tak głębokich jak te, które zapowiedział Mamdani, widać po krótkim okresie. Mało tego, większości zmian nie udało się jeszcze wdrożyć. Można oczywiście koncentrować się na kwestiach czysto wizerunkowych – popularnych konferencjach prasowych w czasie finałów ligi NBA, kiedy o mistrzostwo po kilku dekadach przerwy walczyła lokalna drużyna Knicksów, albo potyczkach retorycznych z innymi, znacznie starszymi politykami Partii Demokratycznej, popieranymi przez AIPAC i inne proizraelskie organizacje lobbingowe. Jednak najważniejsza konkluzja w kontekście amerykańskiej polityki jest dość oczywista: świat się nie zawalił.
Mimo wszystko podobni
Stany Zjednoczone nie zostały pomalowane na czerwono ani nie przekształciły się w federację komunistyczną. Mamdani nie znacjonalizował majątków, nie zorganizował bojówek hunwejbinów, nie okazał się terrorystą, nie przekształcił swojego miasta w enklawę islamskiego radykalizmu. A właśnie takie i podobne zarzuty stawiano mu jeszcze w kampanii wyborczej.
Biorąc pod uwagę, że, jak wylicza „The Wall Street Journal”, w tym mieście rezydenturę podatkową deklaruje 364 tys. milionerów, bogaci Nowojorczycy teoretycznie mieli czego się bać. Wszak Mamdani obiecywał coś, co w amerykańskiej polityce jest nieobecne co najmniej od czasów Ronalda Reagana, a może dłużej – redystrybucję majątku w dół, a nie w górę drabiny społecznej.
Okazało się, że nawet Donald Trump jest w stanie dogadać się z Mamdanim bez większego problemu, chociaż wcześniej wyzywał go od komunistów i terrorystów, groził także zamrożeniem federalnych grantów na inwestycje infrastrukturalne dla Nowego Jorku w przypadku zwycięstwa 34-letniego członka Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA), lewego skrzydła Partii Demokratycznej. Do niczego takiego nie doszło, Nowy Jork uniknął nawet przesadnie brutalnego desantu policji imigracyjnej ICE czy obecności Gwardii Narodowej na ulicach.
Częściowo to bezbolesne współistnienie jest podyktowane bliskością ich stylów uprawiania polityki. Mimo 46-letniej różnicy wieku i tego, że pod względem doświadczenia życiowego, światopoglądu i orientacji ideologicznej (której Trump w ogóle nie ma) dzieli ich właściwie wszystko, obaj doskonale odnajdują się w polityce czasów ekonomii uwagi.
Jak wiele miesięcy temu zauważył Chris Hayes, prezenter stacji MS NOW oraz autor popularnej książki „The Sirens’ Call” o roli uwagi w amerykańskiej polityce, Mamdani jest pierwszym, który zrozumiał, jak zbudować kampanię, a potem całą bazę wyborców, opierając się na TikToku i narzędziach w pełni internetowych. Nikt przed nim w amerykańskiej polityce nie zorganizował konferencji prasowej wyłącznie dla influencerów. Tradycyjnymi mediami Mamdani też nie gardzi, rozmawiał zarówno z „New York Timesem”,
Dziedzictwo Polski Ludowej
Siedzi w nas, czerpiemy z dorobku PRL, nie uświadamiając sobie tego, jak bardzo
Wbrew temu, co wieszczono przed laty, nie słabnie zainteresowanie Polską Ludową. Nie tylko dlatego, że żyją jeszcze miliony ludzi, którzy się w niej urodzili, kształcili i pracowali. Także, a może przede wszystkim, ze względu na dziedzictwo – wielorakie, nie do zakwestionowania – jakie po sobie zostawiła. A w zasadzie jakie zostawiła Polska Rzeczpospolita Ludowa, która tak de iure istniała dopiero od 1952 r. Polskę Ludową traktuję jako państwo istniejące w latach 1944-1989, toteż nie będę rozwijał wątku, kiedy formalnie powstała. Ani kiedy przestała istnieć i dlaczego. O tym jest moja najnowsza książka, zatytułowana „Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP” (Wydawnictwo Iskry).
Chcę już na wstępie jednoznacznie powiedzieć: dziedzictwo Polski Ludowej siedzi w nas, czerpiemy z jej dorobku, często nawet nie uświadamiając sobie tego, jak bardzo. Dlatego też nie ma mojej zgody na to, co robi się z PRL od ponad 30 lat, a szczególnie po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej. Oto bowiem w ramach oficjalnej państwowej polityki historycznej zmarginalizowano, a tak naprawdę wyrzucono z historii Polski okres PRL, niemalże zrównując go z okresem rozbiorów. Przed nimi istniała I Rzeczpospolita, w latach 1918-1939 była II Rzeczpospolita, a po 1989 – III RP. Czasy Polski Ludowej uznano za jakąś czarną dziurę, hybrydę, twór (państwowy?), który nie może istnieć w głównym nurcie historii Polski, a jedynie na jej obrzeżach. I w zasadzie zasługuje wyłącznie na potępienie oraz obśmianie.
Tę prostacką wizję niedawnej przeszłości charakteryzuje myślenie ahistoryczne, nie uwzględnia się tego, że każde państwo pozostawia po sobie dziedzictwo i że jest ono wianem dla kolejnego. III RP, trzymając się powszechnej terminologii, nie była budowana na gruzach PRL, ale właśnie na jej dziedzictwie i dorobku. Na gruzach, po tragicznej wojnie, ogromnych stratach ludzkich i materialnych, budowano natomiast Polskę Ludową. Nie wolno o tym zapominać, bo wpłynęło to w znaczący sposób na politykę i działania rządzących oraz społeczeństwa Polski Ludowej.
Nie zamierzam wdawać się w rozważania, czym była Polska Rzeczpospolita Ludowa. Nie była państwem w pełni demokratycznym, suwerennym, ale rządzący robili wiele, by uniezależniać się od Moskwy, co z dekady na dekadę następowało. Poluźniali krępujący Polskę gorset, co dobrze rozumiał prymas Stefan Wyszyński. Słowem, Polska Ludowa wybijała się na niepodległość. Warto więc pokazać, co po niej zostało, co wniosła do III Rzeczypospolitej. Nie będę pisał oczywistości, w rodzaju zagospodarowania Ziem Odzyskanych, odbudowy stolicy czy bezpłatnego szkolnictwa na poziomie średnim i wyższym. Muszę natomiast przypomnieć coś, co ma znaczenie w patrzeniu na historię Polski, tę prawdziwą, a nie politykę historyczną rodem z IPN.
Ciągłość historii
Jak dorobek II Rzeczypospolitej, a właściwie jej zacofanie oraz II wojna światowa odcisnęły się na Polsce Ludowej, tak dziedzictwo PRL miało wpływ na III RP. To w PRL położono podwaliny pod obecny kształt państwa. Choćby w całej sferze ustrojowej. To w Polsce Ludowej zdecydowano się (także w wyniku porozumienia ekipy gen. Jaruzelskiego z opozycją) na demokratyczne formy rządzenia, na parlamentaryzm i na nowe organy władzy.
Dziś mało kto pamięta, że jeszcze przed Okrągłym Stołem w PRL utworzono instytucje tak ważne dla funkcjonowania państwa, ale również dla zwykłych Polaków, jak Trybunał Konstytucyjny (w 1982 r., a jego działalność orzecznicza rozpoczęła się w 1986 r.), Trybunał Stanu (istniał przed wojną, przywrócono go w 1982 r.) i Rzecznik Praw Obywatelskich (powołany ustawą z 1987 r., rozpoczął działalność rok później, a pierwszym rzecznikiem została prof. Ewa Łętowska). Jeszcze w czasach PRL utworzono inne proobywatelskie instytucje,
Czerwcowy rytm historii
Przekształcanie PRL w III RP zaczęło się długo przed 4 czerwca i zakończyło dużo później
Czy 4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm? To stwierdzenie znanej aktorki, wygłoszone kilka miesięcy po tej dacie, szybko trafiło do zbioru skrzydlatych słów, lecz jest dalekie od prawdy. Po pierwsze, komunizmu nigdy nad Wisłą nie było – byli co najwyżej komuniści, z czasem coraz mniej liczni, bo wiara w idee Lenina i Stalina topniała na świecie z każdym rokiem, a u nas chyba szybciej niż gdzie indziej. Po drugie, nawet jeśli przyjąć moment czerwcowych wyborów sprzed 37 lat za przełom ustrojowy, trzeba pamiętać, że przełomy takie mają charakter długotrwałych procesów, a nie jednorazowych wydarzeń. A proces przekształcania PRL w III RP rozpoczął się długo przed 4 czerwca i zakończył dużo później.
Jednak czerwiec to dobry miesiąc na refleksję historyczną nad losami naszego kraju w szerszej perspektywie czasowej – od momentu zakończenia II wojny światowej. Dominująca dziś IPN-owska narracja szczególnie eksponuje te wydarzenia z najnowszej historii Polski, które mają udowodnić bezdyskusyjną jakoby tezę o totalitarnym i okupacyjnym charakterze Polski Ludowej, od samego jej początku do samego końca.
Ale można i należy przyglądać się dziejom powojennej Polski spokojnie, uczciwie i bez ideologicznego zacietrzewienia. Tylko takie spojrzenie bowiem pozwoli naprawdę zrozumieć wybory i dylematy poprzednich pokoleń – i ludzi, którzy tym państwem rządzili, i tych, którzy byli rządzeni. Korzystając z okrągłych rocznic, które przypadają akurat na koniec czerwca, przyjrzyjmy się kolejnym etapom rozwoju i ewolucji Polski Ludowej.
80 lat temu
30 czerwca 1946 r. odbyło się pierwsze w naszej historii ogólnokrajowe referendum. Dziś pamięć o nim sprowadza się jedynie do faktu sfałszowania wyników (co miało być przygotowaniem do fałszerstwa wyborów sejmowych w styczniu 1947 r.) i postawy lidera PSL Stanisława Mikołajczyka, który wezwał do wskazania w głosowaniu odpowiedzi „nie” na pytanie dotyczące likwidacji Senatu. To wszystko prawda, jednak zapomina się o dwóch pozostałych pytaniach, które nie budziły kontrowersji nawet wśród przeciwników nowej władzy: „Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienia podstawowych gałęzi gospodarki krajowej z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?” oraz „Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej?”.
Pytania były sformułowane tak, by zmusić opozycję – czyli głównie ludowców Mikołajczyka – do zajęcia stanowiska identycznego jak PPR-owskie, PPS-owskie i ich pomniejszych sojuszników. Mikołajczyk miał z tym problem, bo za wszelką cenę chciał się odróżnić od komunistów, którzy pragnęli włączyć go do wspólnego bloku wyborczego.
Z drugiej strony pytania dotyczyły spraw tak oczywistych, że nie sposób było wzywać do ich zanegowania. Szczególnie jeśli było się przywódcą stronnictwa, które zawsze walczyło o reformę rolną i inne radykalne zmiany społeczno-gospodarcze, a pod koniec wojny szybko pogodziło się z nowymi granicami Polski, ale też w II RP konsekwentnie domagało się jednoizbowego parlamentu. Jednak Mikołajczyk wybrał tę ostatnią kwestię, by nie podpisać się pod hasłem „trzy razy tak” i skorzystać z okazji policzenia swoich zwolenników, najwyraźniej uznając, że spór o Senat jest sprawą symboliczną, bez większego znaczenia praktycznego.
Warto też przypomnieć,
Marszałek z lewicy
Ignacy Daszyński wnosił do polskiego życia politycznego najlepsze wartości i tradycje demokratyczne
Michał Śliwa – politolog i historyk, były rektor Akademii Pedagogicznej i Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, badacz dziejów polskiego ruchu socjalistycznego i II RP. Członek Komitetu Honorowego obchodów Roku Ignacego Daszyńskiego.
Kalendarium życia Ignacego Daszyńskiego:
1866 (26 października) – urodził się w Zbarażu, w patriotycznej, średniozamożnej rodzinie szlacheckiej.
1882 – zostaje wydalony z gimnazjum za wygłoszenie mowy o Wiośnie Ludów.
1883 – w Drohobyczu zaczyna pisać do „Gazety Naddniestrzańskiej” o robotnikach pracujących w zakładach naftowych w Stanisławowie i Drohobyczu.
1890 – rozpoczyna studia przyrodnicze na uniwersytecie w Zurychu. Jest jednym z założycieli Stowarzyszenia Robotników Polskich „Zgoda”, współpracuje m.in. z Julianem Marchlewskim i Gabrielem Narutowiczem.
1890–1919 – współzałożyciel i lider Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej.
1891 – na II Międzynarodowym Kongresie Robotniczym i Socjalistycznym II Międzynarodówki w Brukseli przewodniczy delegacji socjalistów polskich z trzech zaborów.
1897 – zostaje najmłodszym posłem w Izbie Posłów Rady Państwa Przedlitawii – cesarskiej części Austro-Węgier ze stolicą w Wiedniu. W 1900 zostaje wybrany ponownie.
1910 – bierze udział w uroczystościach odsłonięcia pomnika grunwaldzkiego w Krakowie, podczas przemówienia namawia do walki o niepodległą Polskę.
1914 – PPSD zawiązała porozumienie z PPS – Frakcją Rewolucyjną Józefa Piłsudskiego. Daszyński wstępuje do Legionów Polskich jako strzelec.
1917 – głosuje w parlamencie austriackim za wnioskiem PSL „Piast”, w którym Koło Polskie Sejmowe stwierdza, że jedynym dążeniem narodu polskiego jest odzyskanie niepodległej i zjednoczonej Polski z dostępem do morza.
1918 – wraz z innymi Polakami w parlamencie austriackim uchwala dokument, w którym członkowie izby składają deklarację, że uważają się od tej pory za obywateli polskich.
1918 (z 6 na 7 listopada) – powstaje Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, w którym Daszyński zostaje premierem oraz ministrem spraw zagranicznych.
1919 – w wyniku zjednoczenia PPSD, PPS i PPS Zaboru Pruskiego utworzono jednolitą PPS, w której Daszyński zostaje jednym z przewodniczących Rady Naczelnej.
1920 – (24 lipca) wchodzi w skład Rządu Obrony Narodowej, obejmuje stanowisko wicepremiera (szefem rządu był Wincenty Witos).
1926 – na wniosek Daszyńskiego CKW PPS zajmuje „rzeczowo opozycyjne” stanowisko wobec rządu Józefa Piłsudskiego.
1928-1930 – posłowie wybierają Daszyńskiego na marszałka Sejmu.
1929 – jest jednym z założycieli Centrolewu – antysanacyjnego bloku stronnictw partyjnych.
1930 – po rozwiązaniu Sejmu przez prezydenta Mościckiego ponownie zostaje posłem z listy państwowej.
1930-1935 – po fali represji wobec opozycji (sprawa brzeska) jako krytyk sanacji i lider Centrolewu staje się celem ataków piłsudczyków.
1931 – postępująca choroba serca zmusza go do ograniczenia działalności. Udaje się do Domu Zdrowia w Bystrej Śląskiej, spotykając się z kolegami partyjnymi, kontynuuje prace nad wspomnieniami.
1934 – otrzymuje tytuł honorowego przewodniczącego PPS.
1936 (31 października) – po długiej chorobie umiera w Bystrej Śląskiej. Zostaje pochowany z wielkimi honorami w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim.
Dlaczego określenie: „Daszyński – ojciec niepodległości Polski” jest w pełni uprawnione?
– Należał do pokolenia twórców odrodzonej Polski, któremu było dane „wybić się” na niepodległość i zrealizować marzenia kilku generacji poprzedników, bezskutecznie walczących o przywrócenie wolności narodowej. Na to miano zasłużył sobie w największym stopniu. Wyróżniał się bowiem wśród swojego pokolenia, wyrosłego w cieniu klęski powstania styczniowego, przedsięwzięciami i działaniami niepodległościowymi, prowadzonymi konsekwentnie przez niemal 40 lat przed 1918 r. W pracy publicznej kierował się zawsze myślą, wypowiedzianą w 1898 r.: „Polacy mają tylko jedną wielką politykę, a tą jest niepodległość Polski”.
To musiało skutkować bliską współpracą z Piłsudskim.
– Oczywiście. Daszyński był kluczową postacią w procesie odrodzenia Rzeczypospolitej, w działaniach bezpośrednio związanych z odnowieniem dążeń niepodległościowych – irredenty narodowej pod przywództwem współtowarzysza z ruchu socjalistycznego i przyjaciela, Józefa Piłsudskiego. Wspierał jego akcje militarne i polityczne, uprawomocniając je i torując im drogę w galicyjskim życiu politycznym i w polityce austro-węgierskiej, a więc początkowo m.in. działalność Związku Strzeleckiego i Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, a następnie, w końcu sierpnia 1914 r., utworzenie Legionów Polskich. Odegrał także wybitną rolę w tworzeniu pierwszych lokalnych polskich struktur państwowo-administracyjnych na terenie zaboru austriackiego: Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego oraz Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie, z zadaniem – jak oznajmiał – „uprzątnięcia gruzów panowania austriackiego”.
Owo uprzątnięcie musiało objąć trzy zabory. I tu przechodzimy do utworzenia rządu w Lublinie.
– Pierwszego ogólnopolskiego rządu koalicji ludowo-socjalistycznej – utworzonego w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej (7-14 listopada 1918 r.), na czele którego stanął.
Użycie w nazwie słowa Ludowy musiało wiele znaczyć.
– Było znakiem urzeczywistnienia programu socjalistów. Ogromnego ich zaangażowania i wkładu w proces uobywatelnienia i unarodowienia warstw plebejskich – robotników i chłopów. Słowo Ludowy podkreślało też znaczenie kształtowania postaw demokratycznych i obywatelskich robotników i innych warstw ludności pracującej oraz konieczność dochodzenia swoich praw i racji na drodze parlamentarnej i pokojowej, a nie wystąpień radykalnych czy wręcz rewolucyjnych.
Czy niepodległościowa myśl Daszyńskiego i socjalistów uwzględniała doświadczenia historyczne sprzed dziesięcioleci i losy powstań?
– W działalności ideowo-politycznej polskich
Praca bez końca
Dlaczego 1 Maja wciąż jest ważny
Jeszcze jest ciemno, kiedy pod halę podjeżdżają pierwsze autobusy pracownicze. Na obrzeżach miasta magazyn wygląda jak osobny organizm: ma własne światło, własny rytm, własny porządek. W środku wszystko już czeka. Bramki, skanery, taśmy, regały, terminale. Pracownik odbija kartę, bierze urządzenie i wchodzi w układ, który od pierwszej minuty wyznacza tempo. Każdy ruch zostanie zapisany, każda przerwa zauważona, każda zwłoka przeliczona. To nie człowiek ustala rytm pracy. To rytm pracy ustawia człowieka.
Za obietnicą wygody, szybkości i natychmiastowej dostawy stoi nie abstrakcyjny algorytm, lecz czyjś czas, ciało i uwaga.
Święto odzyskane
Święto Pracy nie wyrosło z propagandy. Jego źródłem było doświadczenie XIX w., który bardzo szybko ujawnił ciemną stronę kapitalizmu przemysłowego. Długie dni pracy, skromne płace, brak zabezpieczeń, lęk przed chorobą, wypadkiem i nędzą. Fabryka nie była wyłącznie miejscem zatrudnienia. W praktyce organizowała całe życie. Właśnie z tego świata wyrósł postulat ośmiogodzinnego dnia pracy, a wraz z nim przekonanie, że człowiek nie może należeć do pracy bez reszty.
W tym sensie 1 Maja upamiętnia nie samą pracę, lecz opór wobec jej bezgraniczności. Jest przypomnieniem chwili, w której robotnicy zaczęli się domagać nie tylko wyższej płacy, ale również czasu, bezpieczeństwa i prawa do wspólnego działania.
Nie tylko zarobek
Praca nie jest zwykłym towarem. Za każdą stawką i każdą normą wydajności stoi konkretne życie. Zdrowie, dom, dzieci, starość, zmęczenie, lęk o jutro. Kiedy mówi się o cenie pracy, mówi się zarazem o kosztach czyjegoś istnienia, choć gospodarka najchętniej opisuje to językiem wskaźników i efektywności.
Robotnicy i socjaliści XIX w. rozumieli to dobrze. Ich postulaty nie sprowadzały się do poprawienia bilansu ekonomicznego. Chodziło również o ograniczenie czasu pracy,
Piękno na co dzień dla wszystkich
Wanda Telakowska – pierwsza dama wzornictwa przemysłowego
Inauguracja – Wanda tworzy zespół
październik 1950
Instytut Wzornictwa Przemysłowego zostaje otwarty z wielką pompą 1 października 1950 r. Do pierwszego, trzypiętrowego gmachu, tzw. budynku A, przenoszą się od razu dyrekcja, wzorcownia, czyli zbiór 9 tys. modeli do produkcji, oraz pracownie: odzieżowa, włókiennicza i graficzna.
Drugi, niski budynek, z salą dziś nazywaną Małpiarnią, zajmują warsztaty, m.in. stolarski oraz ceramiczny. Dla każdej pracowni Wanda Telakowska tworzy program, pragmatycznie wychodząc od tego, co jest rynkowi najbardziej potrzebne. A potrzebne jest wszystko: po wojnie brakuje dosłownie wszystkiego. W latach 1960–1966 od strony ulicy Świętojerskiej zostanie wybudowany jeszcze trzeci, nowoczesny gmach z dużą salą wystawową, który staje się główną siedzibą IWP.
Od przeprowadzki na ulicę Długą do pierwszej siedziby BNEP (Biura Nadzoru Estetyki Produkcji), który już w trakcie budowy nowych gmachów został przemianowany na Instytut Wzornictwa Przemysłowego, Wanda jest główną pomysłodawczynią misji nowej instytucji, jej poszczególnych działań, projektów i pracowni. Wcale nie zostaje dyrektorem naczelnym IWP – na to stanowisko zostaje powołany Jan Rogowski, ekonomista, a Wanda skromnie mianuje się dyrektorem artystycznym. Wie, jaką robi rewolucję, walcząc o „piękno na co dzień dla wszystkich”, wie, ile zawiści budzi swoją nieustępliwą postawą wobec władz i tym, ile udaje się jej tą postawą uzyskać. (…)
Ale tak naprawdę wszystkim zarządza Wanda. Ona zatwierdza plany architektoniczne: wytycza salę wystaw, wnętrza dla poszczególnych zakładów i pracowni, pomieszczenia dla wzorcowni, sale zajęć dla kursantów, a nawet bursę dla nich – bo w pierwotnym kształcie instytut miał także prowadzić działalność edukacyjną.
Ale przede wszystkim, tworząc zakłady IWP, Wanda tworzy profil instytucji. Powstają: Zakład Drzewny, Zakład Włókienniczy, Zakład Ceramiki i Szkła, Zakład Odzieżowy z Pracownią Ubioru dla Dzieci, Zakład Skórzany. Wanda wie, że podstawą funkcjonowania każdej instytucji jest zespół, dobrze zgrana grupa ludzi, których łączą wspólny cel i zasady funkcjonowania. A ma do dyspozycji prawdziwą zbieraninę: starych, młodych, przedwojennych solidnych rzemieślników i rozwichrzonych, świeżo upieczonych absolwentów akademii sztuk pięknych z całego kraju, ekonomistów, konstruktorów. (…)
Upadek kanapy, triumf amerykanki
1952-1956
Napór socrealizmu Wanda i prowadzony przez nią instytut przetrwały, stosując taktykę „nie wychodzić przed szereg”. Realizowano oczywiście zlecenia polityczne w rodzaju wazon dla towarzysza Stalina, ale „sztuka narodowa w formie, socjalistyczna w treści” nie rozkwitła w IWP. Wanda była wychowana w duchu modernizmu, funkcjonalizm miała w swoim przedwojennym, artystycznym DNA, a te wartości socrealizm odrzucał. Znamienne jest to, że Instytut Wzornictwa Przemysłowego nie został zaproszony na emblematyczną dla socrealizmu I Ogólnopolską Wystawę Architektury, Wnętrz i Sztuki Dekoracyjnej, zorganizowaną w roku 1952 r. w Zachęcie. Wandy nie zaangażowano ani do Komisji Kwalifikacyjnej, ani do Komitetu Wystawy. Czuje się pominięta, ale nie żałuje: celem tej prezentacji jest propagowanie socrealizmu jako jedynego dopuszczalnego stylu w projektowaniu. Na 1326 zaprezentowanych obiektów z IWP ledwo przecisnęło się tam kilka mebli. I nawet tych parę projektów pokazano w rozproszeniu,
Fragmenty książki Katarzyny Rzehak Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne, Marginesy, Warszawa 2026
Wolę rozum niż emocje
Słowa używane w obiegu politycznym znaczą często co innego, niż uczy się w szkołach. Jak prawo, sprawiedliwość
Prof. Jerzy Bralczyk
Jak się panu żyje?
– Ostatnio miałem dziwne zdarzenie. Zadzwoniono do mnie, że jest konferencja „Kierunek Polska”, i spytano, czy ja bym się nie pojawił, pomówił o języku. Pojawiłem się. Gdy tam przyjechałem, zorientowałem się, że to jest towarzystwo zdecydowanie prawicowe. Dlaczego mnie zaproszono? Okazało się, że przez „zdychającego psa”.
Awanturę, która wybuchła, gdy pan powiedział, że pies zdycha, a nie umiera.
– Bardzo im się to podobało, bo to jest prawicowe i konserwatywne. Psy zdychają. Murzyni są czarni.
A ja to z poczucia zdrowego rozsądku mówiłem
Więc uznali pana za prawicowca. Za swojego.
– A ja to z poczucia zdrowego rozsądku mówiłem. Dla mnie kompletnie nieideologicznie.
O, język stał się areną boju. Ministra, ministerka, dyplomatka… Nowe szturmuje.
– Dobrze. Niech to nawet będzie. Niech panie mówią o sobie feminatywami, jeżeli bardzo chcą. Ale wolałbym, żeby to nie było ustawowe. Żeby ustawowo nie wprowadzać „osoby studenckiej” czy „osoby aktorskiej”. Już tak piszą. „Osoba aktorska socjalizowana do ról męskich” – to ma być aktor. I za tym idzie ciąg dalszy – np. osoba fryzjerska czy kelnerska. Cóż mogę powiedzieć? Język lepiej się czuje, jak się w niego nie ingeruje. Tu byłbym konserwatywny, chociaż oczywiście z drugiej strony jestem przeciwko wykluczaniu wszelakiemu.
Osoby z niepełnosprawnością.
– To także brzmi dla mnie dziwnie. I myślę, że dla zainteresowanych też. Tym bardziej że eufemizacja bywa takim poklepywaniem po ramieniu, głaskaniem. Dlatego nie lubię być „seniorem”. Ja jestem „stary”. Niech mówią o mnie np. „staruszek”, bo na starca nie wyglądam, ale staruszek jestem i do tego się przyznaję. To jest normalne określenie. A niektórzy zaraz by powiedzieli: trzeci wiek! I to już jest poklepywanie. Otóż uważam, że jeżeli traktuje się kogoś serio, to określa się też słowami serio i te słowa dobrze byłoby zachować.
Słowa takie jak „Murzyn”, „zdychać” zachowałby pan?
– Tak! Bo to są normalne słowa języka polskiego, które nie muszą nieść ze sobą ani niechęci, ani nienawiści, ani niczego złego. Zostawmy je! Próbując je zastąpić czymś nowym, popadamy w śmieszność.
Rada Języka Polskiego, w której pan funkcjonuje od lat, tym się zajmuje.
– Idea była taka, żebyśmy służyli pomocą i radą, jak to rady. Żeby instytucje, oficjalne urzędy mogły zasięgać u nas opinii. A także zwykli ludzie. I zasięgają, często w błahych sprawach, np. w sprawie imion. Jedyne ustawowe umocowanie do regulowania języka mamy w sprawie ortografii, bo ortografia musi być unormowana.
1 stycznia 2026 r. wchodzą w życie nowe zasady, właściwie poprawki.
– W ogromnej mierze zgodne z intuicją przeciętnego użytkownika. Intencją rady było uproszczenie. Trochę dziwne było, że Warszawianka spod Warszawy była wielką literą pisana, a warszawianka z samej Warszawy – już małą.
A dlaczego?
– Trochę tak jak Łowiczanka, Małopolanka, Ślązaczka.
Bo z regionu?
– A jak z samego miasta, to już nie. Więc teraz, od 1 stycznia, Warszawianka, Mokotowianka będą pisane wielką literą. Poza tym są i inne zmiany, co pisać łącznie, a co oddzielnie. Zależało nam, żeby to jakoś uporządkować i ujednolicić. Żeby uwzględnić przyzwyczajenia ludzkie.
Język żyje, zmienia się. Wciąż jest wzbogacany o nowe określenia. Nawet organizuje się konkursy, by to oceniać, takie jak plebiscyt Młodzieżowe Słowo Roku.
– Nie bardzo wiadomo, czy to jest polskie młodzieżowe słowo roku, czy globalne. Wszystkie, właściwie cała finałowa piętnastka, poza „szponceniem”, to były słowa amerykańskie. Kiedyś było więcej naszych, takich jak wypasiony czy wyczesany. One wprowadzały lub odświeżały znaczenia. A teraz mamy niemal tylko wprost przeniesione ze Stanów.
Może to znak czasu? Globalizacji kultury? Wpływu seriali, gier?
– Ogromna większość to są słowa związane z szybkim życiem. Takie, którymi reaguje się emocjonalnie i ocennie. „Szponcić” jest o tyle ciekawe, że jest ambiwalentne. Że może być na tak i na nie. Że coś, co jest niby niedobre, jest jednocześnie atrakcyjne. Ale to nie jest nic nowego. Mówi się: wisus czy urwis. Czyli łobuz, ale fajny. Tylko że – dodam – te młodzieżowe słowa długo nie żyją. Szponcenie zresztą jest stare. Niby z niemieckiego, ale myślę, że to przeszło przez jidysz. W „Panu Tadeuszu” był szponton, „zarazem dzida i siekiera”. A szpont sam – to szpunt. „W piwnicy mnie pochowajcie, w piwnicy mi kopcie grób, a głowę mi obracajcie tam, gdzie jest od beczki szpunt,
Wczoraj, dziś i jutro
W jednej z audycji ekonomicznych TOK FM zaproszona dziennikarka wyraziła zdumienie wielomilionowymi (w skali roku) zarobkami prezesów działających w Polsce banków. I nie chodzi tylko o banki z afiliacjami zagranicznymi (kto bogatemu zabroni?) ale także o polskie instytucje finansowe. Dziwne to? Ależ skąd, bo zaczęło się już dawno, z chwilą przejęcia przez Włochów banku PeKaO, którego ówczesny prezes (były premier z post-solidarnościowego nadania) Jan Krzysztof Bielecki zarabiał mniej niż jego przysłany z Włoch wiceprezes. Bodaj od tamtego czasu nasi bankowcy (patrz Morawiecki) pilnie zrównują swoje zarobki z zarobkami „zachodnich ekspertów” zatrudnionych na podobnych stanowiskach.
W stronę globalizacji
I nie warto by sobie zawracać głosy sprawą, gdyby nie był to element szerszych zjawisk – globalizacji, oraz umacniania się nowej klasy posiadaczy, procesu łatwo zauważalnego w krajach o autorytarnym charakterze władzy, ale obecnego w skali światowej, także w krajach gdzie demokracja parlamentarna trzyma się dobrze. Z pozoru, niestety…
Zdumienie dziennikarki podszyte było, wyrażonym zresztą przez nią przekonaniem, że takie zjawiska nie mieszczą się w „rynkowym charakterze kapitalizmu”! No bo niby dlaczego my, klienci, płacimy ogromne pieniądze ludziom, jedynie z racji zajmowania określonej funkcji, która tylko z rzadka ma przełożenie na realną gospodarkę firmy.
Kapitalizm? Jaki znowu kapitalizm?
Tu na moment chciałbym wrócić do moich młodzieńczych złudzeń dotyczących istnienia w Polsce i podobnych krajach (z ZSRR na czele) „socjalizmu”, który „za horyzontem” miał „komunizm” i „koniec historii”. Warto przypomnieć, że sformułowanie „koniec historii”, z neoliberalnych pozycji, wpisał do obiegu w 1992 r. Francis Fukuyama w trzy lata po upadku Muru Berlińskiego (czyli „realnego socjalizmu”). Jako pierwszy koniec historii, wieszczył grubo wcześniej Hegel (wskazując tu datę 1809 r. – upadek feudalizmu w Niemczech pod naporem Bonapartego), takie też było złudzenie Marksa i ortodoksyjnych marksistów, którzy sądzili, że w „walce klas” zwycięzcą będzie „klasa robotnicza” (najlepiej zorganizowana w partię polityczną). A przecież Marks z Engelsem abstrahowali od własnych ustaleń (o tym, że „baza” określa „nadbudowę”) i oczywistego faktu, że zrewoltowane masy zawsze, w finale, brane są za mordę przez nowych, z pozoru nieoczywistych władców.
Doskonale widać to w Chinach, gdzie „Partia Komunistyczna” zmieniła się dziś w „partię milionerów” kierowaną, wedle chińskich wielotysiącletnich tradycji, przez cesarza i jego „mandarynów”. I żeby nie było wątpliwości – niczego w tej sprawie nie krytykuję, sukcesy Chin na bardzo wielu polach, zwalczenie zjawiska masowego głodu, lawinowy postęp technologiczny to tylko dowody, że „nowa formacja społeczno – ekonomiczna” którą możemy nazwać roboczo „biurokratyzmem” jest zjawiskiem rzeczywistym i stabilnym!
Na naszym podwórku
Prawda, dało się w quasi-socjalistycznych systemach zauważyć nieusuwalne podziały klasowe, opisywane mniej, lub bardziej otwarcie przez literaturę – m.in. Huxleya i Orwella, przez socjologów w tym najszerzej znanego z autorów opisujących wyodrębnianie się władzy „menedżerów” – Burnhama, czy outsiderów polityki – po trosze Różę Luksemburg, Trockiego a potem twórcę pojęcia „nowa klasa wyzyskiwaczy” Milowana Dżilasa, niegdyś najbliższego współpracownika Josefa Broz-Tito a potem najznaczniejszego krytyka systemu.
Oczywiście nazwisk i dokonań tych myślicieli nie mógł pominąć najbardziej wnikliwy z naszych marksistów – Adam Schaff. W swojej pracy „Marksizm a jednostka ludzka” (str. 78 wyd. PWN 1965) umieścił te nurty w szufladzie z „antykomunistyczną propagandą” i zarzekał się, że „Klasa społeczna ex definitione (…) nie może istnieć w społeczeństwie, w którym została zlikwidowana prywatna własność środków produkcji.” A przecież kilka zdań dalej zauważa że „p r a w d z i w e zagadnienie nie leży w dziedzinie nazwy i kategorii socjologicznej, lecz w dziedzinie a l i e n a c j i.” (wyróżnienia Schaffa).
No i czy trzeba lepszego dowodu na „alienację” biurokracji (w tym przypadku bankowej) niż te monstrualne zarobki prezesów?
Schaff pisze dalej, w cytowanej pracy, że możliwe jest zróżnicowanie społeczne wedle pozycji w „aparacie państwa” ale szybko wycofuje się, twierdząc, że nie idzie mu o zarządzanie ludźmi, a jedynie o „aparat zarządzania rzeczami”! I trudno mu się dziwić, gdy ma się świadomość, że słowa te padają w połowie lat sześćdziesiątych. Już samo przyznanie się do znajomości tekstów autorów, którzy nie mieli „debitu” w żadnym z „demoludów” było, nawet dla profesora, ryzykowne. Zresztą jakie znaczenie ma „zarządzanie rzeczami” widzimy dziś, ale widzieliśmy też w PRL, szczególnie wyraziście w okresach kolejnych, generowanych przez sam system, kryzysów.
Pora przyznać więc, że „kapitalizm” odszedł w przeszłość mniej więcej z dobie I Wojny Światowej, gdy gospodarka czołowych państw podporządkowana została „wysiłkowi wojennemu” czyli aparatowi władzy.
Nieuchronny autorytaryzm?
Przemiany w stronę nowej formacji były nieuchronne (mimo wszystkich wahań) i z zasady realizowane w drodze budowania państwa autorytarnego z emblematyczną rolą jednostki (Stalin, Mussolini, Hitler, Antonescu w Rumunii, na Węgrzech Horthy, u nas Piłsudski). Jak się zresztą wydaje taka rola jednostki bywa przypisana do epok głębokich, jeszcze nie odczytanych przez społeczeństwa, przemian. Taką rolę odgrywał w Anglii – Cromwell, we Francji – Bonaparte, Rosję przebudował (toutes les propotions gardee) Piotr I i każdy z nich do dziś pozostaje legendą.
Dobrze jeśli wodzem staje się zwycięski generał, sławny bojownik o niepodległość, admirał ale gdy trzeba, taką rolę historia nakłada na przysadzistego typka o niedoczyszczonych butach i krzywo zawiązanym krawacie. Ciekawe czy doktor praw, którego mam na myśli zakładał zbudowanie w Polsce „nowej klasy wyzyskiwaczy”, którą zapowiadał zachwyconemu (w cześci) narodowi jako „Polaków Pierwszej Kategorii” i „Nową Elitę”?
Oczywiście wynikało z tego szybkie wyposażenie „elity” w walory finansowe i wyraziste stanowiska. Stąd mnożenie instytucji – spółek, spółeczek i fundacji dotowanych przez Państwo, oraz możliwie szeroka renacjonalizacja reprywatyzowanego wcześniej „Majątku Niegdyś Państwowego” w intencji przekazywania posad „właściwym ludziom”.
Co ciekawe – wcale nie muszą być to posady wysokopłatne, bo zawsze wskazane osoby mogą dorobić w „radach nadzorczych” przypisywanych zainteresowanym w dowolnej liczbie. Dla zbudowania poparcia społecznego wystarczy przemyślane obsadzenie, tak funkcji prezesa, powiedzmy, spółki komunalnej, jak i posady sprzątaczki osobie, która dotąd była bezrobotna!
Tu podkreślam – nie są to tylko grzechy partii politycznej o nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”! To problem systemowy, nieodłączna cecha nowej formacji społeczno-ekonomicznej.
Że rzecz jest systemowa widać w polskich samorządach gdzie rządzą dowolnie polityczne opcje, ale i za granicą. Najbardziej czytelnym przykładem są tu Węgry – tam likwidacja systemu liberalnej demokracji odbywała się na naszych oczach, w warunkach pluralizmu politycznego i medialnego, jest też rzeczą oczywistą, że od upadku ZSRR cechy nowej formacji, z jej autorytarnym modelem władzy, przyjęła większość byłych „republik”!
Co robić?
Dobrze to czy źle? Takie stawianie sprawy przypomina narzekanie na deszcz „że pada”. Postawione pytanie powinno brzmieć – co robić, by nie zmoknąć? Każdy z nas chce żyć w nowoczesnym, dobrze rozwijającym się kraju, w którym wszystkie systemy działają praworządnie i gdzie każdy z nas, zgodnie z demokratycznymi tęsknotami (złudzeniami?) ma wpływ na otaczającą nas rzeczywistość.
Kształtująca się „nowa klasa wyzyskiwaczy” ma wiele atutów. Po pierwsze jest (np. w przeciwieństwie do niegdysiejszej polskiej szlachty) klasą otwartą. Ciągle można do niej aspirować, choćby oddając do jej dyspozycji osobisty majątek (Solorz?) – zatrudniając wskazanych ludzi w swej firmie, albo przyjmując aktualnie obowiązującą w „partii” ideologię i „polityczne” zachowania (Pani Ogórek). I znów – wcale nie musi to być PiS!
Partie autorytarne wykorzystują metody składające się na „populizm” – zestaw wartości dających się bezboleśnie zaakceptować. Należy sięgnąć do „narodowej mitologii”, znanej wszystkim hierarchii i przede wszystkim do religii. To pozwala dołączyć do właściwego nurtu bez wysiłku. Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie działacza politycznego najniższego szczebla, a potem wszystko już pozostaje w Twoich rękach. Należy mocno podkreślać przywiązanie do wybranych ideałów a nade wszystko znaleźć odpowiedniego „promotora”. Już w PZPR mawiało się, że ten czy ów, jest „człowiekiem” tego lub owego i te podziały rysują się w każdej zbiorowości – od klasy szkolnej po rząd RP i różne ONZ-ty.
Skoro nas jednak interesuje „jednostka ludzka” i jej dobrostan, nie pozwalający na alienację winniśmy przyjrzeć się osobistej wolności – wolności poglądów, wyznania, wolności pracy, zachowań, wolności słowa. Jak się to ma do antynomii między heglowską historiodyceą (konieczność historyczna) a wolnością jednostki o czym szeroko pisywał Walicki odwołując się chętnie do Isaiaha Berlina, Wissariona Bielińskiego czy wielkiej literatury rosyjskiej? (Np. w zbiorze esejów „O inteligencji, liberalizmach i o Rosji” Universitas 2007)
Brak wolności słowa, poglądów i myśli blokuje rozwój twórczy jednostki i nic tu nie pomoże ani przykład rozwoju technologicznego ZSRR z jego „akademgorodkami” (polecam pyszne opowiadania Bułyczowna i Stugackich gdzie ten motyw często się przewija), ani doświadczania chińskie gdzie rozwój ma na razie źródła w rozbudowywaniu, cudzych jednak, technologii. Co będzie dalej, za lat 50? Qui virva – verra!
Tu dotykamy drugiego, fundamentalnego dla polityki problemu, czyli wejrzenia w przyszłość. Od chwili gdy lewica z niesmakiem odrzuciła futurologię marksistowską, nie pojawiła się niemal żadna próba wejrzenia poza granicę czterech lat kadencji sejmowej. Jedyny znany mi przykład to krótki tekst „Prognoza” Hieronima Kubiaka, zamykający tom esejów „U progu ery postwestfalskiej – Szkice z teorii narodu” (Universitas 2007).
Tymczasem odpowiedź na pytanie jaka będzie przyszłość, a innymi słowy „jaką przyszłość proponujemy współobywatelom”, jest kluczowa dla działalności politycznej. Prawica proponuje „neoliberalizm” czyli „niech wszystko zostanie jak jest” przy zachowaniu obecnie funkcjonujących społecznych zdobyczy. Populiści mówią właściwie to samo, swoją zachowawczą postawę podlewając jeszcze bardziej zachowawczym, religijno-patriotycznym sosem i obiecując przyjemności w niebiesiech. Istnieje tu, w obu narracjach, ogromna luka i powstaje szansa dla lewicy – odważne wejrzenie w przyszłość i ukazanie jej obywatelom, jak wyglądać winien świat za pół wieku (albo i więcej)? Jak będzie wyglądała Europa i jak w tej Europie nasz kraj? Jak będzie wyglądało miejsce w świecie dla naszych dzieci w wnuków? Czy w zindywidualizowanym społeczeństwie, gdzie jednostki wymijają się bez refleksji i niemal bez wymiany zdań, jest miejsce na rozważania o przyszłości? Kiedy partie lewicy zainicjują badania naukowe o tej tematyce? Najwyższa pora.
Polska może być w pierwszej grupie. Tylko musi tego chcieć
Rozmowa z Aleksandrem Kwaśniewskim
Gdy myślę o pańskiej drodze i o pańskim pokoleniu, zawsze przypomina mi się opowiadana przez pana sytuacja. Gdy w roku 1974 przyjechał pan po wakacjach w Londynie na studia, zaczepił pana dr Kamiński, pytając: „Był pan w Londynie, zauważył pan, że doganiamy Zachód?”. A pan nie wiedział, co odpowiedzieć.
– To był mój pierwszy wyjazd na Zachód, w 1974 r. spędziłem prawie trzy miesiące w Londynie i pod Londynem. Doznałem szoku poznawczego, a rozmowa z dr. Kamińskim po powrocie stanowiła puentę. Kamiński był pod czterdziestkę, mógł ocenić Polskę gierkowską, porównać ją z wcześniejszą i powiedzieć, że się zbliżamy. Natomiast dla mnie, wrzuconego z realnego socjalizmu, nawet gierkowskiego, do wolnorynkowego ustroju Zjednoczonego Królestwa, był to absolutny wstrząs. Pojechałem tam na zaproszenie krewnego naszych znajomych z Białogardu, pana Józefa Dypka, robotnika, który pracował w fabryce Rovera, miał żonę Angielkę, a do Anglii trafił w czasie wojny; był z pokolenia mojego ojca. Jeździł samochodem, mieszkał w bardzo zadbanym segmencie z małym ogródkiem, podobnych segmentów na tej ulicy było zresztą mnóstwo. Teza o ustroju, który w centrum uwagi stawia klasę robotniczą, w zderzeniu z sytuacją robotnika brytyjskiego nie dała się w żaden sposób wytłumaczyć. To były dwa światy. Nie było tu czego dokładniej analizować. Szok pogłębił się parę miesięcy później.
Historia puka nam do drzwi
Bo pojechał pan do Moskwy.
– Nasza grupa studencka zorganizowała wyjazd sylwestrowy do Moskwy, Władimira i Suzdalu. Moskwa – hotel Intourist. Straszny był. Zamiast WC – stopy Lenina, czyli dziura w podłodze. Jeżeli oglądasz w roku 1974 Londyn i Moskwę, twoja podatność na propagandę o wyższości ustroju socjalistycznego nad innymi ustrojami zupełnie się rozmywa. Przepada. I w gruncie rzeczy od tamtego czasu cała postawa moja i mojego pokolenia krążyła wokół pytania: jak to zmienić? Co zrobić, żeby bardziej dogonić tych z Zachodu, a nie iść w stronę modelu, który nie był żadnym wzorem.
I się udało.
– Mam z tego powodu wielką satysfakcję. W Londynie byłem tyle razy, że nie jestem w stanie zliczyć. A gdy mnie pytają, w jakich hotelach tam mieszkałem, odpowiadam, że w wielu, także w tym najbardziej prestiżowym, w pałacu Buckingham. Bo składając oficjalną wizytę z żoną, mieszkaliśmy w Buckingham. Ale jest i innego rodzaju satysfakcja, ważniejsza: dzisiaj różnice między Warszawą a Londynem są naprawdę niewielkie, a niektóre są wręcz na korzyść Warszawy. To dopiero radość!
Spełniło się marzenie pańskiego pokolenia? Bo to przecież było marzenie pokoleniowe: przejść na tamtą stronę.
– Spełniło się w ogromnym stopniu. Powiem więcej: miałem – dzisiaj to widzę – naiwną nadzieję, że możemy być najszczęśliwszym pokoleniem w historii. Dlaczego? Bo urodziłem się w 1954 r., czyli nawet fizycznie nie mogłem dotknąć stalinizmu. Polska PRL-owska była najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym, co miało znaczenie, ale przecież dała nam coś, co jest naprawdę ogromną zasługą tamtego ustroju – przyzwoite, więcej, niezwykle porządne wykształcenie. Gierek dał nam otwarcie granic. Mogliśmy zacząć ten świat zwiedzać. I kiedy byliśmy już w dobrym wieku, z tym dobrym PRL-owskim wykształceniem, z tym obejrzanym światem, z możliwością porównania i próbą zaadaptowania niektórych wzorców z zewnątrz, okazało się, że dokonuje się wielki przełom, w którym miałem satysfakcję wziąć istotny udział. Polska staje się demokratyczna, my robimy kariery – jedni polityczne, drudzy biznesowe, jeszcze inni dziennikarskie. Kraj się rozwija…
Jak powiedział Fukuyama, koniec historii! Jest wspaniale!
I nagle historia zapukała!
– Pierwszym sygnałem, że wizja pokolenia, które omija wszystkie wojny i rafy, może zostać zachwiana, był dla mnie covid. Stanowił pierwszy szok: ten świat nie jest tak poukładany i bezpieczny. A później nastąpił szok absolutny, czyli agresja rosyjska na Ukrainę. I wszystko się pozmieniało. Raz, mamy wojnę za granicą. Dwa, mamy miliony uchodźców. Trzy, cała architektura świata się zmienia. Na razie jesteśmy na etapie chaosu, a co z tego chaosu się urodzi, nie wiemy. I to nie musi być lepszy świat.
Donald Tusk mówi, że żyjemy w epoce przedwojennej.
– Choć trzeba dzisiaj zachowywać bardzo dużo realizmu, a nawet w niektórych sytuacjach trochę wyostrzać, to przecież tego scenariusza odrzucić się nie da. Jeśli ktoś by pytał 10 lat temu, czy Polsce grozi fizyczna, wojskowa, bezpośrednia konfrontacja, odpowiedź brzmiałaby „nie”. Tym bardziej że jesteśmy w NATO, a kto by się chciał bić z NATO… Do dziś uważam, że to jest najlepsza tarcza i że Putin, chociaż coraz starszy i coraz bardziej oderwany od rzeczywistości, nie będzie się rzucał na NATO, bo nawet rzucenie się na Ukrainę nie przyniosło mu zwycięstwa szybko i łatwo, tylko krwawi. Jednak poczucie, że możemy być najszczęśliwszym pokoleniem w historii, zostało mocno zachwiane.
Moje rozmowy z Putinem
Parokrotnie spotykał się pan z Władimirem Putinem. Rozmawialiście też o Ukrainie. Co zaskakujące, Putin myślał, że Ukraina to taki obszar, o który Polska rywalizuje z Rosją.
– Tymi kategoriami myślał! Podczas jednej z rozmów powiedział: Ukraina to walka dwóch imperiów. Pierwsze imperium przyszło mi do głowy natychmiast, a drugie… Już bardziej myślałem o Turcji. A on twardo o Polsce. Tłumaczyłem więc: nasze imperialne ambicje ustały wraz z końcem I Rzeczypospolitej, zresztą brutalnie przez was zdławione, to odległa historia. Ja tego nie widzę nawet w polskiej mentalności.
Tak to przedstawiałem.
Przekonał go pan?
– Nie wiem. Ale był to dla mnie praktyczny powód do przyjazdu, kiedy Leonid Kuczma poprosił mnie o pomoc w czasie pomarańczowej rewolucji. Dołączył się do tego Wiktor Juszczenko, od razu zacząłem dzwonić do Javiera Solany i Valdasa Adamkusa, żeby nie być samemu. Bo jak przyjadę sam, będzie to absolutne potwierdzenie tezy, że dwa imperia walczą o Ukrainę. Przyjechaliśmy we trzech, to była międzynarodowa misja, co miało sens. Natomiast gdy mówimy o Putinie, moja całkiem intensywna znajomość z nim przypadła na lata 2000-2005. To był Putin numer 1. Gdy patrzę dzisiaj na jego ewolucję i rozwój putinizmu jako swoistej ideologii, która organizuje to państwo, myślę, że musimy mówić o Putinie numer 4, a nawet numer 5.
Tak bardzo się zmienił?
– Putin numer 1 chciał rozmawiać i słuchać. W 2002 r. po inauguracji piłkarskich mistrzostw świata w Korei, wracając do Warszawy, zatrzymałem się w Moskwie. Rozmawialiśmy prawie cztery godziny! W cztery oczy, bez tłumacza, co wszyscy liderzy bloku poradzieckiego lubią. W obecności tłumacza są bardziej usztywnieni. Bo nie wiadomo… Putin już wtedy wyłożył mi, mówiąc wprost, główne cele, które chce osiągnąć. Pierwszy – odbudowanie silnej pozycji Rosji na arenie międzynarodowej. To dla mnie cel oczywisty, każdy przywódca chce budować silną pozycję swojego państwa. A drugi cel to odbudować silną Rosję. No, jak słyszysz Wielikaja Rossija i jak jeszcze on powiedział, z kogo czerpie i kogo uważa za największych przywódców w historii tego kraju, czyli Piotra Wielkiego, Katarzynę Wielką i Iosifa Wissarionowicza, to wiemy, o jaką wielką Rosję chodzi! O wielką Rosję imperialną. A skoro on mówi o wielkiej Rosji, to Ukraina jest tu kluczowa, bo wielkiej Rosji bez Ukrainy zbudować się nie da. To oczywiście też oznacza, że w strefie rosyjskich wpływów są Białoruś, Kaukaz, Mołdawia, Azja Centralna… Ale Ukraina jest kluczowa.
Zatem już wtedy chciał ją podporządkować.
– To było jego marzenie. Ale później przyszła pomarańczowa rewolucja, która stanowiła dla niego szok. Uznał, że jeśli w Kijowie ulica może wymóc uczciwe wybory i zmiany polityczne, to oczywiste jest, że podobnie może być w Moskwie. I od roku 2004, od pomarańczowej rewolucji, marzenie Putina staje się planem Putina. Ten plan stara się on konsekwentnie realizować. Poprzez umocnienie wpływów politycznych na Ukrainie, poprzez prorosyjskie partie, poprzez odpychanie Kijowa od kontaktów z Zachodem. A od 2014 r., od Majdanu, od aneksji Krymu i Donbasu, zaczyna się już obsesja. Rezultatem owej obsesji jest ta wojna, absolutnie bezrozumna.
Gdyby Putin chciał mieć Ukrainę w strefie swoich wpływów, to metody soft power dałyby nieporównanie większy efekt. A tak tworzy podstawy do konfliktu ukraińsko-rosyjskiego na pokolenia. Bo nawet jeśli którego dnia – mam nadzieję, że tak się nie stanie – będzie miał całą Ukrainę w swojej strefie wpływów, to będzie ją miał razem z terroryzmem, partyzantami, wrogimi aktami i niską efektywnością pracy. Z niewolnika nie będzie miał przyjaciela. Duch ukraiński, który wzmocnił się za sprawą agresji Putina, będzie już stałym elementem.
I Zachód, i Rosja zmarnowały swój czas
Czerwony listopad
W pierwszych tygodniach II Rzeczypospolitej główną siłą niepodległościową i państwowotwórczą była lewica
Z czym kojarzy się przeciętnemu Polakowi 11 listopada? Głównie z tzw. Marszem Niepodległości, czyli masową imprezą nacjonalistycznej prawicy, pod którą swego czasu próbowało się podłączyć PiS, nawet prezydent Andrzej Duda pomaszerował w 2018 r. A przecież organizatorzy tej manifestacji uważają się za spadkobierców ideowych Narodowej Demokracji – ugrupowania, które w listopadzie 1918 r. nie przyłożyło ręki do odbudowy niepodległego państwa polskiego. Prawda o początkach II Rzeczypospolitej jest bowiem taka, że w pierwszych tygodniach główną siłą niepodległościową i państwowotwórczą była lewica. Tyle że na tę prawdę nie ma w dzisiejszej Polsce miejsca, skoro sama lewica nie chce lub nie potrafi upomnieć się o własną tradycję.
Jedną z większych aberracji III RP jest to, że prawica samowolnie uznała się za „obóz niepodległościowy”, de facto monopolizując patriotyzm na scenie politycznej. Tymczasem do 1918 r. to lewica socjalistyczna była obozem niepodległościowym, polityką prawicy były zaś rozmaite formy kolaboracji z władzami zaborczymi. Nie zawsze musiała to być kolaboracja szkodliwa dla interesów narodowych – tacy choćby konserwatyści galicyjscy potrafili uzyskać w Wiedniu dużą sferę autonomii dla ziem zaboru austriackiego. Ale już prorosyjska polityka endecji pod wodzą Romana Dmowskiego z lat 1905-1915 niczego konkretnego nie przyniosła. W końcu musiał to przyznać sam jej lider, który w czasie I wojny światowej przeniósł się z Petersburga (przemianowanego na bardziej słowiańsko brzmiący Piotrogród) do Paryża, dochodząc do wniosku, że z rządem carskim nie ma już o czym rozmawiać.
Upadek trzech monarchii zaborczych pod koniec wojny oznaczał zatem bankructwo kolaboracyjnej polityki wszystkich odłamów polskiej prawicy. Także tych, które od dwóch lat – od momentu ogłoszenia tzw. aktu 5 listopada 1916 r. przez cesarzy Niemiec i Austro-Węgier – były zaangażowane w budowanie Królestwa Polskiego. Królestwo to stanowiło jedynie formę okupacji niemieckiej (w Warszawie) i austriackiej (w Lublinie) na terenach odebranych Rosji. Ale ponieważ po upadku caratu w marcu 1917 r. sprawę polską zaczęły podnosić również mocarstwa zachodnie (w czym miał udział Dmowski), Berlin i Wiedeń postanowiły dać Polakom namiastkę odrębnej państwowości w postaci Tymczasowej Rady Stanu, a później trzyosobowej Rady Regencyjnej, która od grudnia 1917 r. powoływała kolejne rządy Królestwa Polskiego. Zarówno trzej regenci: książę Zdzisław Lubomirski, hrabia Józef Ostrowski i arcybiskup warszawski Aleksander Kakowski, jak i kolejni premierzy i ministrowie z ich nominacji reprezentowali tradycyjne polskie elity – zwłaszcza ziemiańskie i kościelne – które uznały, że należy wykorzystać i tę ostatnią szansę daną im przez zaborców.
Tymczasem jesienią 1918 r. zawalił się cały dawny porządek w naszej części Europy. Wraz z upadkiem tronów Romanowów, Habsburgów i Hohenzollernów skończyła się dominacja tradycyjnych elit. Ich miejsce zajmowali ci, którzy dotąd kwestionowali hierarchie społeczne i polityczne, czyli najczęściej ludzie lewicy. Tak było wszędzie: od Moskwy i Piotrogrodu, przez Kijów, Pragę, Budapeszt, Wiedeń, po Berlin. Trudno, by inaczej działo się w Warszawie, do której 10 listopada 1918 r. przyjechał pociągiem z Berlina Józef Piłsudski. Następnego dnia Rada Regencyjna przekazała mu dowództwo nad polskim wojskiem (tworzonym przez Niemców), a 14 listopada rozwiązała się, przekazując








