Jedynym poglądem – władza

Jedynym poglądem – władza

Niczego jej nie zawdzięczam. Niczego się od niej nie dowiedziałem. Niczego nie nauczyłem. Miała życie bardziej odległe od mojego, naszego niż miliardy innych ludzi. Nie żywiłem do niej żadnych uczuć, kiedy żyła. Tym bardziej nie żywię, kiedy będąc bardzo starą kobietą, zmarła. Nie wiem, jakie potrzeby zaspokaja tym wszystkim, którzy teraz odczuwają przemożną konieczność wyrażenia żalu. Nie rozumiem, dlaczego jej imię (nie padnie w tym tekście) znają niemal „wszyscy”. Od frazy „skończyła się pewna epoka” można się porzygać. Epoka w naszych epokowych czasach kończyła się kilka razy: w maju 1945 r. w Berlinie, latem 1945 r. w Hiroszimie i Nagasaki, może wraz ze śmiercią Stalina i kiedy Gagarin przez godzinę wypatrywał nieistniejącego boga na niebie wokół Ziemi, kiedy Armstrong zeskoczył na księżycowy kurz, kiedy Nixona zmiotła afera Watergate, kiedy Chomeini przejął władzę w Iranie, kiedy ze strajków w 1980 r. powstała Solidarność, kiedy runął mur w Berlinie, kiedy przestał istnieć ZSRR i upadł apartheid w RPA. Ale to taki nasz cywilizacyjny HiT, niewiele lepszy od tego pisowskiego. Dla większości (w Polsce przynajmniej, w naszym środku i pępku świata) było to coś zupełnie innego: prąd we wsi, pierwszy traktor, telewizor, praca inna niż ta, co przez stulecia – na polu. Pralka elektryczna zreformowała w swej istocie świat bardziej niż telefon, telewizor czy komputer. A wojny i tak miały się dobrze.

A ona „nie ujawniała swoich poglądów”, co poczytuje się za zasługę. Była słowem z języka historii, i to tej historii z krwią na rękach, historii niesprawiedliwości, zabetonowanych nierówności, kuriozalnych przywilejów. Ta epoka skończyła się, kiedy wynalazek francuskiego lekarza Guillotina, wykonany przez niemieckiego producenta klawesynów Schmidta, błyskawicznym cięciem pozbawił króla Ludwika XVI głowy i życia. Wszystko, co potem, to przypisy do zakończonej historii.

Oczywiście wiedziałem, że ona jest, nawet jak wygląda, w niewielkiej kolekcji znaczków były jej podobizny – to chyba tylko wówczas, przez chwilę, budziła moje ciepłe skojarzenie z czymś odległym, nieznanym, wciąż – jak się wydawało – potężnym. Tak już nie było.

Przeskoczę na nasze prowincjonalne podwórko. Ten wątek „nieujawniania poglądów” przypomniał mi, że jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że znam polskiego polityka, kluczowego rozdającego karty w ostatnich latach, który w moich oczach jest fenomenem z zupełnie zaskakującego powodu – nie tyle nieujawniania poglądów, ile w rzeczy samej ich nieposiadania. Polityk bez poglądów. Pusty ideowo, wyprany z poglądu na świat, z przekonań, ze spójnej myśli, wizji, pakietu czegoś, co nazywamy wartościami w życiu politycznym. To Jarosław Kaczyński. Jakie ma poglądy w jakiejkolwiek kwestii? Trzeba by najpierw zapytać, którą mamy godzinę, bo kilkadziesiąt minut, dni, tygodni czy tym bardziej lat wcześniej mówił co innego i do czegoś innego przekonywał. Umiejętność zmiany poglądów jest wielką umiejętnością, jest zwycięską walką z własnymi, przyswojonymi i ugruntowanymi sądami, taka zmiana wymaga odwagi, wysiłku intelektualnego.

Często w identyfikacji z poglądem podważonym zauważymy zaczyn odstępstwa i nadchodzącej zmiany, porzucenia ortodoksji i dogmatu. „Kiedy zmieniają się fakty, zmieniam zdanie”, mawiał John Maynard Keynes. I dopytywał: „A Pan?”. W przypadku Kaczyńskiego fakty nie odgrywają żadnej roli, chyba że to „fakty socjologiczne”. Kaczyński w każdej istotnej kwestii politycznej ostatnich trzydziestu kilku lat wygłaszał poglądy sprzeczne, znoszące się i wykluczające nawzajem. Jedynym kryterium doboru akuratnej tezy, frazy, emfazy, epitetu była jego potencjalna sprawczość polityczna. I tak z rozmowy o polityce robi się monolog o zdobyciu i utrzymaniu władzy. Co może temu się przysłużyć – zostanie wypowiedziane i użyte, nie omieszka się tego wymierzyć we wroga. Bo wróg jest pojęciem kluczowym, choć służebnym wobec czystego posiadania władzy. Rozsiewaną nienawiścią, wrogością łatwo się buduje poparcie, do niczego to nie zobowiązuje, za nic nie jest odpowiedzialne. Nie trzeba rozwiązywać realnych problemów, można dokładać i generować nowe – także nierozwiązywalne. Nie trzeba kompetencji, uczciwości ani odpowiedzialności – jedyną walutą jest wiernopoddańczość. Ale tego świata, w którym taka patologiczna technika sprawowania władzy obowiązuje, też nie ma. Choć w czarnych myślach pojawia się groźba, że ona przyszłe czasy zapowiada. Wszystko jest manipulacją, kłamstwem, zaprzeczeniem. Ministrowie kłamstwa nazywają samych siebie Ministrami Prawdy. I w ogóle lubią nadludzkie porcje patosu i wielkich słów. To fanatyczna religia, w której bogiem jest zdobycie, posiadanie (a nie sprawowanie) i nieutracenie samej, czystej władzy.

Ona tylko nie ujawniała poglądów. Ale je miała. Tu na odwrót. Jakie imperium, taki imperator.

Wydanie: 38/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy