Po czym Kaczor rozpoznał dziada

Teledelirka

Po felietonie „Och, Zyta” odezwało się wiele osób, łącznie z bohaterką, która narzekała na fotografię, jaką zamieściła redakcja; ja zawsze wolę rysunki. Gilowska pisze, że wygląda na tej fotce jak poseł Ł. i że „Przegląd” ma jej lepsze zdjęcia, w nowym kostiumie od naszej krawcowej artystki.
Z grubej rury dostało mi się od „NIE” za zbyt łagodne potraktowanie Zyty. Jest teraz w dobrym tonie walić w nią jak w kaczy kuper, co mnie nie dziwi, to zazdrość o każdą wyrazistą osobowość, jaka pojawia się na arenie. Gdybym czytała wcześniejsze ataki, pewnie nie napisałabym tego felietonu, bo nie odpowiada mi ani chór wujów, ani też ciór chotek.
Agnieszka Wołk-Łaniewska (czytuję ją z ciekawością) pisze, że Kofta „lamentuje” z powodu złego zachowania Zyty, która „złamała jej serce”, i że moja miłość do Zyty polega na tym, że mamy wspólną krawcową. Wreszcie z hukiem wtacza się najcięższego kalibru armata, że mój feminizm polega na popieraniu kobiet z racji pierwszorzędowych cech płciowych. Wyłącznie.
Dwie gołe baby zderzyły się w wannie i tak klasnęło, że nie macie pojęcia, jak pisał nieodżałowanej pamięci Gałczyński, dowcipny jak sam Urban, który powinien być mistrzem Wołk.

Na jej dictum o pierwszorzędowych cechach płciowych, którym chciała mnie chlasnąć, żeby klasnęło, mogę odpowiedzieć najdelikatniej jak umiem: fuck you!
Po pierwszorzędowych cechach baby od dziada na oko nie odróżni nawet sam miłościwie nam panujący w stolicy Lech Kaczyński, który zwrócił się do osobnika płci męskiej per „Spieprzaj, dziadu!”. Co więcej, nie udałoby mu się to nawet przy pomocy brata. Pierwszorzędowe cechy oznaczają tylko odrębność gonad, czyli jąder i jajników. Drugorzędowe to te, które tak podniecają Francuzów, że wołają: Vive la petite différence! Belfer od biologii, póki jeszcze nie rządzi nami Liga Polskich Rodzin, może o nich na tablicy wypisywać świństwa jako o odrębności narządów kopulacyjnych oraz dróg płciowych. Dopiero trzeciorzędowe cechy – jak kształt, owłosienie – powodują, że Lech K. rozpoznał na ulicy dziada jako dziada.
Pojęcie pierwszorzędowści czy wymyślony przez Kotarbińskiego termin „spolegliwy”, oznaczający człowieka, na którym można się oprzeć, kogoś godnego zaufania, kto cię nie zawiedzie, niezależnie od tego, czy nosi jądra, czy jajniki, występujący już powszechnie w znaczeniu „uległy”, to typowe dziennikarskie błędy latające jak oskubane kury po tekstach gazet. W każdej szanującej się redakcji powinien wisieć wykaz tego rodzaju lapsusów, a za popełnienie ich dziennikarz powinien płacić karę.
Żeby już całkowicie pognębić Gilowską, Łaniewska pisze, że mój wybór był nietrafny, gdyż posłanka Zyta ma w sobie „tyle kobiecości, ile Helmut Kohl przebrany w spódnicę”. Jeżeli to są właściwe pozycje ataku feministycznego, to ja otrzepuję piórka i zmywam się z tej polemiki.
Napisałam o błahostkach, by ucieszyć tych, co lubią, żeby było śmiesznie, bo po ostatnim felietonie o miłości SLD do bursztynu i Kościoła ze strony własnego męża spotkał mnie zarzut, że walę zbyt poważnie. Dzieje się tak dlatego, że gdy oczy przysłaniam i patrzę het, het, aż na krzywiznę ziemi na horyzoncie, nie widzę żadnej innej partii, która ma lepszą kadrę, by rządzić naszym krajem, ale wiem też, że nie może być tak, jak jest.
Nie myślę tu o psach zagryzających dzieci na podwórku sąsiada szukające pijanej matki czy idące drogą. Dziury w płotach, wściekle obnażone kły, to robi się powoli polski pejzaż. Informacja o tym, że po każdym wypadku rozszarpania rozdzwaniają się telefony do kynologów z pytaniami, gdzie można takie zwierzę kupić, trochę mnie zdziwiła. Nie to, że istnieją fani ostrych piesków, ale duża ilość chętnych.
W TV oglądaliśmy scenografię przypominającą „Ucieczkę z Nowego Jorku”, groźny pejzaż w upiornej poświacie, ciemne tory prowadzące w daleki, bogatszy świat, na torach czarne bryłki, potem zbliżenie na coś nieokreślonego, w końcu płaczący ludzie i informacja, że czterech chłopców zginęło przy zbieraniu węgla. Chyba uciekali przed jednym pociągiem i wpadli pod nadjeżdżający z naprzeciwka.
Zmiana planu filmowego, jasny dzień, urzędnik o nieruchomej twarzy piętnuje złodziejstwo na torach. Zbitka: czworo martwych dzieci z biedy zbierających węgiel i zimny służbista, wbija człowieka w fotel. Łudzę się, że to była manipulacja, że ten facet mówił o tym wcześniej.
To incydentalne przypadki, za które nie odpowiada rządząca koalicja, lecz także opozycja. W sprawie psów wypadałoby reagować ustawami, karać właścicieli, hodowców niedozwolonych ras jak w innych krajach. O przygotowaniu Śląska do życia w niepodległej rodzinie wolę nie myśleć.
Niepokoją ruchy dotyczące całych grup, takie jak próba posunięcia barów mlecznych; podobno na razie zostają, aż do następnego zamachu lewym sierpowym w zubożały, często bezrobotny elektorat. Świta też nadzieja, że dzieciaki bezrobotnych, którzy stracili zasiłek, albo mające rodziców olewających pociechy czy też te, co trafiły na totalny margines, będą miały prawo do ubezpieczenia i leczenia w szpitalu.
A wiedzieliście, Drodzy Czytelnicy, że nie mają? No właśnie.
Protestowały wrocławskie pielęgniarki, które od czterech lat dostają pensje w ratach. Nie miały: a. kijów bejsbolowych, b. butelek z koktajlami Mołotowa, c. strzykawek wycelowanych w policję. Rzucały się natomiast w oczy ich trzeciorzędowe cechy płciowe, pozwalające siłom specjalnym rozpoznać je jako słabe kobiety. Dlatego dostały wycisk.

 

Wydanie: 47/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy