Lizanie prawdziwej śmierci

Teledelirka to bardzo łagodne określenie medialnych wstrząsów, jakie mają miejsce w mediach. My chwytamy za pilota, a nas strach łapie za gardło, gdy zadajemy sobie pytanie: czy już dziś wojna się zaczęła? Trudno oglądać wykreowany świat, gdy ten prawdziwy przynosi nam porażające obrazy i dźwięki, tak dotkliwie ciekawe.
Cierpi na tym zwłaszcza teatr telewizyjny. Wydaje się papierowy i fałszywy, a ramoty pełne wybitnych twarzy wywołują wybitną refluksję. Stary może być „Ożenek” czy „Rewizor” Gogola, te sztuki nigdy się nie nudzą i nawet znani aktorzy dobrze w nich grają. Można smakować to, co zostało po Kantorze, adaptacje Lupy czy sztuki Różewicza. Świetnie oglądało się „Balladę o Zakaczawiu” wystawioną bez spiżowych postaci polskiej sceny. Nie widzieć nikogo z elitarnej trupy to jakby wypić łyk źródlanej wody po przymusowym opijaniu się tranem. Niby jest tak, jak mawiał bohater „Rejsu”, że lubimy to, co znamy, ale to dotyczy głównie refrenów piosenek. W teatrze występuje zmęczenie skorodowanym materiałem aktorskim.
Filmy fabularne udają dokument: cześć, Tereska, jak się masz, Edi? Co tam słychać w blokowisku? Jak to co? Trwa akcja otwartych drzwi z okazji nieustającego Dnia Świra. Reportaż i dokument wracają do łask ludności. Film „Gwiazdor”, do obejrzenia którego usiłował zniechęcić nas w „GW” znany z dredów juror „Idola”, Robert Leszczyński; tym razem wystąpił w roli eksperta od sztuki filmowej.
Prawda syfiastych podwórek, liszajowatych kamienic i równie brzydkich ludzi wchodzi jak nóż w masło w nierzeczywistość limuzyn, ochroniarzy, dymów estradowych, reflektorów i piszczących nastolatek. Dziwne jest to, że balansujący pomiędzy tymi dwoma stanami Michał Wiśniewski jest prawdziwy, i to zarówno w białym kosmicznym kostiumie, jak i w rozwłóczonym swetrze. Gwiazdor miał dość gmerania w jego życiu osobistym, upokarzających obrazków z matką alkoholiczką, więc zerwał zdjęcia. Zyskuje naszą sympatię, a film bez puenty robi się prawdziwszy.
Zwykła ludożerka nasładza się serialami, bo to chwila oddechu przed katastrofą. Osobistą albo globalną. Przyjemnie pomyśleć, że gdy zachorujemy, będą nas pielęgnować uczciwi lekarze oraz siostry, dobre i piękne, a nie faceci z pogotowia, którzy jadą, by przy pomocy pavulonu uwolnić nas od trosk doczesnych, wcześniej zawiadomiwszy zakład pogrzebowy.
Chcemy się wyciszyć, ale to się nie udaje. Bo jak tu się wyciszyć, gdy możemy na własne oczy, siedząc w fotelu, w ciepłym pokoju, zobaczyć, usłyszeć i polizać śmierć? Jak lody na patyku. Smakujemy cichą i lodowatą naszą swojską kostuchę, która otuliła lawiną kilkoro młodych ludzi na górskiej wycieczce oraz gorącą, płomienną śmierć siedmiu astronautów, której towarzyszy kosmiczny wybuch promu Columbia.
Licealiści nie spodziewali się tragedii, młodość nie spodziewa się śmierci. Biała anorektyczna dama zaskoczyła ich, gdy chodzili po górach dla przyjemności. Rodzice młodych ludzi jadą specjalnym autokarem na miejsce katastrofy, cierpią dla nas, wierzymy im, na pewno nie grają, najazd kamery na pełne bólu twarze. Znicze przed szkołą. Młodzież, która była na wycieczce i ocalała, wypowiada się do mikrofonu, mówią także ci, którym rodzice zabronili jechać.
Nie było kamery, gdy schodząca z gór lawina upomniała się o swoje, dlatego realizatorzy pokazują nam zdjęcia innych lawin ze świata.
Z Columbią jest inaczej. Obserwowaliśmy start, teraz czekamy na powrót astronautów. Wielkie stacje telewizyjne transmitują wszystko na żywo. Roześmiane rodziny uczestników wyprawy kosmicznej.
Zabrakło 16 minut do szczęśliwego lądowania. Widzimy płomień i Columbia rozpada się na naszych oczach.
Pułkownik Hermaszewski, nasz swojski kosmonauta – bo kiedyś podziały notowano również w galaktykach, a więc byli amerykańscy astronauci i radzieccy oraz socjalistyczni kosmonauci – mówi z dumą: „Jest nas tylko 400 na całym świecie”. Astronauci muszą być zawsze przygotowani na śmierć. Po katastrofie od razu upowszechnia się ich wypowiedzi, wszyscy mówią o tym, że jeśli zginą, badania muszą być kontynuowane.
To jest biała wersja śmierci z wyższych powodów. Zginę sam, dla dobra wiedzy, ale nikomu nie niosę śmierci, nie czuję nienawiści, nie pragnę niczyjej zagłady – takie głosi przesłanie.
Wersja czarna, też z wyższych pobudek, to granat w kieszeni, odbezpieczony ładunek wybuchowy: chcę zabić jak największą liczbę wrogów. Ochotnicy, którzy mają za śmierć otrzymać nagrodę w raju, stoją teraz w kolejce do Saddama, by wystąpić jako żywe bomby, gdy tylko Ameryka rozpocznie wojnę w Iraku.
List z poparciem pomysłu Busha na radykalne rozwiązanie konfliktu podpisali przywódcy „nowej Europy”. Stara Europa, Niemcy i Francja, nie chcą poprzeć ataku.
Nastąpiła totalna alienacja przywódców od swych narodów. Jeszcze nie ostygł Afganistan, a ONI już chcą wojny. Nie biorą pod uwagę tego, że MY, obywatele, nie chcemy wojny prewencyjnej. Trzy tysiące bomb, jakie mają spaść na Irak w pierwszych dniach, nazywa się elegancko rozbrajaniem. Wojna owinięta nie w bawełnę, ale w szarpie. Prezydent Bush, jak mówi jego doradca, ma Everest dowodów. Na razie dowiedzieliśmy się z gazet, że podobno szwagier Husajna spotkał się z kimś z Al Kaidy. Pamiętam, jak uczono mnie na historii, że bezpośrednią przyczyną wybuchu I wojny światowej było zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda. Czy spotkanie terrorysty ze szwagrem jest już dobrym powodem do wojny, czy trzeba jeszcze skompromitować wujka i ciotkę Saddama tyrana?

 

Wydanie: 7/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy