Nieustające rozliczenia

Nieustające rozliczenia

Bez uprzedzeń

Czytelnicy zapewne pamiętają, jak w jednym z niedawnych felietonów dziwiłem się, dlaczego podważanie prawomocności dekretów Benesza spotyka się w Polsce z tak małym zainteresowaniem, jakby to nas nie dotyczyło („Przegląd” z 29 kwietnia). Polskie ospalstwo mało widzi i mało czuje. Przywołanie Polaków do przytomności uchodzi oczywiście za nietakt i niegrzeczność. Ale czy można grzecznie obudzić śpiącego? – pytał Norwid. Edmund Stoiber, chadecki kandydat na kanclerza Niemiec, wziął na siebie przykre zadanie uświadomienia Polakom, że te same zarzuty, jakie stawia się Czechom za wysiedlenie ludności niemieckiej, odnoszą się również do Polaków. Że one się pojawią, wielu przepowiadało. Jean-François Revel, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy politycznych we Francji, pisał, że po zjednoczeniu Niemiec naturalnym następstwem będzie powrót Niemiec do ich przedwojennych granic. W oczach polskiego czytelnika Revel bardzo osłabił swoją wiarygodność, twierdząc, że również Polska powinna wrócić do przedwojennych granic na wschodzie. Nie można było brać poważnie tej wypowiedzi. W części dotyczącej Polski wynikała z zupełnej nieznajomości faktów i chęci. Co do niemieckich spraw J.F. Revel ignorantem nie jest. Jak to możliwe, że poważny myśliciel polityczny, będący w kwestiach społecznych socjaldemokratą, a w sprawach międzynarodowych zwolennikiem zjednoczonej Europy, euroentuzjastą nawet, i przeciwnikiem państwa narodowego, może wysuwać tak księżycowe hipotezy? Mówiąc o powrocie Niemców na dawne ziemie, nie myślał zapewne o odbudowaniu niemieckiego państwa narodowego, lecz o jakiejś innej, zharmonizowanej z wymaganiami nowego europejskiego ładu formie narodowego istnienia. To, co J.F. Revel napisał, wielu innym też przychodziło do głowy, ale nie tak wyraźnie i mocno, żeby o tym aż mieli pisać.
Edmund Stoiber popełnił więc niegrzeczność, zmuszając Polaków do myślenia o tym, co woleli utrzymywać w półmroku albo w ogóle o tym nie myśleć. Były ambasador polski w Niemczech mówi, że „dotychczas w Niemczech obowiązywała zasada, że nie należy łączyć dekretów Benesza z Polską. Po pierwsze dlatego, że są to dwa różne przypadki w sensie prawnym i politycznym”. Według mojego rozeznania, ta zasada panowała w Polsce, nie w Niemczech. To, co ukierunkowuje niemiecką politykę, jest subtelniejsze, głębsze i naturalniejsze niż zasady. Czy powojenne, na wielką skalę odpowiadającą warunkom i atmosferze, jaka zapanowała w następstwie największej wojny w dziejach świata, przeprowadzone regulacje narodowe i etniczne nie były pod względem prawnym i politycznym takie same w Czechosłowacji i w Polsce? Pod drugorzędnymi względami różniły się, ale akurat nie pod względem prawnym i politycznym. Polska razem z Czechosłowacją należały do zwycięskiej koalicji i za zgodą albo na mocy decyzji swych mocarstwowych aliantów i protektorów wchodziły w nowe granice i ustalały swój skład narodowościowy. Ludziom, którzy zapomnieli, czym była ta wojna lub wskutek lekkomyślności nie chcieli się dowiedzieć, powojenne rozmiary tego, co się dziś w języku propagandowym nazywa czystkami etnicznymi, nie mieszczą się w głowie, oszałamiają ich. A przecież wówczas wydawały się naturalnym i sprawiedliwym rozwiązaniem. Projekt Morgentaua odebrania Niemcom prawa do posiadania przemysłu nie został przyjęty, ale był poważnie rozważany. Wiarygodny przekaz mówi, że nawet mądry Churchill „uważał, że należy rozważyć celowość i możliwość przekształcenia Niemiec w kraj wyłącznie rolniczy”. Samo pojawienie się planu Morgentaua, w istocie niewykonalnego, wśród innych koncepcji rozwiązania kwestii niemieckiej, powinno nam uprzytomnić, z jak wielkim niebezpieczeństwem miała wówczas do czynienia koalicja prowadząca wojnę z Niemcami, jak bardzo Niemców się bano i jak ich nienawidzono. Wszystko to powinno być zamkniętą i politycznie unieważnioną przeszłością, jeśli jednak zaczyna się rewidować przeszłość w punkcie wysiedleń, nie można pozostawić w cieniu całej reszty. Inna sprawa, że to świat narzuca Niemcom przymus „rozliczania się z historią” i nic dziwnego, że wykazują oni zniecierpliwienie przedłużającym się procesem reedukacji narodowej uprawianej dotychczas w duchu pożądanym przez dawnych zwycięzców.
Któryś z czołowych polskich polityków powiedział w tych dniach, że wysiedlania Niemców z Czechosłowacji i z Polski nie można porównywać, ponieważ dekrety Benesza były skierowane przeciw Niemcom będącym obywatelami Czechosłowacji i jako takie były bezprawne. Trudno zgodzić się z takim stanowiskiem. Czy państwo polskie usuwające Niemców ze swoich terenów miała więcej prawa do decydowania o nie swoich obywatelach niż państwo czechosłowackie o swoich?
Powoływanie się na obywatelstwo Niemców Sudeckich jest przykładem zapomnienia, czym była Wielka Wojna. Nie była to wojna między obywatelami Trzeciej Rzeszy a obywatelami innych państw, lecz wojna „wyższego rasowo” narodu niemieckiego przeciw narodom „rasowo niższym”. Niemcy Sudeccy należeli do Herrenvolku i obywatelstwo czeskie nic nie zmieniało w ich umiejscowieniu wojennym.
Zamiast rzeczowo spojrzeć na stanowisko Czechów, polscy dziennikarze i niestety również politycy uciekają się do interpretacji w duchu psychologii głębi. Czesi podobno dlatego są uparci w obronie dekretów Benesza, że mają kompleks winy, ponieważ ich Złota Praga nie została zburzona podczas wojny. Naród prawdziwe bohaterski, jak wiadomo, stara się pod koniec wojny wystawić swoją stolicę na całkowite zburzenie.
Polska obok normalnych sojuszników wyznacza sobie jeszcze jakieś kraje na partnerów strategicznych. Nie wiem, czy Czesi byliby zainteresowani takim partnerstwem (zawsze sobie lepiej od nas radzili), byłoby jednak z polskiej strony wielkim błędem zaniechania nie starać się o możliwie najbliższe partnerstwo z nimi.

 

Wydanie: 26/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy