Dziwna wolność mediów

Dziwna wolność mediów

Na początek nieznośny banał. Wolność środków masowego przekazu, czy jak kto woli mediów, na tym się zasadza, że wolno wyrażać publicznie, za pośrednictwem prasy, radia, telewizji, internetu bądź własnego gardła wszelkie swoje poglądy, o ile nie są one przestępcze i nie nawołują do łamania prawa (choć i tu odnotować można pewne wyjątki). Jest więc najzupełniej zrozumiałe, że istnieją w Rzeczypospolitej – i nie wolno ich kneblować – media pisowskie i antypisowskie, postępowe i reakcyjne, klerykalne i wolnomyślicielskie, mądre i głupie… Taka już specyfika demokracji i państwa prawa.

Banał kończy się jednak, a przeciwnie – narasta uzasadniony niepokój, kiedy i te media, i tamte, niby skłócone i inaczej patrzące na świat, zaczynają wykazywać, najczęś­ciej przez zgodne milczenie, zdumiewającą jednomyślność. Patrzyliśmy do niedawna na walki o Aleppo. Bez względu na skomplikowane i budzące dyskusje (choć nie u nas) racje polityczne była to straszliwa katastrofa humanitarna. I nasze media słusznie przypominały nam o tym codziennie, nie szczędząc scen, które w kinie zostałyby zakwalifikowane jako dozwolone od lat 18. Ranni, zabici, krew, flaki, spuchnięte brzuszki wygłodzonych dzieci… Dokładnie to samo dzieje się w oddalonym o kilkaset zaledwie kilometrów Mosulu. Takie same dzieci, takie same trupy. Tylko o tych z Mosulu nikt u nas się nie zająknie.

Francuzi mają takie cyniczne powiedzonko: A la guerre comme a la guerre – qu’est ce que vous voulez? (Na wojnie jak to na wojnie – o czym tu gadać?). Trudno je w tym przypadku inaczej interpretować, niż że jedno podobne do drugiego, więc na cholerę się rozdrabniać. Z czysto militarnego punktu widzenia można się z tym zgodzić. I tu, i tam używa się dokładnie takich samych metod, bomby spadają przede wszystkim na głowy cywilnej ludności, a liczby ofiar pozostają zbliżone. Katastrofy humanitarne też całkowicie porównywalne. Ocierając krokodyle łzy, powiedzieć by można, że nie chodzi o żadne współbolenie, ale tylko i wyłącznie o politykę. W Aleppo atakowano dżihadystów i opozycję syryjską (w tym jej terrorystyczne odłamy), atakowały wojska Asada, Rosjanie i policje proirańskie. W Mosulu atakowani są głównie dżihadyści, atakują zaś przetrenowane przez Amerykanów wojska irackie z kadrą wierną ongiś równie krwawemu jak Asad Husajnowi oraz nasi sojusznicy z USA i Francją na czele. To tylko decyduje o naszych humanitarnych żalach i bogobojnych zgorszeniach. W ramach swoistej autocenzury 10 razy częściej pisze się nawet, bez względu na rzeczywiste liczby, o syryjskich niż o irackich uciekinierach z piekła. Parę idących pod prąd blogów wiosny tutaj nie uczyni.

Dziwne jest w tym wszystkim materii pomieszanie. Rozumiem oczywiście, że politycy decydenci zmuszeni są do ustawicznej skomplikowanej gimnastyki, przy której zapominają nawet o tym, kto rozpętał to piekło na względnie stabilnym, acz oczywiście niejednokrotnie tyrańskim Bliskim Wschodzie na podstawie – jak się później okazało – fałszywych raportów i nacisku zainteresowanych koncernów. Ale tym razem nie o rozpamiętywanie historii nam chodzi, tylko o wolność środków masowego przekazu. Owszem, jako się rzekło – one również winny stosować się do prawa. Nikt jednak, mam nadzieję, nigdy nie powiedział, że mają być politycznie poprawne. Wręcz przeciwnie, w ramach przybliżania czytelnikom prawdy o świecie powinny odnajdywać i piętnować zarówno cudze, jak i nasze czy naszych aliantów przewiny. Ale tak się nie dzieje. Kiedy z pominięciem i złamaniem wszelkich międzynarodowych procedur wykrawa się na ciele niepodległego państwa dziwaczny twór zwany Kosowem, słyszymy do znudzenia (i z prawa, i z lewa), że stało się zadość demograficznym proporcjom. Kiedy natomiast rzecz się dzieje na Krymie, argumenty demograficzne nagle przestają obowiązywać i odchodzą w dziwny niebyt. Przebąkiwać się zaczyna nawet o historycznej (sic!) – od odległych czasów Chruszczowa – ukraińskości Krymu, podczas gdy nie tak dawno całkowicie zapomniano, że Kosowo jest kolebką Serbii, o czym choćby bitwa na Kosowym Polu stoczona w 1389 r. przypomina.

Wolne więc są te nasze media czy nade wszystko koniunkturalnie poprawne? Co w gruncie rzeczy stanowi o ich racji istnienia? Nie tylko ja mam coraz częściej te wątpliwości. Spotykam się z nimi regularnie wśród licznych znajomych, studentów, specjalistów… O nie, nazwisk na pewno nie podam. Czułbym się bowiem, jakbym składał na nich donos. Zaiste, przemiłe to poczucie w pięknym i wspaniałym świecie wolności. Krew w Aleppo czerwieńsza jest niż w Mosulu – tak nam wierzyć przykazano. Amen.

Wydanie: 2/2017

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma
Tagi: media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy