To nie takie proste

To nie takie proste

Jest rzeczą zabawną, jak dalece udało się wmówić nam idee niemające żadnych realnych podstaw – do tego stopnia, że stały się oczywistościami i prawdami. Pomówmy o pierwszych z brzegu. Wręcz do poprawności politycznej należy wzywanie do brania udziału w głosowaniach, czyli zwiększenia frekwencji wyborczej. Tymczasem wrzucenie kartki do urny, do czego zachęcały na równi władze PRL i dzisiejsze, nie znaczy dokładnie nic. Liczy się wyłącznie to, co jest na owej kartce napisane. Wszelkie badania wykazują, że w każdym pokojowo i mniej więcej spokojnie żyjącym kraju (niewstrząsanym paroksyzmami wojny domowej, zamachami stanu ani krwawymi rewolucjami) 20-30% społeczeństwa polityką się nie interesuje, nic o niej nie wie i nie odróżnia dudy od miecha. Dalszych 10-20% obywateli może nawet nieco się w rozgrywkach o władzę orientuje, ale ma je na tyle w pewnej części ciała, że nie ma zamiaru fatygować się do urn. 5-10% może by poszło głosować, ale w serwowanym menu niczego dla siebie nie znajduje i jeśli coś nowego się nie pokaże – nie znajdzie. Dlatego w przeciętnym demokratycznym państwie frekwencja w podstawowych, bezpośrednich wyborach (prezydenckich, parlamentarnych, samorządowych) waha się niemal zawsze między 40 a 60%, najczęściej między 45 a 55%. Belgowie, którzy usiłują zmuszać ludność karami pieniężnymi do udziału w wyborach parlamentarnych, budzą się potem z taką stertą zupełnie przypadkowych głosów, że przez pół roku nie mogą sformować rządu.

W Polsce sprawa jest jeszcze stosunkowo prosta. Każda z najważniejszych partii (dopóki Biedroń nie zbuduje ewentualnie czegoś budzącego trwałą nadzieję) ma zdecydowany elektorat i antyelektorat. Sensowna gra może więc się toczyć wyłącznie o 10-20% leniuszków. To oczywiście łakomy kąsek. Tylko… zupełnie nie wiadomo, co sobie i w jakich proporcjach leniuszki myślą. Może, wzywając ich do urn, popełnia samobójstwo PiS, a może (co bardziej prawdopodobne) Platforma. Tak czy owak robienie z frekwencji wyborczej remedium na obecną sytuację jest myśleniem życzeniowym, całkowicie oderwanym od rzeczywistości. Zresztą niegłosowanie też ma swoją wymowę, w każdym razie, gdy chodzi o owych 5-10%, do których na razie należę i nie wstydzę się tego.

Uważam się za człowieka lewicy, jednak jej zwaśniona w gierkach personalnych reprezentacja, z głównym członem, który nie pokajał się dotąd za skisłe ogórki, a czołowy działacz popija wino z ministrem Gowinem, z którym „wiele go łączy” (Gowin dixit), skutecznie odstrasza i odstręcza. O PiS nie muszę chyba pisać. Drugiej prawicowo-dewocyjnej partii, czyli PO, wydaje się niesłusznie, że wszyscy zapomnieli o jej udziale w „rozliczaniu” przeszłości (w niczym jej nie przeszkadzała i nie przeszkadza działalność IPN), ciągłym chowaniu głowy w piasek (np. w kwestii aborcji), mrzonkach o POPiS udaremnionych tylko przez ambicje liderów itd. Tego wszystkiego kwiatek na kożuchu, choćby tak ładny jak Barbara Nowacka, nie zasłoni. Zdecydowanie najsympatyczniejsze jawi mi się dzisiaj PSL, gdyby nie ciągle deklarowany katolicyzm, źle wróżący koniecznemu oddzieleniu Kościoła od państwa. Wzywając do zwiększenia frekwencji, na mnie, proszę, nie liczcie. Chyba żeby Biedroń… Ale wróżyć nie umiem, tym bardziej kiedy brudne fusy dookoła.

Słyszę też ciągle, że mamy wszyscy wzajemnie się szanować. Szanować to podług Doroszewskiego: „odnosić się do kogo (czego) z szacunkiem, otaczać czcią; poważać, czcić, cenić”. Dajmy spokój konotacjom bombastycznym. Niech zostanie tylko „poważać, cenić”. „Mój zacny wujek, biedaczysko, / Gdy niemoc go zwaliła z nóg, / Szacunku żądał, oto wszystko, / I cóż lepszego zrobić mógł?”. Skąd to, drogi czytelniku? Dowiadujemy się jednak zaraz, że opiekujący się wujkiem siostrzeniec „w nikczemnej hipokryzji tkwi”, bo marzy, „by wujka piorun trzasł”. Tak to już z szacunkiem bywa, nie wystarczy go żądać, trzeba sobie nań jeszcze zasłużyć. Nie wiem, jak pod tym względem było z wujkiem. Za co ja miałbym jednak poważać lub cenić np. Antoniego Macierewicza? Wręcz odwrotnie – nie szanuję go ani trochę i uważam za szkodliwego i głupiego fanatyka.

Z tych samych naiwno-słodkich kluch: musimy ze sobą rozmawiać. Niby o czym miałbym dyskutować z Macierewiczem? O Tupamaros? Znam bardziej kompetentnych. O dupie Maryni? Znam lepszych specjalistów. Do tej serii jeszcze „mowa nienawiści”. „Gazeta Wyborcza” znalazła nawet „badacza mowy nienawiści”, niejakiego prof. Michała Bilewicza. Stwierdza on: „Komentarze pełne agresji odmieniają tych, którzy je czytają. Działają na wszystkich – nawet na ludzi jak najdalszych od uprzedzeń. Zanika praworządność, poczucie norm. Narasta agresja i nietolerancja. Od wielu lat widzimy to w wynikach naszych badań”. Bardzo to poprawny moralnie tekścik. Ale badania? Francuzi np. do tak radykalnych i prostych (prostackich?) ustaleń jakoś nigdy nie doszli. Prace Alice Miller wręcz im pośrednio zaprzeczają. Bilewicz mówi o mordach w Charlottesville i Pittsburghu: „A to właśnie język Trumpa rozzuchwalił ludzi do dokonywania takich zbrodni”. Zupełnie jakby przed Trumpem „takich zbrodni” nie było. A niby dlaczego nie miały ich powodować identyczne pomyje wylewane na Trumpa? Czy na to, że właśnie Trump winien, też wskazują jakieś niebywałe badania? Owszem, społeczeństwo polskie dziczeje. Ale nie pomogą na to śliczne formułki pięknoduchów, nawet ubrane w pseudonaukowe piórka.

Czy naprawdę naszym naprawiaczom życia publicznego nie może przyjść do głowy, że niska frekwencja wyborcza czy „mowa nienawiści” (skądinąd nie znoszę tego kościelnego sloganu) to są skutki, a nie przyczyny? Skutki, a nie przyczyny!

Wydanie: 7/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy