Tag "historia"

Powrót na stronę główną
Historia

Sprawiedliwość w Norymberdze

Osądzono 22 najwyższych funkcjonariuszy III Rzeszy, 12 skazano na śmierć

1 października 1946 r. rozegrał się ostatni akt II wojny światowej w Europie. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze ogłosił wyrok w głównym procesie zbrodniarzy wojennych III Rzeszy Niemieckiej. Był to fakt bez precedensu w dziejach ludzkości. Nigdy dotąd międzynarodowy sąd nie osądził i nie skazał członków kierownictwa państwa za zbrodnie popełnione pod ich nadzorem. Nie udało się tego zrobić po zakończeniu I wojny światowej. Niemcy zobowiązały się wtedy postawić swoich zbrodniarzy wojennych przed sądami, jednak w praktyce nikogo nie ukarano.

Bardzo szybko w Republice Weimarskiej doszedł do głosu rewanżyzm, którego głosicielem był ruch hitlerowski. Pogląd, że traktat wersalski był straszną krzywdą dla narodu niemieckiego, zdobył popularność i pogrzebał szansę na rozliczenie niemieckiego sprawstwa I wojny światowej oraz popełnionych w jej trakcie zbrodni. Utorował także Hitlerowi drogę do władzy i wywołania II wojny światowej. Dopiero zupełna klęska III Rzeszy w tej wojnie umożliwiła po raz pierwszy w dziejach międzynarodowe osądzenie zbrodni wojennych.

Przygotowania i przebieg

W rezultacie powietrznej ofensywy aliantów zachodnich w latach 1942-1945 Norymberga była wielokrotnie bombardowana i została prawie zupełnie zniszczona. Jednak alianckie lotnictwo celowo oszczędziło jeden budynek – Pałac Sprawiedliwości.

Wybór Norymbergi na miejsce procesu karnego kierownictwa nazistowskich Niemiec nie był przypadkiem. Miasto miało znaczenie dla ruchu nazistowskiego, w latach 1933-1939 odbywały się tam coroczne zjazdy – parteitagi – NSDAP. Tam zostały ogłoszone w 1935 r. tzw. ustawy norymberskie, będące podstawą do prześladowań i późniejszej zagłady Żydów europejskich.

Decyzję o osądzeniu i ukaraniu zbrodni hitlerowskich podjęto podczas trzech konferencji wielkiej trójki, a sprecyzowano zamiar podczas konferencji w Poczdamie (17 lipca-2 sierpnia 1945 r.). Na konferencji londyńskiej 8 sierpnia 1945 r. przyjęto kartę podpisaną przez cztery mocarstwa: USA, Wielką Brytanię, Francję i ZSRR, która ustalała zasady przeprowadzenia procesu, powołano również Międzynarodowy Trybunał Wojskowy. Zostali do niego delegowani przedstawiciele Sądów Najwyższych czterech mocarstw. Sporządzony przez nich akt oskarżenia obejmował podżeganie do wojny i jej przygotowanie, dokonanie zbrodni przeciwko pokojowi, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Pojęcia te sformułowano wtedy po raz pierwszy i weszły one na trwałe do kanonu międzynarodowego prawa karnego.

Pierwszy i główny proces norymberski toczył się przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym od 20 listopada 1945 r. do 1 października 1946 r. Przewodniczącym składu sędziowskiego został Geoffrey Lawrence (Wielka Brytania), a członkami William Norman Birkett (Wielka Brytania), Francis Biddle i John Parker (USA), Henri Donnedieu de Vabres i Robert Falco (Francja) oraz Iona Nikitczenko i Aleksander Wołczkow (ZSRR).

W ciągu 10 miesięcy i 10 dni pracy trybunał norymberski odbył 403 sesje jawne. Podczas nich zeznania złożyło 240 świadków. Oskarżenie przedstawiło materiał dowodowy liczący 2630 dokumentów, a obrona 2700 dokumentów. Protokół stenograficzny sporządzony w trakcie procesu liczył 16 tys. stron.

Osądzono 22 najwyższych funkcjonariuszy III Rzeszy, z których 12 skazano na karę śmierci. Przy czym Martin Bormann skazany został zaocznie, bo nie wiedziano wtedy, że zginął w Berlinie 2 maja 1945 r. Pozostali skazani na śmierć to: Hans Frank, Wilhelm Frick, Hermann Göring, Alfred Jodl, Ernst Kaltenbrunner, Wilhelm Keitel, Joachim von Ribbentrop, Alfred Rosenberg, Fritz Sauckel, Arthur Seyss-Inquart i Julius Streicher.

Na karę dożywotniego więzienia zostali skazani trzej oskarżeni: Walther Funk, Erich Raeder i Rudolf Hess.

Na 20 lat więzienia

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Czy historii da się sensownie uczyć?

Absolwent podstawówki może nie usłyszeć o Bierucie, Gierku i Jaruzelskim, ale musi poznać „Inkę” i „Janka Wiśniewskiego”

Wielki francuski historyk Fernand Braudel uważał, że historia „jako krytyczna refleksja nad przeszłością jest odpowiedzią na problemy, pytania i niepokoje dnia dzisiejszego”. Dlatego szczególną wagę przywiązywał do nauczania w szkole „tej najbardziej wymagającej, najnowszej i najbardziej interesującej spośród nauk o człowieku”. „Trzeba wzbudzić w młodych ludziach zainteresowanie i pomóc im zrozumieć świat, w którym przyjdzie im żyć i któremu przyjdzie im stawić czoło”, pisał w „Gramatyce cywilizacji” (Warszawa 2006, s. 9).

Czy taki sposób myślenia bliski jest ludziom kierującym polską edukacją? Można mieć co do tego wątpliwości – i dotyczy to wszystkich kolejnych ekip rządowych. Historia odgrywa bowiem w Polsce rolę szczególną, będąc nie tylko nauką (ten wymiar jest w zasadzie ograniczony do wąskich środowisk akademickich), ale przede wszystkim narzędziem oddziaływania elit politycznych i medialnych na ogół społeczeństwa. Stąd niewielkie zapotrzebowanie na historię jako rzetelną wiedzę o wydarzeniach i procesach z przeszłości, za to ogromne na propagandę historyczną, która ma służyć kształtowaniu obywateli i wyborców w duchu określonej ideologii (choć oczywiście nikt tego wprost nie mówi, a i samego słowa ideologia nikt nie używa, chyba że jako zarzutu wobec przeciwników).

Nic dziwnego, że szkolne nauczanie historii zawsze padało ofiarą propagandy historycznej, gdyż państwowy system oświaty stanowił i nadal stanowi ogromną pokusę dla polityków i ich ideologów. Tak było w czasach zaborów, gdy ze szkoły próbowano uczynić narzędzie rusyfikacji i germanizacji. Tak było w II RP, gdzie szkoła miała ukształtować obywateli lojalnych tyleż wobec niepodległego państwa, co wobec jego elity rządzącej, która tę niepodległość wywalczyła. Tak było oczywiście również w Polsce Ludowej, bo choć stopień ideologizacji edukacji historycznej słabł wówczas z każdą dekadą, nie ulegało wątpliwości, że właśnie historia miała być uzasadnieniem istnienia tego państwa, jego ustroju i położenia geopolitycznego.

Natomiast po roku 1989 nastąpił po części powrót do przedwojennej propagandy historycznej, a po części odreagowanie schematów PRL-owskich poprzez ich proste, czasem wręcz prostackie, odwrócenie: klerykalizm w miejsce antyklerykalizmu, antykomunizm w miejsce „rewolucyjnych tradycji”, antysowietyzm w miejsce „przyjaźni ze Związkiem Radzieckim”. Przy czym im większy wpływ na oblicze III RP zdobywała prawica, tym bardziej było to widać w szkolnych programach i podręcznikach.

Skrajnym tego przykładem stał się wprowadzony pod koniec rządów PiS nowy przedmiot dla szkół średnich, o nazwie historia i teraźniejszość, do którego kwintesencję prawicowej wizji świata i jego dziejów stanowił podręcznik prof. Wojciecha Roszkowskiego. Słuszne oburzenie na to „dzieło” nie powinno jednak przysłaniać faktu, że ten sam prof. Roszkowski w pierwszej dekadzie III RP był czołowym autorem podręczników do historii zatwierdzanych przez kolejne ekipy – nawet niemające nic wspólnego z prawicą – które kierowały resortem edukacji. Współautorką tych podręczników była zresztą wiceminister Anna Radziwiłł, politycznie związana z Unią Wolności.

Kompas 26

A ponieważ polska prawica jest coraz radykalniejsza, to i jej stosunek do historii się zradykalizował, w czym największy udział ma oczywiście Instytut Pamięci Narodowej, a obecnie także wywodzący się z IPN lokator Pałacu Prezydenckiego. Pod prostacką wizją historii, jaką publicznie głosi dr Nawrocki, żaden szanujący się uczony by się nie podpisał, a jednak to właśnie Nawrocki i jego byli podwładni z IPN mają największy wpływ na kształtowanie świadomości historycznej nie tylko młodych pokoleń.

W tej sytuacji wprowadzenie przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nowej podstawy programowej z historii wydaje się zadaniem mocno ryzykownym. Oczywiście „Reforma26. Kompas Jutra” obejmuje wszystkie przedmioty szkolne, więc nie tylko historia będzie budziła emocje przeciwników obecnego rządu. Wielkie rozgorączkowanie wywołuje choćby nowy przedmiot – edukacja zdrowotna. Nie miejmy jednak złudzeń, nowa podstawa programowa z historii też stanie się narzędziem walki politycznej, choć może jeszcze nie teraz.

Od 1 września br. weszły bowiem zmiany w klasie IV szkoły podstawowej – czyli tej, w której zaczyna się edukacja historyczna – natomiast 1 września 2027 r. nowe podstawy programowe wejdą w pierwszych klasach szkół ponadpodstawowych. I to wtedy należy się spodziewać głównego ataku na „Reformę26”, tym bardziej że będzie to najgorętszy okres kampanii wyborczej i żadna z prawicowych partii nie zmarnuje okazji, by uderzyć w „antypolską” politykę „lewackiej” ministry Barbary Nowackiej w „niemieckim rządzie Tuska”.

To zaś oznacza, że na żadną sensowną dyskusję na temat edukacji historycznej w Polsce nie ma co liczyć. A szkoda, bo dyskusja taka bardzo by się przydała – i to z udziałem prawdziwych fachowców, a nie krzykliwych polityków i rozgorączkowanych ideologów. Na szczęście jednak głos takich fachowców jakoś dochodzi do resortu edukacji, gdyż „Reforma26. Kompas Jutra” w zakresie historii idzie w kierunku, na jaki dotąd nie było szans. W oficjalnym dokumencie ministerialnym wymienione są postulaty nauczycieli – uzyskane w ramach konsultacji społecznych – które „starano się uwzględnić w nowej podstawie”:

  • ograniczenie wymaganych treści, tak by realizacja głównych zapisów podstawy programowej stała się wykonalna;
  • odejście od encyklopedyzmu – przesunięcie akcentów z pamięciowego opanowywania materiału w stronę rozwijania umiejętności historycznych (analizy i interpretacji, krytycznego myślenia);
  • poszerzenie autonomii
Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Nauka

Beton, który pamięta Majów

Technologia ukryta w dżungli

Jestem w lasach tropikalnych Ameryki Środkowej. Żeby się tu dostać, musiałem polecieć do stolicy Gwatemali, potem śmigłowcem na północ, do Flores, a na koniec autobusem do największego rezerwatu przyrody, zajmującego jedną piątą powierzchni kraju.

To miejsce aż kipi energią życiową i chemią. W wilgotnych pniach drzew przesiadują żaby, wysyłając sygnał ostrzegawczy za pomocą olśniewającej feerii odcieni czerwieni, żółci i błękitów. Pokarm w ich organizmach ulega rozkładowi, co prowadzi do wydzielania różnych śmiertelnych, paraliżujących trucizn. Niektóre z nich badano pod kątem zastosowania w środkach przeciwbólowych, ale dawka lecznicza jest tak bliska dawki śmiertelnej, że z medycznego punktu widzenia to w zasadzie bezużyteczne rozwiązanie.

Po drugiej stronie ścieżki mrówki grzybiarki maszerują zwartą kolumną od mrowiska do drzewa. Wyewoluowały tak, że wykorzystują w swoich żuwaczkach metale ciężkie – ich zęby są pokryte cynkiem, żeby mogły przecinać listowie. Kiedy się wsłuchać i przyjrzeć, to widać, że nigdy nie jest się w dżungli samemu i że wcale nie jesteśmy jedynym gatunkiem, który nauczył się wykorzystywać wiedzę do własnych celów.

Przyjechałem tutaj, żeby zbadać ruiny miasta Yax Mutal, znanego lepiej pod nazwą Tikál. Od ok. 750 r. przed naszą erą do roku 1697 Majowie – nie jeden lud czy grupa etniczna, ale grupa ludów zamieszkujących państwa-miasta – zajmowali przesmyk łączący Amerykę Północną i Południową. Odnosili imponujące zwycięstwa, doświadczali krwawych konfliktów wewnętrznych i upadków, jakie były udziałem wszystkich społeczności w historii. Tikál zyskało na znaczeniu ok. 200 r., następnie, jakieś 700 lat później, popadło w ruinę i zostało pochłonięte przez dżunglę.

Pozostawało w ukryciu, ciche i niewzruszone, znane jedynie z lokalnych legend, i dopiero w latach 40. XIX w. odnaleźli je archeolodzy. Po odgarnięciu poszycia odkryli sekretne miasto zamieszkane niegdyś przez populację liczącą ok. 60 tys. osób – szacunki wahają się od 10 tys. do nawet 400 tys. mieszkańców. Tikál nie było zresztą jedyne.

W średniowieczu w Amerykach rozkwitały miasta i cywilizacje. W Meksyku Aztekowie zbudowali miasto Tenochtitlán, liczące 200 tys. mieszkańców – czyli mniej więcej tyle, ile w ówczesnym Paryżu, i około czterokrotnie więcej niż w Londynie czy Rzymie. Akwedukty dostarczały czystą wodę, a Aztekowie uwielbiali się kąpać (używali mydła z kory drzewa chupandia) przynajmniej dwa razy dziennie. Na terenie dzisiejszego Saint Louis lud, który zbudował Cahokia Mounds, istniał do ok. 1350 r. i pozostawił po sobie dowód złożonej struktury społecznej.

O Inkach w Peru myślimy jako o starożytnej cywilizacji, podczas gdy faktycznie byli oni najeźdźcami: drobna szlachta, podobna tej, jaką można było spotkać w Europie, rządziła 10 mln ludzi zasiedlającymi pas wzdłuż Andów. Doszli do władzy i stworzyli imperium dopiero w 1438 r.

Dziś Tikál jest atrakcją turystyczną, mniej znaną niż l Chichén Itzá na północy, ale rozleglejszą i mniej zatłoczoną. Piramidy świątynne wznoszą się tu na wysokość 65 m (…).

Kiedy się przechadzam dawnym centralnym placem miasta albo wspinam po stromych stopniach Świątyni Wielkiego Jaguara, a przy każdym kroku pot występuje mi na czole, dużo bardziej interesują mnie ówczesne osiągnięcia inżynierii. Południowoamerykańska dżungla jest bezlitosna, a jednak budowle Tikál nadal stoją, opierając się upałom, wilgoci i huraganom wiejącym w głąb lądu z Karaibów. Jak to możliwe, że trwają nienaruszone, podczas gdy domy zbudowane zaledwie dziesiątki lat temu rozpadają się w pył? Jaką tajemną wiedzę posiedli Majowie, że ich piramidy zachowały się do dzisiaj, kiedy ich sąsiedzi, np. Aztekowie, patrzyli, jak nawet ich najlepiej utrzymane miasta powoli niszczeją i popadają w ruinę?

Niewiele wiadomo z historycznych zapisów, ponieważ ludy zamieszkujące Ameryki w większości nie używały pisma w takim sensie, jak je dziś rozumiemy. Aztekowie np. stosowali system obrazkowy oparty na semazjografii, czyli symbolach służących do przekazywania pojęć. Nie były tym

Fragmenty książki Kita Chapmana Epoka alchemii. Jak magia stała się nauką, przeł. Kamila Jansen, Znak Koncept, Kraków 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Europa przestaje wierzyć w siebie

Coraz gorzej oceniamy przywódców i przyszłość kontynentu

Ze wszystkich możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji w Europie upadek – napędzany rozpychającym się, agresywnym nacjonalizmem, industrializacją wykorzystaną do celów wojskowych, rosnącymi nierównościami społecznymi i obawą o utratę statusu superpotęgi – jest chyba najłatwiejszy do wyobrażenia. Głównie dlatego, że już dwa razy mieszkańcy kontynentu w tym filmie występowali, nawet jeśli nigdy wcześniej jego dialogi nie były pisane na platformach internetowych przez armię botów.

W praktyce niewiele to zmienia, bo wystarczy sięgnąć po jakiekolwiek fundamentalne dzieło europejskiej kultury wysokiej XX w., żeby znaleźć w nim echa samozagłady Starego Kontynentu. I jeśli rzeczywiście my, Europejczycy, jesteśmy w czymś liderami na skalę światową, to w byciu prorokami własnej apokalipsy.

Apatia rośnie

W „Czarodziejskiej górze” Tomasz Mann opisał zapatrzonych w siebie mieszczan, których świat rozpadał się u progu I wojny światowej. Im bardziej rozwijała się technologia wojskowa, skracał obieg informacji, a małe kraje destabilizowały dawne imperia międzykontynentalne, tym silniejszy był mechanizm wyparcia – pełne samozadowolenia elity żyły w przekonaniu, że jakoś to będzie, bo jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było.

Pierwszy akt europejskiej autoagresji, czyli Wielka Wojna lat 1914-1918, nie przyniósł szczególnej refleksji, bo tutejsze narody wkrótce wróciły do okopów. Na wielką skalę, na co pozwalała im skuteczniejsza, starsza o te dwie dekady technologia. Problemy społeczne, które doprowadziły do wybuchu I wojny, zostały zlekceważone przez rodzące się europejskie demokracje, a elity handlowe i intelektualne, przekonane o swoim uczestnictwie w najwyższej możliwej formie rozwoju cywilizacyjnego, uważały, że przecież „system wytrzyma”. Wielokrotnie pisała o tym prof. Margaret MacMillan. Ta wybitna kanadyjska historyczka przypomina, jak elity biznesowe Weimaru popierały Hitlera w 1933 r., przekonane, że uda im się wykorzystać go do własnych celów. Koniec tego eksperymentu znają wszyscy.

Joseph Roth, Stefan Zweig, Hannah Arendt, Pier Paolo Pasolini oraz dziesiątki innych twórców i twórczyń powtarzali te same wnioski. W czasach nowszych przeszły one z literatury czy sztuki do nauk politycznych i publicystyki. Najzwięźlej ujął je brytyjski historyk z Oksfordu, prof. Timothy Garton Ash. W ubiegłorocznej rozmowie z Gideonem Rachmanem z „Financial Timesa” stwierdził, że jeśli „w Europie mamy zbyt wiele integracji, zaczynamy się przeciw niej buntować. Jeśli mamy jej jednak za mało, prędzej czy później mordujemy się na masową skalę”.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że w powojenny europejski projekt polityczny, czyli Unię Europejską opartą na równowadze pomiędzy państwami narodowymi i ciałami działającymi dla dobra całego kontynentu, przestają wierzyć nawet sami Europejczycy.

Najnowsze badanie sondażowe („Nostalgia za przyszłością: niedokończona pieśń Europy”) przeprowadzone przez Europejską Radę Spraw Zagranicznych (ECFR) i Europejską Fundację Kultury (ECF) pokazało, jak przeraźliwie apatyczne są nastroje w społeczeństwach europejskich. Sondaż oparty na ponad 5,8 tys. pogłębionych rozmów z obywatelami sześciu krajów: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Polski i Wielkiej Brytanii, poszerzonych o analizę jakościową debat publicznych z 15 europejskich państw, ujawnił potężny spadek zaufania Europejczyków do liderów politycznych. A także przekonanie, że choć kontynent ma zasoby, aby poradzić sobie z egzystencjalnymi wyzwaniami dla jego przyszłości, sprawy nie idą w dobrym kierunku.

Aż 68% respondentów stwierdziło, że odczuwa pogorszenie jakości życia lub ogólne odejście od normalności na kontynencie. Postęp dostrzega tylko 12%. Jeszcze bardziej depresyjny obraz wyłonił się z odpowiedzi na kolejne pytanie – o przyszłość kontynentu. 74% jego mieszkańców uznaje, że europejscy przywódcy nie radzą sobie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Nasza wspólna historia

Nie było państwa polskiego, ale był polski Lwów

Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda”

Nie ma Kresów bez Lwowa, ale też bez Ukrainy i Ukraińców. A przecież jeszcze przed wojną mówiono o nich Rusini, wyróżniała ich przede wszystkim religia.
– Współczesna Ukraina ma bardzo krótką historię. Jako osobna społeczność Ukraińcy wyraziście ujawnili się dopiero po 1848 r., czyli po Wiośnie Ludów. Markijan Szaszkewycz, Iwan Wahyłewycz oraz Jakiw Hołowacki to była ta trójca, która zaczęła udowadniać, że jest absolutnie osobny naród ukraiński i naród ten ma swój własny język. Takiego stanowiska nie akceptowali ani Rosjanie, którzy uważali, że ten język to zepsuta ruszczyzna, ani Polacy, uważający, że to zepsuta polszczyzna. Ale trzej wymienieni intelektualiści – nazwani Ruską Trójcą – nie ulegli i podjęli intensywną działalność, aby wykazać, że racja jest po ich stronie.

Ruska Trójca, działająca głównie we Lwowie, postanowiła społeczność posługującą się językiem, który Rosjanie i Polacy uważali za jakieś gwarowe wynaturzenie, nazwać Ukraińcami, a państwo Ukrainą, co etymologicznie oznacza ziemię rodzimą. To państwo miało być zamknięte granicami od Charkowa na wschodzie po Przemyśl na zachodzie.

Wielka idea.
– Ruska Trójca i kontynuatorzy jej myśli, tacy jak Wołodymyr Barwinsky, Kost Łewycki, Julian Romanczuk czy Iwan Franko, jeden z największych pisarzy i publicystów ukraińskich, nadali tej idei wielką dynamikę. Po 1864 r. proces przyśpieszył – Ukraińcy tworzą we Lwowie swój teatr, a Anatol Wachnianin ukraińskojęzyczne stowarzyszenie społeczno-oświatowe Proswita; powstają ukraińskie gazety, szkoły, podręczniki itp. Z Kijowa do Lwowa, gdzie były nieporównywalnie większe swobody obywatelskie, przyjechał Mychajło Hruszewski, wybitny historyk, nazywany przez Polaków ukraińskim Lelewelem; napisał on dziesięciotomową historię Ukrainy-Rusi, od Jarosława Mądrego i książąt halickich.

I ten naród, żyjący między Moskalami a Polakami, pomieszany, zaczął mieć swoją świadomość.
– Wtedy też pojawiła się ideologia, którą Hruszewski i jego następcy wzięli na sztandary. Ukraińcy wzięli przykład z Polaków.

W jaki sposób?
– Miejmy świadomość, bo to absolutny unikat, że w czasie zaborów nie tylko utrzymaliśmy polskość we Lwowie, ale, mimo niewoli i braku swojego państwa, Polacy wręcz zdominowali to miasto językiem i kulturą. Miasto, w którym przecież żyło kilkanaście innych nacji. Po 1772 r. austriacka administracja zaborcza wysłała do Lwowa całe zastępy urzędników germanizatorów. Miasto miało się nazywać Lemberg, a wszystkie instytucje, z ratuszem na czele, miały szyldy w języku niemieckim. Jak opisywałem Cmentarz Łyczakowski, założony cesarskim dekretem w 1783 r., to wykazałem w swojej monografii, że przez pierwsze 40 lat nagrobki w większości miały inskrypcje w języku niemieckim. Dopiero po roku 1830 polskość zaczęła wracać falą i z roku na rok zyskiwać dominację. W mieście, w którym obok siebie żyło tych kilkanaście nacji, w tym tak dynamicznych jak Żydzi, Ormianie, Austriacy, Czesi, Węgrzy, no i rozbudzeni narodowo Rusini, przyjmujący nazwę „Ukraińcy”, Polacy wybijają się na plan pierwszy. Liczne rodziny żydowskie się polszczą, zasilając polską kulturę twórcami – jak Marian Hemar, Józef Wittlin, Stanisław Jerzy Lec, Ostap Ortwin czy Stanisław Lem – głęboko w nią wrośniętymi, głoszącymi, jak Hemar, że „polszczyzna to ich ojczyzna”.

To zaskakujące?
– Na przykład Żydzi wileńscy nie ulegli procesowi polonizacji, tam objawił się główny ośrodek języka jidysz, a prócz jidysz używali języka rosyjskiego. We Lwowie, stolicy austriackiej Galicji, Polacy byli namiestnikami, prezydentami miasta, rektorami uniwersytetu i politechniki, dyrektorami poczty czy dworca kolejowego. Nie było państwa polskiego, ale były dwa polskie teatry, polska filharmonia, kilkanaście polskich gimnazjów, wielkie biblioteki – Ossolińskich i Baworowskich, polskie muzea – w tym etnograficzne Dzieduszyckich, galerie obrazów, wielka Panorama Racławicka, pokazująca triumf oręża polskiego nad Moskalami. Stawiano pomniki polskim twórcom, np. Fredrze, Ujejskiemu, Mickiewiczowi.

A urzędnicy cesarscy, kupcy?
– Ci Niemcy i Austriacy, którzy przyjechali germanizować miejscową ludność, żenili się z Polkami i przez nie – co też jest swoistym fenomenem – byli skutecznie przerabiani na Polaków. Jak się weźmie przedwojenną książkę telefoniczną miasta Lwów, to tam co drugie nazwisko jest niemieckie

Robert Walenciak
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Jerzy Domański
j.domanski@tygodnikprzeglad.pl

Paweł Dybicz
p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Powstanie: między pamięcią a oceną

Nie mogę powiedzieć, że było warto

Do artykułu Roberta Walenciaka „Pytania o rolę mediów” (nr 29/2026) mam drobną uwagę, a do tekstu „Fałszywa pamięć wielkiej klęski” (nr 33/2026) o powstaniu – komentarz.

Całkowicie zgadzając się z poglądami autora na funkcje niezależnych mediów, widzę w artykule opis stanu idealnego, który jest nieosiągalny w warunkach rzeczywistych, bo nie da się oddzielić mediów od polityki i środków finansowych, co ogranicza swobodę.

Sprawa powstania jest poważniejszej natury. Sam należę do pokolenia ojca red. Walenciaka. W czasie powstania miałem niespełna 14 lat. Życie ocaliła mi gruźlica. Ponieważ byłem nią poważnie zagrożony, wiosną 1939 r. rodzice przenieśli się z Warszawy do Radości, gdzie miał być korzystniejszy klimat. Straciłem przez to kontakt z moją warszawską szkołą. Chociaż wróciliśmy do Warszawy na kilka ostatnich dni lipca 1944 r. – do 11 sierpnia byliśmy na Ochocie – ominęły nas nieszczęścia mieszkańców Woli. Poza drobnym odłamkiem, znalezionym w mojej nodze 40 lat później, nie doznałem innych szkód.

Nie da się tego powiedzieć o moich kolegach z warszawskiej szkoły. Z 24 chłopców z mojej klasy, przeważnie 14-letnich, powstanie przeżyło czterech. Inni zginęli jako łącznicy i kurierzy poczty harcerskiej. Gdybym z nimi został, też pewnie bym zginął. Nazwiska tych, którzy przeżyli, pozostały ze mną na zawsze, tak jak pamięć o tych, którzy zginęli, a w końcu pytanie o to, czy było warto.

To pytanie pozostało nie tylko ze mną. Jest stale powtarzane i wciąż padają podobne odpowiedzi. Bezpośrednio po powstaniu odpowiedź była jednoznaczna: nie. Z takimi opiniami stykałem się w Polsce, kontaktując się wtedy niemal wyłącznie z osobami negatywnie ustosunkowanymi do nowego ustroju. Takie same opinie były na uchodźstwie, jak przekonałem się w rozmowach z byłymi polskimi żołnierzami i uczestnikami powstania. A odbywałem je na początku lat 60. w Anglii. Z biegiem lat pojawiły się inne opinie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Fałszywa historia, narodowa megalomania

Za analfabetyzm historyczny społeczeństwa odpowiadają państwo i Kościół

Sierpniowo-wrześniowy kalendarz patriotyczny co roku wygląda tak samo: najpierw rocznica wybuchu powstania warszawskiego, dwa tygodnie później Święto Wojska Polskiego ustanowione w rocznicę „cudu nad Wisłą”, niedługo potem wspomnienie paktu Ribbentrop-Mołotow, wreszcie rocznice agresji niemieckiej i radzieckiej z 1939 r. Cały ten historyczno-wojenny rytuał nie pozwala Polakom ani na moment zapomnieć rzekomej odwiecznej prawdy, że nasz kraj zawsze leżał między dwiema wrogimi potęgami – Niemcami i Rosją. Rzekomej, ponieważ to powszechne w naszym społeczeństwie przekonanie oparte jest na ignorancji i zakłamaniu.

Gigantyczną nieprawdą jest bowiem twierdzenie, że Niemcy zawsze Polsce zagrażali. Przez większość naszej historii nie było wszak jednego państwa niemieckiego, lecz cała mozaika niemieckojęzycznych państw i państewek, których relacje z Polską były bardzo różne, najczęściej przyjazne lub obojętne. Wrogiem okazały się tylko Prusy, ale dopiero w drugiej połowie XVIII w., gdy wzięły udział w rozbiorach Rzeczypospolitej, podobnie jak habsburska Austria. Ta ostatnia przestała istnieć w 1918 r., następcą Prus zaś stały się zjednoczone przez Bismarcka Niemcy, których stosunek do Polaków rzeczywiście był nieprzyjazny.

Warto jednak pamiętać, że egzystencjalnym zagrożeniem dla naszego narodu stała się dopiero hitlerowska III Rzesza w latach 1939–1945 (paradoksalnie wcześniej Hitler starał się utrzymywać bardzo dobre stosunki z Polską). I to cała historia niemiecko-polskiej wrogości, zamknięta największą klęską w dziejach narodu niemieckiego, która nastąpiła wiosną 1945 r.

Druga część tej rzekomej prawdy, mówiąca o odwiecznym zagrożeniu rosyjskim, również jest mocno zmistyfikowana. Po pierwsze, w średniowieczu, a zatem przez połowę naszych dziejów, żadnej Rosji nie było. Była Ruś Kijowska, z którą piastowska Polska miała bliskie i zwykle dobre kontakty, mimo formalnej różnicy wyznania, potem zaś rywalizacja o ziemie ruskie dwóch wschodnioeuropejskich mocarstw – Litwy i Moskwy.

Wspólne państwo polsko-litewskie rozpoczęło wojny z Moskwą dopiero w XVI w., a przegrywać z nią zaczęło w drugiej połowie następnego stulecia. Natomiast nowoczesna Rosja powstała w XVIII w. jako dzieło Piotra Wielkiego i jego następców, którzy mieli już dość sił i środków, by podporządkować sobie Rzeczpospolitą, a potem zaanektować większość jej terenów.

Warto jednak pamiętać, że wśród rosyjskich władców, a potem radzieckich przywódców byli i tacy, którzy przyczyniali się do odrodzenia polskiej państwowości: cesarz Aleksander I w 1815 r. i Józef Stalin w 1944 r. Niemieccy zaborcy zdecydowali się na to tylko raz – w akcie dwóch cesarzy z listopada 1916 r. Polacy są jednak narodem niewdzięcznym nawet wobec swoich, nic zatem dziwnego, że tych faktów nie mają we wdzięcznej pamięci.

Kult niewiedzy

Mit odwiecznego zagrożenia z dwóch stron trzyma się w Polsce mocno dzięki niewiedzy. To ona sprawia, że mało kto uświadamia sobie, że np. w XVII w. oś zagrożeń dla Rzeczypospolitej przebiegała z północy na południe (Szwecja-Turcja), a nie ze wschodu na zachód. A już kompletnie nie mieści się w naszej świadomości fakt, że „potop” szwedzki, który przyniósł pierwszą wielką katastrofę państwa polsko-litewskiego, zakończył się dla naszych przodków szczęśliwie dzięki pomocy Austrii, Prus i Moskwy, czyli tych samych sąsiadów, którzy później dokonają rozbiorów. Polska historia pełna jest takich paradoksów, o których większość Polaków nie ma pojęcia, karmiona prostacką, megalomańską mitologią narodową.

W tej pseudohistorycznej mitologii centralne miejsce zajmuje antypolski sojusz niemiecko-rosyjski, oczywiście również „odwieczny” i uważany za zupełnie naturalny. W rzeczywistości współpraca Petersburga, a potem Moskwy z Berlinem miała charakter incydentalny, stanowiła raczej wyjątek niż regułę w dziejach obu tych państw. Carskiej Rosji znacznie bliżej było do cesarskiej Austrii niż do królewskich Prus, a potem zjednoczonych Niemiec, z którymi przecież wielokrotnie armia rosyjska toczyła wojny.

W obu wojnach światowych Niemcy i Rosjanie też stali po dwóch stronach frontu. Rozbiory Rzeczypospolitej oraz krótki okres współpracy niemiecko-radzieckiej od września 1939 r. do czerwca 1941 r. to jedyne dowody na potwierdzenie rzekomej „odwieczności” obustronnego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Szarlatani dziękują Nawrockiemu

Trafił się naszej ojczyźnie – i tak nad miarę dotkniętej nieszczęściami – prezydent, który sam w sobie jest problemem. Doszukiwanie się w tym, co mówi, czegoś głębszego ma taki sens jak jego wystąpienie na defiladzie z okazji Święta Wojska Polskiego. Pan prezydent raczył chwalić naszych dzielnych obrońców Monte Cassino. Wychodzi więc na to, że on może być ukrytą opcją niemiecką, której w Polsce szuka ekipa prezesa Kaczyńskiego. Oczywiście każdy może się przejęzyczyć i każdy może pomylić karty historii, ale były prezes IPN, niezależnie od tego, jak marna to instytucja, powinien mieć elementarną wiedzę. Chyba że zgubił snusy i był na głodzie nikotynowym. Wiadomo, że w takiej sytuacji człowiek przestaje trzeźwo myśleć.

Nim Polacy znający historię II wojny światowej wyszli z szoku, prezydent Nawrocki wprawił w osłupienie świat medyczny, nie podpisując ustawy „lex szarlatan”. Skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Czyli do instytucji, którą z premedytacją rozwala. Skandalem jest to, co robi

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Nie ma już muru pod skałą

Czy Gibraltar będzie kiedyś hiszpański?

Na mocy podpisanego 15 lipca 2026 r. porozumienia między Unią Europejską a Wielką Brytanią zburzono słynne ogrodzenie graniczne La Verja, oddzielające Hiszpanię od Gibraltaru.

W czasach, kiedy w Europie coraz więcej granic istnieje tylko na papierze, ogrodzenie oddzielające terytorium brytyjskie od hiszpańskiego było wstydliwym wyrzutem sumienia dla Starego Kontynentu. Choć bardzo różniło się od tego dzielącego obie części Berlina, a miejscami było zwykłą drucianą siatką, nikt nie ośmielał się go forsować – konsekwencje takiej zuchwałości mogły być poważne.

Tego lata Gibraltar został objęty unią celną z UE i zintegrowany ze strefą Schengen. Zmiany te oznaczają swobodny przepływ osób przez – wcześniej obfitujące w zasieki i płoty – rozległe przejście graniczne we wschodniej części Gibraltaru.

Choć w wielu mediach znajdziemy informacje, że Gibraltar wszedł do Schengen, formalnie pozostaje on poza strefą swobodnego przemieszczania. W praktyce jednak, pod nadzorem Hiszpanii, będą obowiązywały go te same zasady, co innych członków strefy. Podwójne, unijne i brytyjskie, kontrole mają obowiązywać już tylko w porcie i na lotnisku w Gibraltarze, które obsługuje jednak niewiele lotów, głównie z i do Londynu. Tam odprawy będą przeprowadzane zarówno przez Hiszpanów, jak i służby Gibraltaru.

Ulga dla Andaluzyjczyków i turystów

Zajmujący powierzchnię 6,5 km kw. Gibraltar zamieszkiwany jest przez niespełna 38 tys. ludzi. Tak niewielka powierzchnia powoduje, że najlepszych środkiem przemieszczania się po niej są… nasze nogi, a także często widywane na przejściu granicznym rowery. Położony na skalistym i wąskim półwyspie Gibraltar (zaledwie 14 km od brzegów Maroka) od północy graniczy z hiszpańskim miastem La Línea de la Concepción. I to właśnie z tej i do tej hiszpańskiej miejscowości codziennie przemieszczają się tysiące osób. Według danych hiszpańskich to nawet 15 tys. osób na dobę. Powód tej intensywnej, codziennej migracji jest banalny. Mieszkańcy Gibraltaru należą do najlepiej zarabiających na świecie. Ci z kolei, którzy zamieszkują ponad 60-tysięczne La Línea de la Concepción, zaliczają się do najsłabiej uposażonych w Hiszpanii. Bezrobocie na terenach południowej Andaluzji sięga dziś 25%.

Symbolem maleńkiego Gibraltaru, przyciągającym najliczniejsze rzesze turystów, jest wnosząca się na wysokość 426 m skała. W rezerwacie wokół Skały Gibraltarskiej żyje ok. 250 małp magotów. Są jedynymi wolno żyjącymi tego typu małpami w Europie.

Począwszy od tego lata,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Stąd, czyli z Bielska Podlaskiego

Mamy katolików, prawosławnych i niewierzących. Na jednych i na drugich świętach ciasta jemy

– Dyrektor mojej podstawówki powtarzał, że Bielsk Podlaski tym się różni od Hajnówki, że tam jest zbieranina z całej Polski, bo jak po I wojnie światowej wystartował przemysł drzewny, wszyscy tam ciągnęli, a u nas jakby wziąć cyrkiel i zrobić kółko na 20 km wokół miasta, to większość ludzi jest stąd – mówi Jacek Prokopiuk, lokalny dziennikarz, z którym spotykam się w azjatyckiej restauracji przy Placu Ratuszowym.

Tak, w azjatyckiej. Nie w podlaskiej z kartaczami i kiszką ziemniaczaną, ale w restauracji nazwą i zdjęciami na ścianach nawiązującej do Wietnamu.

W mieście są sushi, pizzeria Wenecja, turecki kebab, kawiarnia Hajduczek, chińskie centrum handlowe i sklepy Społem co kawałek. Tu stara drewniana chałupa, tu pokryta sidingiem, a tu oblepiona reklamami. Z tym że jednak starych drewnianych chałup to już prawie nie ma.

Jacek Prokopiuk wspomina lata 70. i 80., czas dzieciństwa, kiedy Bielsk Podlaski był drewnianym miastem, ale na jego oczach się zmieniał. Dziś drewniane chaty zostały przy ulicy Zamkowej, a drewniana ulica Mickiewicza zamieniła się w typową ulicę miasta powiatowego, czyli otynkowana ciągnie się przez miasto ze sklepami i usługami po obu stronach, reklamowanymi na kolejnych szyldach i plakatach. Architektura też jest powiatowa – budynki z czasów PRL i wesoła architektoniczna twórczość lat 90., a do tego kilka plastikowo-szklanych wstawek z XXI w.

Wróćmy jednak do tego, co mówi Prokopiuk, a mówi, że „stąd”. Co to znaczy? Ano nie to, co większość osób myśli, że znaczy. Czyli nie chodzi o żadną tam narodowość czy jednolitość religijną.

– Na zachodzie powiatu są katolicy o silnie prawicowych poglądach, a na wschodzie powiatu prawosławni, którzy głosują przeciwko PiS. Mamy różną mentalność, ale jedną świadomość przynależności do tego miejsca.

W rodzinie Jacka Prokopiuka dopiero ojciec zaczął mówić po polsku. Dziadek nie mówił. Ale to nieważne, bo co innego język, religia i pochodzenie, a co innego właśnie ta świadomość, bo nawet jeśli ktoś tu ma tę ukraińską czy białoruską, to ma też bielską.

Zerknijmy w statystyki. W Bielsku Podlaskim mieszka ok. 23,5 tys. osób, a w całym powiecie ok. 50 tys. Prócz Polaków są tu przedstawiciele mniejszości narodowych białoruskiej i ukraińskiej. Ci pierwsi stanowią ok. 20% mieszkańców miasta i powiatu, dochodząc nawet do 70% w gminie Orla.

W wyborach parlamentarnych w 2023 r. w zachodniej gminie Brańsk PiS zgarnęło 74%, a KO otrzymała tylko 4%, we wschodniej gminie Orla KO 34%, Trzecia Droga 22%, a PiS 25%, za to w samym mieście Bielsk Podlaski PiS miało 28%, a KO 32%.

W 2025 r. w powiecie bielskim wygrał Karol Nawrocki z 60-procentowym wynikiem przy 40-procentowym wyniku Rafała Trzaskowskiego. Zresztą podobnie procentowo rozkładają się proporcje między katolikami i osobami wyznania prawosławnego – 60% do 40%. W mieście Bielsk Podlaski i w gminie Orla wygrał kandydat KO.

To pokazuje, że mamy do czynienia z powiatem granicznym,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.