Tag "media"

Powrót na stronę główną
Świat

Francuskie media skręcają w prawo

Kto kształtuje debatę publiczną nad Sekwaną?

Korespondencja z Francji

We Francji postępuje oligarchizacja sektora medialnego. Media prywatne od jakiegoś czasu wykupuje skrajnie prawicowy miliarder, który coraz bardziej podporządkowuje sobie debatę publiczną.

Związki między światem biznesu a prasą zawsze jednak były we Francji bardzo silne. Warto cofnąć się do historii, by zrozumieć zainteresowanie środowisk finansowych mediami, ich dążenie do gromadzenia tytułów prasowych, mające na celu umacnianie dominacji i poszerzanie wpływów. Dzisiejsza scena polityczna pokazuje najdobitniej, jak skuteczne okazują się przedsięwzięcia polityczne największych kapitalistów. Oraz jak ważna jest regulacja tych praktyk.

Od mediów powszechnych do upolitycznionych

Nieco ponad 100 lat temu zamożny przemysłowiec Jean Prouvost podporządkował sobie francuski rynek prasy i w okresie międzywojennym zbudował potężne imperium prasowe. Urodzony w 1885 r., pochodzący z zamożnej rodziny z północy Francji, najpierw dorobił się fortuny na założonej jeszcze przed I wojną przędzalni La Lainière de Roubaix. Na początku lat 20. ten niezwykle bogaty i ciekawy świata przedsiębiorca, zafascynowany dynamicznym rozwojem prasy amerykańskiej, postanowił wejść na rynek medialny. I odniósł spektakularny sukces. W 1924 r. kupił „Paris-Midi”, dziennik skupiający się przede wszystkim na wiadomościach dla inwestorów giełdowych oraz bywalców wyścigów konnych, o nakładzie zaledwie 4 tys. egzemplarzy. Prouvost w ciągu sześciu lat zwiększył go do 100 tys. egzemplarzy. Następnie w 1930 r. przejął „Paris-Soir”, gazetę, która później stała się jednym z najważniejszych tytułów prasowych Francji. Pod jego kierownictwem nakład „Paris-Soir” wzrósł z ok. 60 tys. do prawie 2 mln egzemplarzy w 1939 r.

Sekret sukcesu Prouvosta polegał na przeniesieniu do Francji metod, które umożliwiły rozwój prasy amerykańskiej. Aby przyciągnąć czytelników, magnat zadbał o atrakcyjną szatę graficzną, stosował wielkie nagłówki i kładł nacisk na duże zdjęcia. Aktywnie przy tym poszukiwał talentów – często zatrudniał, płacąc bardzo wysokie wynagrodzenia, najwybitniejszych dziennikarzy i pisarzy swojej epoki. Znaleźli się wśród nich: Antoine de Saint-Exupéry, Joseph Kessel czy Pierre Lazareff, późniejszy legendarny szef „France-Soir”.

Jean Prouvost imperium prasowe budował stopniowo: kupił m.in. kobiece czasopismo „Marie Claire” i przejął magazyn „Match”. Tytuł, przemianowany po II wojnie światowej na „Paris Match”, stał się jednym z najbardziej opiniotwórczych magazynów we Francji, wzorującym się na amerykańskim tygodniku „Life”. Prouvost inwestował również w „Le Figaro”, telewizję Télé 60 (później Télé 7 Jours), a także w radio RTL. Lata 70. przyniosły stopniowy demontaż tego rozległego imperium, które ostatecznie, wraz ze śmiercią jego założyciela w 1978 r., upadło. Dzisiaj siłę mediów zrozumiał Vincent Bolloré, choć pojął ją inaczej – przede wszystkim zgrabnie wykorzystując je do monopolizacji przesłania ideologicznego.

System medialny pod presją

Francuski krajobraz medialny uchodzi za jeden z najbardziej rozwiniętych w Europie. Oparty został na mieszanym modelu finansowania pochodzącym ze sprzedaży, reklam, subskrypcji i dotacji publicznych. Współczesny rynek opiera się na trzech filarach: prasie drukowanej („Le Monde”, „Le Figaro”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pytania o rolę mediów

Karierowicze i lizusy zawsze są do usług

Piszcie tak dalej, to zobaczycie PiS u władzy… Mamy coraz więcej tego typu mejli, telefonów. Są reakcją na materiały, które krytykują różnych ministrów czy urzędników z poręki obecnej władzy. To bardzo ciekawe zjawisko. I warto mu się przyjrzeć.

Słuszni i czujni

Zacznijmy od tych, którzy próbują nas przestrzec przed niewłaściwym pisaniem. Ewidentnie traktują oni dziennikarzy jak żołnierzy walczących na politycznym froncie. Tak postrzegają politykę – nie jako debatę publiczną, nie jako poprawianie Polski, tylko jako bijatykę: my kontra oni. I nawet – są na ten temat badania – nie wymagają od dziennikarzy rzetelnego przedstawienia rzeczywistości. Niech kłamią – ważne, żeby w słusznej sprawie.

Tym czytelnikom mogę jedynie odpowiedzieć, że mamy inny pogląd na politykę i rolę mediów. Oczywiście my też wiemy, że powrót PiS do władzy nie byłby dobrym rozwiązaniem dla Polski, ale walka z PiS to nie zadanie dla dziennikarzy. Z PiS niech walczy rządząca koalicja, i – podpowiadam – najskuteczniej będzie to robić wtedy, kiedy będzie dobrze rządziła.

A dziennikarze? Naszym zadaniem jest pisać tak, jak świat postrzegamy. Czy z tego powodu PiS wróci do władzy? Nie wiem. Wiem za to, że gdy zacznę pisać tak, jak życzą sobie obrońcy obecnej koalicji, PiS do władzy wróci na pewno.

Dlaczego tak się stanie? Z prostego powodu – jest grupa czytelników, wyborców, którzy chcą wyjść poza mierność obecnej debaty. Którym nie odpowiadają tzw. przekazy dnia. Oni nikomu w ciemno nie oddają swojego głosu. Szukają dobrych pytań i dobrych odpowiedzi. Tylko porządne dziennikarstwo może do nich dotrzeć. No i muszą zobaczyć, że rządzący wyciągają wnioski ze swoich błędów. Ale żeby ci mogli wnioski wyciągnąć, muszą najpierw błędy zobaczyć. A tylko niezależne media mogą je wskazać, te „swoje” tym się nie zajmują…

Po co nam media?

Zadaniem mediów jest patrzeć na rzeczywistość i pokazywać ją tak, jak wygląda. Tylko takie media mają rację bytu. To jest też nasza cywilizacyjna norma.

Gdy PiS było u władzy, podjęło próbę zbudowania „swoich” mediów i wypchnięcia tych liberalnych i lewicowych na całkowity margines. Ta operacja częściowo się udała. Głównie za sprawą milionów, które pompowano w „swoje” media. I niestety za sprawą dziennikarzy tych mediów, którzy taki model funkcjonowania kupili. Chwalili PiS, krytykowali opozycję – z obserwatorów rzeczywistości, analityków, tych, którzy stawiają ciekawe pytania, przekształcili się w agresywnych politruków.

Straszne byłoby, gdyby strona liberalna i lewicowa weszła w ten schemat działania. Nastąpiłoby wtedy domknięcie systemu. Zbudowalibyśmy system, w którym nie ma debaty publicznej, jest tylko wzajemne opluwanie. A czytelnicy nie są partnerami, z którymi się rozmawia, lecz widzami tej bijatyki. Zamiast auli mamy MMA. Zamiast ważkich argumentów – „zaorywanie”.

Dlatego tak ważne jest, by media

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Jean Ziegler, niewysłuchane sumienie Zachodu

Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, że jeszcze się dziwię, kiedy jestem świadkiem ciszy (mediów, społeczeństwa) w chwili śmierci kogoś takiego jak Jean Ziegler. Zmarły właśnie w wieku 92 lat szwajcarski socjolog, dyplomata i polityk pełnił funkcję specjalnego sprawozdawcy ONZ ds. prawa do żywności (od 2000 r. do 2008), był profesorem uniwersytetu w Genewie i paryskiej Sorbony, gdzie się doktoryzował. Został wyrzucony z Komunistycznej Partii Francji za wspieranie dążeń Algierii do niepodległości.

Zostawił po sobie kilka fundamentalnie ważnych publikacji książkowych i najważniejszą dla niego samego „Geopolitykę głodu. Masową zagładę”. Ziegler rozpisał w niej cały systemowy mechanizm globalnego głodu, który jest nieuniknioną konsekwencją reguł „kanibalistycznego kapitalizmu” rządzącego światową gospodarką i polityką. „Każde dziecko, które umiera z głodu, jest ofiarą mordu”, pisał.

W młodości zaprzyjaźnił się z Jeanem-Paulem Sartre’em i Simone de Beauvoir. Kiedy poznał Che Guevarę, ten miał zareagować na pomysł wyjazdu na Kubę słowami: „Tu się urodziłeś i tu mieszka mózg potwora. To tu musisz walczyć”.

W tekstach i wystąpieniach Ziegler precyzyjnie rozrysowywał mechanizmy funkcjonowania „globalnego rynku żywnościowego”, którego efektem był (i jest) głód dotykający prawie 1 mld mieszkańców globalnego Południa, a który pomnaża majątki „lichwiarzy zielonego złota”. Ziegler nie miał złudzeń – w samej ONZ i w rządach wielu państw przeciwnicy prawa do żywności (jednego z podstawowych praw człowieka) mają się dobrze i to oni dyktują warunki, prawa i współtworzą otoczenie sprzyjające głodowej masakrze i zagładzie. Do ostatnich dni ten niezwykły Szwajcar nie składał broni i nawoływał do jednoczenia wysiłków, by sprzeciwiać się największemu złu współczesnego świata – bezwzględnemu kapitalizmowi.

W ostatnich latach życia napisał

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Wojna domowa na słowa

„Głowa mnie od tego boli”, powiedział Paweł Kozioł z kultowego „Rancza”, wychodząc ze studia telewizyjnego. Były wójt gminy Wilkowyje, później senator, prezes partii i na końcu prezydent Polski, zanim wziął udział w debacie, nałykał się proszków uspokajających. Minęło wiele lat, a ta scena jest jakby żywcem przeniesiona do naszych czasów. W coraz liczniejszych programach dobierani na zasadzie kontrastu politycy uprawiają brutalną nawalankę. Takie zapasy w błocie, tyle że w garniturach lub garsonkach. Bo płeć tu niczego nie zmienia na lepsze. Nowe technologie pozwalają na mnożenie tanich programów z gadającymi głowami. Wystarczą politycy i dziennikarze. Nie muszą mieć wiedzy. Nadmiar kompetencji jest tu wręcz przeszkodą. Wiedząc zbyt wiele, mogą zanudzić widza, który zmieni kanał. Największy popyt jest więc nie na mędrców dzielących włos na czworo, ale na drwali z siekierami. I to takich, którzy skoczą jeden na drugiego bez względu na temat. Nie ma w tym przypadku. Najważniejszy jest interes partii, którą reprezentują. A że przy okazji można się podlizać prezesowi? Będzie większa szansa na awans.

Wojna domowa na słowa trwa w najlepsze. A właściwie w najgorsze. Nieustanne straszenie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Bralczyk

Wentyle i kotły

Dawniej mówiono o wentylach bezpieczeństwa. Miały to być takie zachowania ze strony władzy, które czyniły znośniejszym to, co wynikało z jej działań, a nie cieszyło się poparciem powszechnym. Dotyczyło to np. poluzowań cenzury, które można było skądinąd postrzegać jako jej nieuwagę czy słabość. Takie choćby wyglądające na ryzykowne kabaretowe żarty, takie nieco zbyt przejrzyste aluzje czy wręcz manifestacje lekkiego sprzeciwu wobec władzy niektórych dziwiły, innym nasuwały myśli o nie takiej znów silnej (lub nie tak znów nieznośnej) opresji

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Dyskusja o standardach pracy w mediach. Czy głośne kryzysy zmieniają redakcje?

Artykuł sponsorowany Głośne kryzysy w mediach od dawna przestały być sprawą zamkniętą wyłącznie dla dziennikarzy i wydawców. W dobie mediów społecznościowych i nieustannego przepływu informacji wydarzenia rozgrywające się wewnątrz redakcji stają się przedmiotem szerokiej debaty

Świat

22 piłkarzy, a wokół pustka

Mundial wzbudza olbrzymie zainteresowanie, choć ze sportem ma niewiele wspólnego

Pod wieloma względami będzie to po prostu kulminacja procesów, które w futbolu zachodzą od dekad. Po pierwsze, kalendarz rozciągnięty do granic fizycznych możliwości zawodników. W tym roku po raz pierwszy w historii turnieju zagrają aż 64 drużyny, dwa razy więcej niż dotychczas. To oznacza nie tylko więcej meczów, ale także obciążenia wynikające z nieustannych podróży. A będą one częste i uciążliwe, bo tegoroczny mundial będzie też pierwszym rozgrywanym jednocześnie w trzech krajach: Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Meksyku. To już nie będą krótkie loty czarterowe albo przejazdy autobusem z jednego do drugiego miasta we Francji, we Włoszech czy w Niemczech. Raczej podróże o skali kontynentalnej, bo mundialowa mapa obejmuje cały kontynent.

A że już teraz, w czasie sezonu klubowego, trwającego w Europie od sierpnia do połowy maja, piłkarze są ogromnie obciążeni, tego, co czeka ich latem, nie powinien zazdrościć nikt. Nawet pamiętając o wielomilionowych apanażach.

Ma być po amerykańsku

Jeszcze kilkanaście lat temu, uśredniając, najlepsi piłkarze na świecie grali w sezonie maksymalnie 50 spotkań, a i to przy założeniu, że nie są kontuzjowani, nie unikają powołań do kadry, a trenerzy nie dają im ani razu odpocząć. Rytm był zresztą dość przewidywalny. Co weekend mecze w lidze krajowej – bywało ich nieco ponad 30. Najskuteczniejsze drużyny dokładały do tego śródtygodniowe mecze w europejskich pucharach, ale przecież mało kto dochodzi w nich do samego końca, więc nawet najlepsi dorzucali może 10 meczów z tej puli. Do tego kilka występów w reprezentacji i można jechać na wakacje.

Teraz ligi europejskie są większe, formaty pucharów na kontynencie zostały analogicznie do mundialu rozciągnięte, stworzono nowe rozgrywki międzypaństwowe w stylu europejskiej Ligi Narodów. W rezultacie liderzy zespołów grają już regularnie po 65-70 meczów w jednym kilkumiesięcznym cyklu.

Laikom niezaznajomionym z dynamiką i logistyką tego sportu może to się wydać nic nieznaczącym szczegółem, ale oznacza doprowadzenie organizmu na skraj wydolności. Zawodowi piłkarze najwyższego szczebla przebiegają w ciągu 90 minut 8-10 km. Po meczu, kończącym się z reguły późno wieczorem, muszą przejść regenerację i albo wrócić do domu, albo pakować się do samolotu powrotnego, często lecącego do innej strefy czasowej. W przypadku amerykańskiego mundialu będzie to jeszcze inny klimat. Mecze odbędą się w miejscach tak skrajnie różnych jak kanadyjskie Vancouver, Miami na Florydzie czy meksykańska Guadalajara. Następnego dnia czeka ich trening, zapewne więcej niż jeden w ciągu doby.

Biorąc pod uwagę obciążenia, zaburzenia snu, reakcję na zmiany klimatu i odkładające się w nogach zmęczenie z sezonu z 60 meczami granymi co trzy dni, łatwo się domyślić, że wygra ten, kto będzie miał najszerszą kadrę i najmniej kontuzjowanych zawodników. Pedri, gwiazda dzisiejszej FC Barcelony i reprezentacji Hiszpanii, w sezonie 2020-2021 zagrał aż 73 mecze pomiędzy klubem, reprezentacją i kadrą olimpijską. Tylko po to, żeby po paryskich igrzyskach natychmiast rozpocząć kolejny sezon. Nikogo nie powinien więc dziwić fakt, że od czasu ukończenia tego maratonu piłkarz odniósł do dziś aż 12 kontuzji mięśniowych, czyli wynikających głównie z przeciążenia konkretnych partii organizmu.

Powód tego absurdalnego rozdmuchania piłkarskich turniejów jest banalny. Więcej drużyn to więcej meczów i więcej transmisji, ergo większy zysk ze sprzedaży praw telewizyjnych. Co prawda, prezes FIFA, Włoch Gianni Infantino z lubością opowiada historyjki „o powiększaniu globalnej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Bralczyk

Polubić manipulację

Właściwie już ją polubiliśmy. Wiemy, że jak ktoś coś nam mówi, a tym bardziej do nas (nie nam – to różni­ca), musi mieć jakiś interes. Dotyczy to zwłaszcza ję­zyka publicznego. I chce nas przekonać, najlepiej tak, żebyśmy nie wiedzieli, że przekonuje. Reklama, pi-ar, polityka – prze­cież to wszystko nakłanianie, a i reszta publicznych tekstów, w tym internetowych, jest po to chociażby, by skłonić do ich czytania. To banał, to oczywiste.

I oczywiste jest także, że coś z tego my, odbiorcy, musi­my mieć. Coś, co lubimy: obietnice, komplementy, wyrazy sympatii. Przekonujące odwoływanie się do bliskich nam wartości. Przecież w końcu i cała retoryka temu miała i ma służyć. I wolimy, kiedy ktoś nas nie przymusza, nie każe, nie szantażuje,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Polski fenomen Muminków

Jak twórczość Tove Jansson porusza Polaków od 80 lat

Marzena Bomanowska – kulturoznawczyni, redaktorka i muzealniczka. Od 2015 r. dyrektorka Muzeum Kinematografii w Łodzi.

Spotykamy się w trakcie finisażu wystawy „Muminki: drzwi są zawsze otwarte”, zorganizowanej z okazji ukończenia przez Muminki 80 lat. Dlaczego są one cały czas tak aktualne dla odbiorców?
– Powodów jest wiele. Muminki zawdzięczają urok, popularność i aktualność swojej autorce, osobie wybitnej, utalentowanej, wykształconej, obdarzonej poczuciem humoru. Tove Jansson potrafiła w niewielkich objętościowo książkach zawrzeć wielowarstwowe treści, inaczej odczytywane przez dzieci i dorosłych. Tę dwuadresowość znakomicie opisuje w pracach naukowych prof. Hanna Dymel-Trzebiatowska. Jansson ujmująco splotła baśń z uniwersalnymi pragnieniami – takimi jak tęsknota za przyjaźnią i miłością, umiłowanie wolności, potrzeba przeżywania przygód czy posiadania bezpiecznego domu – z wątkami autobiograficznymi. Wiele postaci z Doliny Muminków dostało od autorki cechy osób z jej bliskiego otoczenia. W postaci Włóczykija obojętnego na dobra materialne można się dopatrzeć podobieństwa do jej narzeczonego, lewicowego parlamentarzysty Atosa Wirtanena, a mądra Too-Tiki przypomina partnerkę pisarki Tuulikki Pietilä, znakomitą graficzkę. Motywy uniwersalne i osobiste rezonują w odbiorze czytelniczym, każdy znajdzie w tych książkach coś dla siebie.

Ważna autobiograficznie wydaje się relacja Topika i Topci.
– To jeden z najbardziej wzruszających wątków autobiograficznych ukrytych w Muminkach i pewna słabość polskiego przekładu Ireny Szuch-Wyszomirskiej, zrozumiała ze względu na czasy, w jakich powstał. W oryginale, napisanym po szwedzku, postacie noszą imiona Tofslan i Vifslan, utworzone od Tove i Vivica. Dopiero z napisanych później biografii wiemy, że Vivica Bandler była wielką, homoseksualną miłością Jansson. Związki jednopłciowe były zakazane do początku lat 70., zresztą tłumaczka nie miała dostępu do faktów z życia pisarki. Muminki po polsku wychodzą od 1964 r. Na ilustracjach widzimy dwie postacie w sukienkach, ale w tekście są nazwane Topik i Topcia. Ta para porozumiewa się intymnym językiem, niezrozumiałym dla innych – w polskim przekładzie oddanym jako ciągi słów z literą f na początku, np.

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Podcinanie skrzydeł zetkom

Pokolenie Z na rynku pracy wcale nie jest roszczeniowe

Przedstawiciele pokolenia Z, chociaż dopiero wchodzą na rynek pracy, już się zmagają z negatywnymi stereotypami na swój temat. Media głównego nurtu kreują obraz zetek jako pracowników roszczeniowych, leniwych i narzekających. Najmłodszym dorosłym obrywa się też w internecie, gdzie wyśmiewa się ich jako duże dzieci, które do pracy najchętniej przyszłyby z mamą, bo ona wszystko za nich zrobi. Legendarne są opowieści o procesach rekrutacyjnych. Historie w stylu: mieli przyjść na rozmowę o pracę, ale skorzystali tylko z toalety i poszli do domu.

Oczywiście jest w tym wszystkim ziarno prawdy. Na ile jednak ten obraz jest przekłamany? Być może zetki to po prostu pierwsze pokolenie, które zrozumiało, że praca nie musi być sensem życia? To zaś nie wpasowuje się w narrację o pracy wtłaczaną nam do głów od czasu transformacji. Wygodną jedynie dla przedsiębiorców i wielkich korporacji.

Łabędzi śpiew

Do 2030 r. przedstawicielki i przedstawiciele pokolenia Z (inaczej Gen Z, zoomersi, czyli osoby urodzone w latach 1995-2012) będą stanowić niemal jedną trzecią globalnego rynku pracy, co podkreśla Światowe Forum Ekonomiczne. Ogólnopolskie badanie „Work War Z” – tytuł odwołuje się do filmu o niszczącej świat epidemii zombie, ale konkluzje są zdecydowanie dalekie od apokalipsy – pokazuje zaś, że pokolenie Z to grupa pracowników o jasno określonych oczekiwaniach wobec rynku pracy. Co ciekawe, wbrew stereotypom te oczekiwania bardzo często pokrywają się z priorytetami starszych pokoleń.

„Największe znaczenie dla tej grupy ma atrakcyjne wynagrodzenie, docenienie przez pracodawcę oraz możliwość zachowania równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Firmy, które dostosują swoje strategie do tych potrzeb, mają realną szansę na przyciągnięcie i zatrzymanie młodych talentów oraz budowanie stabilnych i zaangażowanych zespołów. By to osiągnąć, konieczne jest jednak wprowadzenie zmian w obszarze wynagrodzeń, kultury organizacyjnej, komunikacji, elastyczności pracy oraz strategii rozwoju zawodowego. Ma to szczególne znaczenie w kontekście budowania zespołów międzypokoleniowych”, czytamy we wnioskach z raportu.

Słowem, pracodawcy muszą się dostosować do zmian społecznych, zamiast narzekać, że kiedyś to się pracowało, a teraz już nie. Skoro jednak oczekiwania kilku pokoleń pokrywają się na poziomie ogólnym np. co do zarobków (45% respondentów badania „WWZ” uważa, że to jeden z dwóch najważniejszych czynników motywujących, a 23% wskazuje docenienie w pracy), warto się zastanowić, dlaczego postrzega się pracowników z pokolenia Z jako dziwaków z innej bajki. Wszystko zaczyna się od mediów głównego nurtu, które do spółki z wielkim biznesem podtykają nam sugestie, jak mamy postrzegać pracę. Ten tandem kształtuje nasze traktowanie pracy od czasów transformacji. Warto, za Zofią Smełką-Leszczyńską, autorką książki „Cześć pracy. O kulturze zap***dolu”, zadać sobie pytanie o dysproporcję pomiędzy materiałami medialnymi na temat praw pracowniczych czy strajków załóg a wywiadami z reprezentantami biznesu.

Te same media suflują nam utyskiwania na pokolenie Z, które ma być koszmarem na rynku pracy. Najbardziej „zatroskane” o młodzież tytuły to wszelkiego rodzaju quasiekonomiczne portale, takie jak Business Insider, Money.pl, Forbes i oczywiście wiecznie zatroskana o utrzymanie postbalcerowiczowskiego status quo „Gazeta Wyborcza”. Głównym zarzutem wobec zetek jest w tych tytułach roszczeniowość. Co warte podkreślenia, na pokolenie Z patrzy się jak na nastolatki idące do pierwszej pracy. Tymczasem najstarsi przedstawiciele tego pokolenia, z rocznika 1995, mają dziś 31 lat. Najmłodsi z kolei, z rocznika 2012, mając lat 13, przeważnie nawet jeszcze o pierwszej pracy nie myślą.

Zbiór zachowań określanych przez media głównego nurtu jako „roszczeniowość” zetek obejmuje m.in. oczekiwanie godnych zarobków i umowy o pracę, tego, że staż będzie płatny, a sama praca trwać będzie tyle godzin, ile ma się w umowie. To ostatnie jest wręcz zbrodnią wśród tuzów rodzimego biznesu. Przypomnijmy słowa Rafała Brzoski, który jest kopalnią cytatów: „Do roboty chodziło się w czasach komunizmu. I niestety niektórym tak już zostało. Przychodzą do pracy o 8, wychodzą o 16 i nie odbierają telefonu

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.