Mówienie jest złotem

Kuchnia polska

Podobno Jean Monnet, jeden z ojców idei zjednoczonej Europy, miał powiedzieć: „Gdybym mógł zacząć od początku, zacząłbym od kultury”. Wielki polityk mógł mieć na myśli to, że jeśli chce się stworzyć możliwie spójny organizm z kilkunastu krajów mówiących różnymi językami, to trzeba koniecznie znaleźć dla niego jakiś inny, wspólny mianownik kulturalny. Ale mógł również dawać do zrozumienia, że każde działanie społeczne, które nie znajduje oparcia w społecznych postawach kulturalnych, musi być działaniem chwiejnym i niepewnym, a więc od kultury trzeba zaczynać.
Rząd, zgodnie z zapowiedzią, przedstawił swoje zamiary gospodarcze, wśród których znalazło się również poparcie dla budownictwa jako koła napędowego gospodarki i zatrudnienia, a więc to, o co upominałem się kiedyś na tym miejscu (patrz: felieton „Gdyby…”, „Przegląd” nr 1). Tym jednak, co ciągle trudno odczytać z planów rządu, są jego zamiary kulturalne.
Być może wpływa na to mizeria budżetu kultury, z którym faktycznie trudno cokolwiek zrobić; być może myśl Monneta nie zdobyła sobie jeszcze u nas szczególnego zrozumienia; być może wreszcie wpływa na to również pewna tajemniczość samego ministra kultury. Wokół tej tajemniczości rozegrała się już zresztą niewielka zawierucha prasowa, w której Piotr Kuncewicz – bądź co bądź prezes Związku Literatów Polskich – dziwił się, że nie może uzyskać audiencji u ministra kultury, milczkowatości szefa resortu bronił w „Przeglądzie” Piotr Gadzinowski, a sam minister powiedział w „Trybunie”, że gdyby rozmawiał ze wszystkimi, którzy go o to proszą, nie miałby czasu na nic innego.
Rzecz jest z pozoru bagatelna, w istocie jednak zahacza o sprawy dość ważne. Miałem to wątpliwe szczęście, że widziałem na własne oczy wszystkich ministrów kultury, którzy piastowali ten urząd po wojnie (dla ścisłości: z wyjątkiem pani Nazarowej, pana Ujazdowskiego i tego ministra, który przez chwilę był po nim, a którego nazwiska nie zdążyłem nawet zanotować). I otóż patrząc z tej perspektywy, mogę powiedzieć, że znacznie lepszą opinią cieszyli się ci ministrowie, którzy rozmawiali, niż ci, którzy milczeli. Jeszcze zaś lepsze wspomnienie, czasami niezasłużenie, zostawili po sobie ci, którzy potrafili wręcz wchodzić w środowiska ludzi kultury także na gruncie prywatnym, artystycznym, choćby jako zainteresowani faktami kulturalnymi odbiorcy. Przecież nawet Sokorski, który wdrażał socrealizm, cieszył się jednak pewną sympatią jako człowiek, który bywał, znał i rozmawiał.
Można to oczywiście złożyć na karb próżności środowisk artystycznych, które lubią być dopieszczane przez władzę, można też owym komunikatywnym ministrom zarzucić wyrachowaną przebiegłość. Nie wyczerpuje to jednak sprawy, bowiem także w skali międzynarodowej ministrowie rozmowni, zainteresowani i przyjaźni – Malreaux, Lang, a także na przykład Łunaczarski – przeszli do historii, podczas gdy o innych słuch zaginął, nawet jeśli nieźle administrowali kulturą.
Dlaczego? Dlatego zapewne, że kultura to są również ludzie tworzący fakty artystyczne. Zapomina się o tym często i także ja sam, pisząc i mówiąc o kulturze, myślę częściej o jej odbiorcach – a dokładniej o ludziach wyłączanych obecnie przez niedostatek z kręgu odbiorców kultury – niż o artystach, o których sądzi się, że i tak sobie poradzą. Pewnie, że jakoś sobie poradzą, w najgorszej sytuacji zmienią zawód. Ale z drugiej strony, nie można nie widzieć, że od tego, jak oni myślą, co im chodzi po głowie, co wreszcie mogą ze swoich pomysłów zrealizować, zależy dynamika życia kulturalnego. W tym także zainteresowanie masowych odbiorców dla zdarzeń i problemów kulturalnych.
Otóż ci ministrowie, których wspomniałem tu jako otwartych rozmówców, rozumieli po prostu, że konwersując z artystami, mogą im w ten sposób przekazać choćby część swoich intencji, do czegoś ich zapalić, a do czegoś zniechęcić. Na tym zaś także polega polityka kulturalna, często nie mniej skuteczna niż regulacje prawne, rozporządzenia czy nawet dotacje. Diagilew, wielki choreograf, mówił, że „jeśli chce się otrzymać dzieło sztuki, należy zaangażować artystę”. Ale należy go również zaangażować co najmniej emocjonalnie, jeśli chce się osiągnąć określone cele kulturalne i pożądany klimat życia kulturalnego.
Ów klimat zaś wydaje mi się szczególnie ważny w obliczu naszych planów integracyjnych z Europą. W wielu środowiskach powtarza się opinię, że wprawdzie Polska pozostaje w tyle za rozwiniętymi krajami Zachodu, jednak pod względem kultury artystycznej nie mamy się czego wstydzić i jest to nasz najlepszy szyld oraz produkt eksportowy.
Niestety, nie jest to już całkiem prawdziwe. Owszem, mamy dwa Noble literackie, mamy też kilku (niektórych już zresztą nieżyjących, jak Tadeusz Kantor na przykład) artystów, których obwozimy po świecie, po wystawach, festiwalach i przeglądach, są to jednak – powiedzmy szczerze – w dużej mierze czcigodne zabytki. Natomiast poziom debaty kulturalnej jest u nas niski, niemal prowincjonalny. Wielkie tematy kultury – jak choćby te, które pasjonują dziś świat po 11 września, w obliczu „zderzenia cywilizacji”, a także zderzenia świata biednych ze światem bogatych, zderzenia amerykanizmu z resztą naszego globu, wreszcie zderzenia jednostki ze społeczeństwem zuniformizowanym – odbijają się u nas mizernym, jałowym echem. Nawet nasze niepowtarzalne doświadczenie społeczeństwa, które wyszło z totalitaryzmu na demokrację, ale równocześnie z jakiego takiego egalitaryzmu na brutalny system klasowy – doświadczenie, na którym zbijają swój kapitał artystyczny Rosjanie – jawi się u nas jako mętne albo wręcz płaskie i głupkowate, jak w okrzyczanej za arcydzieło telewizyjnej sztuce „Gwiazdy i los człowieka” Macieja Pisuka.
Kultura jest to obwód zamknięty, który przestaje działać, gdy brakuje w nim choćby jednego elementu. Pewnie, że nie można jej mieć bez pieniędzy. I nie można jej mieć bez masowego, demokratycznego dostępu dla odbiorców. Po co jednak komu dostęp, skoro nie bardzo jest do czego? I o tym chyba lepiej rozmawiać z artystami niż milczeć.
Wbrew przysłowiu bowiem, że milczenie jest złotem, w kulturze złotem jest mówienie.

 

Wydanie: 7/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy