Prezydent, premier i duch Straussa

Prezydent, premier i duch Straussa

Nie głosowałem na Lecha Kaczyńskiego, a mimo to uważam go za swojego prezydenta.
Jest on moim prezydentem, bo został legalnie wybrany w wolnych wyborach. Czy wynik wyborów mi się podoba, czy nie, szanuję ten wybór i szanuję prezydenta, bo jest on „najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej”. Dlatego różne niewybredne dowcipy o prezydencie i jego rodzinie uważam za niesmaczne i nie na miejscu. Obrażanie godności prezydenta obraża godność Rzeczypospolitej i godność jej obywateli. A więc także moją godność. Tę samą miarę stosowałem jednak także do poprzednich prezydentów i to mnie od większości wielbicieli Lecha Kaczyńskiego różni.
Szacunek, którym darzę prezydenta, nie rozciąga się na jego polityczne otoczenie. Uważam je za szkodliwe dla Polski i dla samego prezydenta. To otoczenie robi wszystko, by Lech Kaczyński był nie „prezydentem wszystkich Polaków”, ale tylko prezydentem PiS i jego wyborców. To otoczenie, żeby nie powiedzieć „dwór”, w imię własnych ambicji politycznych konfliktuje coraz bardziej prezydenta z rządem. Robi coś w demokracjach parlamentarnych niespotykanego: z Pałacu Prezydenckiego czyni opozycję wobec rządu i sejmowej większości. Rola opozycji w demokracji jest oczywista. Opozycja patrzy rządowi na ręce, krytykuje błędy, przedstawia alternatywę dla propozycji rządzącej większości, zdobywa sobie poparcie społeczne i w kolejnych wyborach staje w szranki z rządzącymi. Opozycja w demokracji nie ma jednak siły destrukcyjnej, choćby tylko z tego powodu, że z założenia jest w mniejszości. Może do woli krytykować, odwołując się do opinii publicznej, ale nie jest w stanie sabotować. Jeśli rolę opozycji przejmuje Kancelaria Prezydenta, sprawa przybiera niebezpieczny obrót. Tu już nie tylko na patrzeniu na ręce i krytyce się kończy. Opozycja prezydenta wobec rządu może prowadzić do destrukcji aparatu rządzenia, publiczne zaś spory, wzajemne złośliwości wymieniane między prezydentem a rządem godzą w powagę państwa, w jego autorytet międzynarodowy, obniżają zaufanie obywateli do władzy.
Ostatnio, jak donosi „Dziennik”, doradcy prezydenta wymyślili, że prezydent może zablokować nominację szefów służb specjalnych poprzez wstrzymanie się od wydania opinii w tych sprawach. Przypomnijmy: szefów służb mianuje premier, po zasięgnięciu opinii Kolegium ds. Służb Specjalnych, sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych oraz prezydenta. Żaden z organów opiniujących nie ma prawa weta, opinie nie są bowiem dla premiera wiążące. Premier ma obowiązek zwrócić się o opinię, zapoznać z nią i podjąć decyzję w sprawie nominacji. Za nominację ponosi odpowiedzialność premier. Może więc powołać daną osobę na stanowisko szefa służby, nawet gdyby wszystkie opinie były negatywne. Zwiększa to jedynie ciężar odpowiedzialności, jaką na siebie bierze.
Jeśli wierzyć „Dziennikowi”, doradcy prezydenta wpadli ostatnio na pomysł, aby prezydent zablokował nominacje, powstrzymując się od wydawania opinii. Jeśli to prawda, to pomysł jest nadzwyczaj głupi, a głupie pomysły na tym szczeblu władzy są z zasady szkodliwe i niebezpieczne dla państwa.
Pomysł zaś jest głupi z kilku powodów. Zaostrzając konflikt prezydenta z rządem, do zablokowania nominacji i tak by nie doprowadził (bo z prawnego punktu widzenia doprowadzić by nie mógł), osłabiłby jednak autorytet prezydenta, który wyszedłby tu na nieskutecznego złośliwca, który w dodatku, choć jest profesorem prawa, na prawie się nie zna. Naraziłoby to też prezydenta na odpowiedzialność konstytucyjną za niewypełnianie obowiązków.
Lepiej zaiste prezydentowi doradzić już nie można!
Wedle prawa, premier przed dokonaniem nominacji zwraca się o opinię o kandydacie. Podmiot, do którego się zwraca (tu: prezydent, Kolegium ds. Służb Specjalnych, komisja sejmowa), ma obowiązek „w rozsądnym terminie” (czyli bez zbędnej zwłoki) opinię wydać. Pozytywną lub negatywną. Obowiązkiem premiera jest z nadesłanymi mu opiniami się zapoznać i podjąć decyzję. Jeśli podmiot, do którego premier o opinię się zwrócił, nie wyda jej w „rozsądnym terminie”, czyli bez wspomnianej zbędnej i nieuzasadnionej zwłoki, premier może dokonać nominacji, nie czekając na opinię. Wystarczy, że o opinię w przepisanej prawem drodze wystąpił, że opiniujący miał obiektywną możliwość wydania opinii (negatywnej lub pozytywnej), a z tej możliwości nie skorzystał. Natomiast otwiera się kwestia odpowiedzialności tego, kogo prawo do wydania opinii obligowało, a kto tego obowiązku nie dopełnił. Przypomnieć trzeba, że prezydent RP odpowiada nie tylko „przed Bogiem i historią” (jak stanowiła konstytucja kwietniowa), lecz także przed Trybunałem Stanu. Jeśli czyniąc rządowi na złość, swe konstytucyjne obowiązki uporczywie by sabotował, mógłby być postawiony nawet przed Trybunałem Stanu.
Impeachment w stosunku do prezydenta to rzecz nader rzadka, ale przecież zdarzająca się, i to nawet współcześnie i w tym regionie Europy, aby tylko przypomnieć przypadek litewskiego prezydenta Rolandasa Paksasa.
Dlaczego jako poseł LiD zajmuję się konfliktem premiera z prezydentem? Co mnie ta kłótnia w prawicowej rodzinie obchodzi? Obchodzi mnie jako obywatela, bo skutki tej rodzinnej, wewnątrzprawicowej kłótni osłabiają autorytet mojego państwa i szkodzą sprawności jego działania.
A to nie powinno być obojętne żadnemu obywatelowi, bez względu na to, czy reprezentuje parlamentarną większość, czy opozycję.
Tymczasem jeden z posłów Platformy wyznał, że marzy mu się, aby z Małopolski zrobić drugą Bawarię, a z małopolskiej PO taką małopolską CSU w stosunku do ogólnopolskiej PO-CDU. Pogratulować pomysłu. Na razie kandydat na małopolskiego Franza Josepha Straussa lekko zdystansował się od swego „ogólnopolskiego CDU”, inaczej głosując w Sejmie nad uchwałą w sprawie traktatu lizbońskiego. Inaczej, czyli dość podobnie jak PiS.
W związku z tym przypomniała mi się taka historia, ponoć prawdziwa. W latach 80. bawił w Krakowie Franz Joseph Strauss. Zatrzymał się w ówczesnym hotelu Holiday Inn. Choć w tych czasach pokoje w takich hotelach były i tak podsłuchiwane, w tym bezpieka założyła dodatkowe podsłuchy. Z centrali MSW w Warszawie przyjechała z tej okazji specjalna ekipa z generałem na czele. Strauss po licznych spotkaniach w mieście wreszcie zjawił się w hotelu. Jest! W gmachu WUSW ekipa ze słuchawkami na uszach zastygła w oczekiwaniu, chłonąc dźwięki dochodzące ze Straussowego apartamentu. Trzaśnięcie drzwi. Szum wodospadu spłuczki klozetowej, szum wody z kranu, a może z prysznica. Chwila ciszy. Napięcie podsłuchującej ekipy rosło. Znów cisza… I nagle: głośne pruknięcie Straussa, które było jedynym dającym się wyraźnie usłyszeć i zidentyfikować dźwiękiem poprzedzającym miarowy oddech szefa bawarskiej CSU wskazujący na to, że podsłuchiwany figurant zasnął…
Nikt zapewne nie przypuszczał, że zdarzenie to będzie miało kiedyś swój dalszy ciąg, a poprzedzony mocnym akcentem sen Franza Josepha Straussa po latach znajdzie swą kontynuację w śnie o małopolskiej CSU…

Wydanie: 3/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy