Podróż na Wschód (przez cycki)

Podróż na Wschód (przez cycki)

Antek przyniósł z przedszkola evergreena, zaczyna się od wersu „Pada deszcz, pada deszcz, w d… siedzi kleszcz, ajajaj, ajajaj, wciąż mi cuchnie z jaj” na melodię „Jingle Bells”. Nie byłoby w tym nic szczególnego poza uroczą i nieuniknioną karnawalizacją obsceny w dziecięcych rymowankach – nigdy się na nią nie zżymałem ani też oburzałem, raczej czułem rozczarowanie, kiedy moje dzieciaki zadowalały się gotowcami, nie improwizując brawurowo na podany temat, poza tym to ja byłem w rodzinie specjalistą od oswajania i rozbrajania min językowych, czyli stoickich odpowiedzi na pytania z gatunku „Mamo, tato, a co to jest kura przez w?”.

Tym razem jednak nie udało mi się zachować spokoju, ku uciesze Antosia parsknąłem śmiechem, albowiem w tekście naiwnie wulgarnej przyśpiewki streszcza się spora część znakomitej i przezabawnej książki prof. Piotra Mareckiego „Romantika”, w której to opisał biesiadę weselną w Beskidzie Niskim i podróż poślubną na Huculszczyznę. Rzecz jest głównie przaśna i ludyczna, a jedyną prawdziwie mroczną jej część stanowią zmagania krakowskich mieszczuchów z brakiem ciepłej wody, świeżym powietrzem, na które mają alergię, i – last but not least – usuwaniem żarłocznego roztocza z odbytu autora.

Marecki w ubiegłym roku zauroczył światek literacki bezczelnie konceptualną „Polską przydrożną”, wyzutą z wszelkiej literackości relacją z kawalerskiej przejażdżki po rodzimych prowincjach. Autoironia występowała tam w kamuflażu hipsterskiej egzaltacji, autor wybierał drogę swej podróży wedle skali nieatrakcyjności turystycznej (im gorzej, tym lepiej), skupiał się na dziwacznych, „bizarnych”, jak je nazywał, zderzeniach estetycznych, np. banerach reklamujących rozmaite dobra pośrodku niczego, z lubością fotografował też pustkowia.

Tym razem mamy książkę literacko świadomą, dobrze zredagowaną i zmyślnie skonstruowaną – Marecki nie może dłużej udawać trikstera znikąd na literackim panelu – jako autor „Romantiki” jest prozaikiem, żadnym eksperymentatorem. Rzecz dedykowana jest dwukierunkowo „Środowisku” – chodzi o Naturę, z którą bohaterowie uporczywie próbują się bratać, ale i o środowisko literackiego undergroundu, który w książce reprezentują uznani, nagradzani, choć „wylogowani” z głównego nurtu autorzy: Konrad Góra (Silesius), Sławomir Shuty (Paszport „Polityki”, sam mu wręczałem), Robert Rybicki (Nagroda Literacka „Juliusz”) czy Miłosz Biedrzycki, cudowne dziecko starego brulionu. W pierwszej części tomu obserwujemy istny karnawał hipsterski urządzany w beskidzkiej posiadłości Shutego – gromada biesiadników bawi się przy „progresywnym disco polo”, oddaje się cybernostalgii, zajeżdżając stare gry na Atari i ekscytując pikselozą, spożywa Serce Alkoholu, czyli redestylaty wyrobu poety outsidera (wyjazd do sklepu po piwo jest wstydliwym wyjątkiem uczynionym pod presją, bo nie wolno wspierać koncernów, wszystko ma być rzemieślnicze i swojskie), poszukuje w lesie jadalnych hub, zwanych chicken of the wood (nieskutecznie), a także świadkuje spontanicznym prezentacjom poetów awangardowych (np. Rybicki w utworze „Lekcja poezji” nieco w duchu Oliviera Messiaena rezygnuje z klasycznej artykulacji na rzecz ptasich treli). Wszystko to zalewa morze samogonów pitych bohatersko z pobudek ideologicznych, bo myśl o tym, że to libacja antykapitalistyczna, łagodzi później objawy wielodniowego kaca giganta i eksplozywnego refluksu. Do ideału brakuje temu weselisku tradycyjnej bijatyki, aż trudno uwierzyć, że pijani poeci nie rzucają się na siebie, by pięściami dowodzić wyższości wiersza wolnego nad zniewolonym, choć może i było mordobicie, lecz uległo wymazaniu. Oto bowiem środkowy rozdział „Romantiki” został niemal w całości wykropkowany przez autora, który dał tekst do wglądu uczestnikom imprezy i postanowił usunąć wszystko, co im się nie spodobało – aby „uniknąć kancelacji”. Trzeci rozdział to już etno-eastern na wesoło, zapis podróży poślubnej na ukraińskie pustacie, w którym wiedzie prym Ola Małecka, żona autora, mistrzyni drugiego planu w „Polsce przydrożnej”. Jej ortodoksyjna lewicowość stąpa po granicy autoparodii, zwłaszcza kiedy pilnuje autora, by nie ulegał kolonialnym podszeptom, jest jednak w uroczy i inteligentny sposób zrzędliwa, niczym – nie przymierzając – Olive Kitteridge (mainstreamowe porównanie, Mar/ł/eccy pewnie się obrażą). Nowożeńcy w poszukiwaniu jak najmniej atrakcyjnego miejsca podróży docierają do huculskiej wioski, po drodze fascynując się agonalnym stanem nawierzchni szos ukraińskich – mamy tu prawdziwą typologię szkód asfaltowych, dzielących się na cycki, studnie i magielnice – autor sowicie obdarza nas ich fotografiami.

Świetna, zabawna książka, w której na deser mamy blurba Andrzeja Barańskiego z petardą w puencie: „Tak jak Musk uprościł drogę w kosmos, tak Marecki uprościł drogę do dzieła literackiego”.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 33/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy