Moje wystąpienie inauguracyjne

Moje wystąpienie inauguracyjne

Mówią, że święta księga prawdę ci powie. Tora, Koran i Nowy Testament, Wedy i Brahmany, Platon i Rorty. Przynajmniej tę jedną prawdę: w życiu nie jest łatwo. I że love hurts (jak przez całe lata 80. śpiewali rozżaleni wokaliści). A ponieważ każda sztuka teatralna, film, baśń czy bajka sprzedają podobny sens, właściwie powinniśmy się dziwić, że się dziwimy, że idzie jak po grudzie i w ogóle – jak to kiedyś napisał poeta – trzeba przerzucać ten gnój.

Dwie najsłynniejsze koncepcje „duszy” – Platona i Freuda – też powinny nam dać do myślenia. Czy to walka czarnego narowistego konia z jasnym i szlachetnym dosłownie rozrywająca rydwan, którym stara się kierować człowiek, czy męcząca dyskusja superegoid, które wciąż szarpią „ja”, podrzucają mu jakieś tweety z podziemia, jakieś obrazy na ścianę? Czy zwykła walka z sobą samym przy lodówce – umęczony byt (czyli ja i, drogi czytelniku, ty) nie wie. To jego najpospolitsza kondycja. Wiedzie swój żywot na zasnutej smogiem niebieskiej planetce i wydaje szmalec na poradniki „Jak żyć”. Czy stać się „człowiekiem-pizdą” z wiersza Tomasza Bąka? Czy kapitalistką z książek o amerykańskiej produkcji filmowej? Czy rozmyślającym nad śmiercią i cudami świata melancholikiem z wierszy Reznikoffa? Czy pociągającym dekadentem z łobuzerskich tekstów Berrymana?

A co, gdyby w tej grze większość z nas wybrała dla siebie rolę człowieka-pizdy? Człowiek-pizda niewiele światu zaszkodzi, jego ślad węglowy jest umiarkowany. Samolotem nie lata, korzysta z bibliotek, w ogóle mało kupuje. To „proletariusz umysłowy” z zabytkowej książeczki Emmy Goldman (1869-1940): „W istocie wszyscy ci, którzy żyją z własnej pracy – pracy swoich rąk czy umysłu – wszyscy, którzy muszą sprzedawać swoje umiejętności, wiedzę, doświadczenie czy zdolności – są proletariuszami (…). Proletariusze umysłowi, tak samo jak robotnicy z warsztatów i kopalni, walczą o niepewną i żałosną egzystencję. Są nawet bardziej uzależnieni od swoich panów niż ci, którzy żyją z pracy rąk”. Ponadto człowiek-pizda nikogo nie ogrywa, raczej sam jest ogrywany. Zawsze chce być miły i tak długo namyśla się nad tym, jak się zachować, że ląduje w dupie świata – z najgorszym miejscem w pociągu, na najbardziej nasłonecznionej betonowej ławce przy basenie, ostatni jak antyszczepionkowiec w kolejce do gabinetu ministra Dworczyka.

Przyznaję, nie zawsze byłam człowiekiem-pizdą, ale wiele razy szłam za samochodem, który dla żartu zatrzymywał się i odjeżdżał, zatrzymywał się i odjeżdżał. Wiele razy też wizja, że mówię do kogoś w kolejce: „pan tu nie stał”, sprawiała, że wolałam poczekać trochę dłużej, chociaż pociłam się pod puchową kurtką i robiłam się czerwona ze złości. W takiej sytuacji czułam się jak Piotr Sommer poproszony o napisanie „polecajki” na okładkę – kiedy się zgodzi, to źle się czuje, kiedy się nie zgodzi, to też źle się czuje. Przenosząc to na kolejkę: awanturować się licho i nic nie powiedzieć lichutko. Przed świętami w warzywniaku (przyszłam po ziemniaki) spytałam o cenę bombek, które w międzyczasie okazały się plastikowe, ale – cóż za niespodzianka – randomowa pani z kolejki wypaliła: „To ja! To ja zrobiłam!” (musiałam zakupić tych „rzeczy” naręcze). I niepotrzebny peeling z kawy w osiedlowej piekarni, czarny w przezroczystym słoiku – bo go zrobiła właścicielki córka.

Jak to poetka. Jak to poeta. Człowiek-pizda. Fajnego auta sobie nie kupi, wiersza Netfliksowi nie sprzeda. Jak to rozrysował Darek Foks w książce „Ludzie kultury”: „Byłbym się z nią ożenił, ale nie chciała utknąć / na samym dole drabiny społecznej ze mną. / Byłbym się z nią ożenił, ale nie chciała utknąć / na samym dole drabiny społecznej z moim ojcem. / Byłbym się z nią ożenił, ale nie chciała utknąć / na samym dole drabiny społecznej z moją matką. (…) Byłbym się z nią ożenił, ale nie chciała utknąć / na samym dole drabiny społecznej z moim etatem. / Byłbym się z nią ożenił, ale nie chciała utknąć / na samym dole drabiny społecznej z moją biblioteką”. Na to Platon: „Nieprawdaż, kto nie ma we własnym wnętrzu niczego cenniejszego niż to, co z siebie wydusił i napisał po długich a ciężkich cierpieniach, dodając i kreśląc niezliczone razy – tego tylko słusznie możesz nazwać poetą, pisarzem mów czy praw”. Wniosek z obu przytoczeń nasuwa się sam. Najpierw cierpi i wydusza, potem nikt się z nim żenić nie chce. Ani nawet mieszkać – utknąwszy z jego biblioteką na samym dole wszystkiego. Gorzej ma tylko poetka, która w tym czasie – zmuszona przez tradycję i hist. lit. pol. – napisze coś o miłości i liściach.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy